Dom (zly)

Dom (zly)

czwartek, 29 grudnia 2011

W internecie mieszka szatan (?)

a to poprawiona, nieoficjalna recenzja kiążki Aleksandry Pezdy tylko na lapsusofilu ;)


Internet, jak powszechnie wiadomo, to samo zło, przemoc i pornografia. Nie będę polemizował z tym stwierdzeniem, ponieważ jest ono w dużej mierze prawdziwe. Na pewno lepiej byłoby, gdyby młodzi ludzie nie oglądali zwyrodniałego seksu w najbardziej patologicznych odmianach i scen egzekucji. Wiem, że tak jest – młodzież szuka w sieci ekstremalnych doświadczeń. Czy ma to wpływ na rozwój psychiczny młodego człowieka? Nie podlega to dyskusji. Zainteresowanie szkoły, nauczycieli i rodziców internetem powinno wynikać właśnie z troski o młodego człowieka. Aleksandra Pezda w swoim poradniku „Koniec epoki kredy” przybliża nauczycielom i rodzicom internet jako przyjazne i praktyczne narzędzie, dzięki któremu możemy realizować cele edukacyjne i wychowawcze.

Internet jest w naszej rzeczywistości faktem obiektywnym – ani dobrym, ani złym. To tylko świetne narzędzie, które, w zależności od sposobu wykorzystania, może służyć człowiekowi do dobrych lub złych celów. Jest to poza wszystkim doskonały instrument socjologiczny – jeśli rzeczywiście odwiedzający najczęściej zaglądają na strony z brutalną zawartością, to świadczy o archetypicznych potrzebach, które częściowo zaspokaja kultura masowa i internet właśnie. W tym sensie wirtualny świat plotek, seksu i przemocy świadczy o nas samych. Właśnie dlatego nie powinniśmy pozostawiać tego zjawiska samemu sobie, ale świadomie wykorzystywać je do pracy z dziećmi i młodzieżą. Dopiero wtedy nasi podopieczni dostaną szansę na zrozumienie, czym jest w XXI wieku etyczna strona korzystania z nowych technologii. Metoda strusia na wiele się tutaj nie zda.

Aleksandra Pezda prowadzi nas, takich mądrych i wszystko wiedzących, w swoim poradniku za rączkę i uspokaja – nie taki diabeł (czytaj: internet) straszny. Pokazuje nauczycielom i rodzicom, jak mogą wykorzystać w swojej pracy z dzieckiem You Tube, Facebook czy Wikipedię. Przejrzysta i „interaktywna” szata graficzna powoduje, że z zaciekawieniem czytać będziemy o zasadach funkcjonowania w/w stron i nauczymy się praktycznie z nich korzystać. Ważnym elementem są zaprezentowane w książce przykłady zastosowania nowych technologii w praktyce szkolnej, o których opowiadają nam nauczyciele, którzy już wcześniej sięgnęli po to medium i skutecznie wykorzystują je w swojej pracy.

Można oczywiście obrazić się i powiedzieć internetowi swoje stanowcze „nie”, rozpamiętywać jak to drzewiej było pięknie, jak się ludzie kochali, jakie były wspaniałe wartości, a dziś tylko ślęczenie przed ekranem, izolacja, uzależnienie. Dlatego właśnie dziś naglącą koniecznością staje się propagowanie tego szczególnego rodzaju higieny związanego z korzystaniem z internetu, który połączy naukę z zabawą i nie pozwoli naszym dzieciom zaplątać się w „sieci”. Aleksandra Pezda nie ukrywa, że cyber-przestrzeń jest pełna niebezpieczeństw i pisze o tym w ostatnim rozdziale swego poradnika. Świadomość jest tutaj jak zawsze kluczowa, musimy być świadomi zarówno zagrożeń jak dobrodziejstw, wynikających z rozwoju nowych technologii i tego jak zmieniają się dziś teksty kultury. Sam także staram się zwracać uwagę na elementy, które mogą przenosić konflikty ze świata wirtualnego do rzeczywistego. Z doświadczenia wiem, że czasem wystarczy tylko porozmawiać. Natomiast najgorszym wyjściem byłoby odwrócenie się plecami od świata, który idzie i tak w swoją stronę i tak naprawdę niewiele go obchodzi, co o nim myślimy.

A że internet może być dobry? Taki przykład z własnego podwórka – tyle mówi się, że młodzi ludzie nie czytają. Tymczasem serwis „Lubimy czytać” zadaje kłam temu stwierdzeniu. Kilkadziesiąt tysięcy użytkowników, w większości młodych ludzi, tworzy tutaj swoje wirtualne biblioteczki i wymienia się swoimi czytelniczymi doświadczeniami. Poza szkolnym obowiązkiem, poza programami nauczania dzieje się coś bardzo właściwego i potrzebnego. Ot – kolejny dowód na „anielskie” właściwości wirtualnego świata. W książce „Koniec epoki kredy” znajdziemy wiele takich budujących przykładów, które, mam nadzieję, przekonają nas, że internet można przeciągnąć na jasną stronę mocy. A oto, co na ten temat mówił ostatnio sam Umberto Eco: „Problem polega na tym, że szkoła nie uczy filtrowania informacji z internetu. Być może szkoła nie powinna już uczyć, kim był Platon, tylko właśnie jak
filtrować informacje. Zawsze powtarzam, że człowiekiem kulturalnym
nie jest ten, który zna datę urodzin Napoleona, ale ten, który potrafi ją znaleźć w ciągu minuty”**. Tyle klasyk w ramach protezy mózgowej, jeśli mój autorytet nie byłby wystarczający.


Z problematyką nowych mediów zetknąłem się na warsztatach dla nauczycieli, które zorganizowały Nowe Horyzonty Edukacji Filmowej podczas tegorocznego festiwalu we Wrocławiu. Kilkuset nauczycieli z całej Polski mogło zapoznać się tam z możliwościami wykorzystania internetu w szkole. Podczas tych zajęć medioznawca dr Mirosław Filiciak zaprezentował wiele ciekawych pomysłów na to, czym może być edukacja nowomedialna. Poniżej zamieszczam link do strony, gdzie zainteresowani znajdą wiele informacji na ten temat oraz scenariusze lekcji, które mogą być ciekawymi propozycjami do pracy w szkole i mogą stanowić uzupełnienie dla książki Aleksandry Pezdy **.


* Są to fragmenty wywiadu z Umberto Eco, pochodzące z drugiego numeru magazynu Książki, październik 2011.

W Internecie mieszka szatan

                                                                        oficjalna recenzja


Internet, jak powszechnie wiadomo, to samo zło, przemoc i pornografia. Nie będę polemizował z tym stwierdzeniem, ponieważ jest ono w dużej mierze prawdziwe. Na pewno lepiej byłoby, gdyby młodzi ludzie nie oglądali zwyrodniałego seksu w najbardziej patologicznych odmianach i scen egzekucji. Wiem, że tak jest – młodzież szuka w sieci ekstremalnych doświadczeń. Czy ma to wpływ na rozwój psychiczny młodego człowieka? Nie podlega to dyskusji. Zainteresowanie szkoły, nauczycieli i rodziców internetem powinno wynikać właśnie z troski o młodego człowieka. Aleksandra Pezda w swoim poradniku „Koniec epoki kredy” przybliża nauczycielom i rodzicom Internet jako przyjazne i praktyczne narzędzie, dzięki któremu możemy realizować cele edukacyjne i wychowawcze.

Internet jest w naszej rzeczywistości faktem obiektywnym – ani dobrym, ani złym. To tylko świetne narzędzie, które, w zależności od sposobu wykorzystania, może służyć człowiekowi dobrze albo źle. Jest to poza wszystkim doskonały instrument socjologiczny – jeśli rzeczywiście odwiedzający najczęściej zaglądają na strony z brutalną zawartością, to świadczy o archetypicznych potrzebach, które częściowo zaspokaja kultura masowa i Internet właśnie. W tym sensie wirtualny świat plotek, seksu i przemocy świadczy o nas samych. Właśnie dlatego nie powinniśmy pozostawiać tego zjawiska samemu sobie, ale świadomie wykorzystywać je do pracy z dziećmi i młodzieżą. Dopiero wtedy nasi podopieczni dostaną szansę na zrozumienie, czym jest w XXI wieku etyczna strona korzystania z nowych technologii. Metoda strusia na wiele się tutaj nie zda.

Aleksandra Pezda prowadzi nas, takich mądrych i wszechwiedzących, w swoim poradniku za rączkę i uspokaja – nie taki diabeł (czytaj: Internet) straszny. Pokazuje nauczycielom i rodzicom, jak mogą wykorzystać w swojej pracy z dzieckiem You Tube, Facebook czy Wikipedię. Przejrzysta i „interaktywna” szata graficzna powoduje, że z zaciekawieniem czytać będziemy o zasadach funkcjonowania w/w stron i nauczymy się praktycznie z nich korzystać. Ważnym elementem są zaprezentowane w książce przykłady zastosowania nowych technologii w praktyce szkolnej, o których opowiadają nam nauczyciele, którzy już wcześniej sięgnęli po to medium i skutecznie wykorzystują je w swojej pracy.

Możemy oczywiście obrazić się i powiedzieć Internetowi swoje stanowcze „nie”, rozpamiętywać jak to dawniej było pięknie, jak się ludzie kochali, jakie były wspaniałe wartości, a dziś tylko ślęczenie przed ekranem, izolacja, uzależnienie. I pewnie będą mieli rację, jeśli dalej będą udawać, że świat stoi w miejscu i się nie zmienia. Właśnie dziś naglącym problemem staje się specyficzna higiena korzystania z internetu, która da szansę połączyć naukę z zabawą i nie pozwoli naszym dzieciom zaplątać się w „sieci”. Aleksandra Pezda nie ukrywa, że cyber-przestrzeń jest pełna niebezpieczeństw i pisze o tym w ostatnim rozdziale swego poradnika. Świadomość jest tutaj jak zawsze kluczowa, musimy być świadomi zarówno zagrożeń jak dobrodziejstw, wynikających z rozwoju nowych technologii i tego jak zmieniają się dziś teksty kultury. Sam także staram się zwracać uwagę na elementy, które mogą przenosić konflikty ze świata wirtualnego do rzeczywistego. Czasem wystarczy tylko porozmawiać.

Jak Prokop z Hołownią

 
oficjalna recenzja

Ten prowokacyjny tytuł może niedługo stać się nowym przysłowiem, które będzie odnosiło się do rozmowy osoby niewierzącej z wierzącą. Byłaby to rozmowa szczera i fundamentalna, gdzie rozmówcy nie obrzucają siebie błotem, tylko słuchają nawzajem i próbują zrozumieć swoje stanowiska. „Bóg, kasa i rock’n’roll” to świetny wzorzec tego, jak powinniśmy „pięknie się różnić”.

Jest w tej książce dużo chaosu. Niby wszystko popakowane na odpowiednich półkach pod tytułami: „Bóg”, „Kościół”, „Idole”, „Zakon”, „Modlitwa”, „Pieniądze” i „Czy Bóg bawi się nami czy z nami”, jednak jesteśmy bombardowani w tych rozmowach natłokiem opinii i argumentów. Rozumiem, że udało się dzięki temu oddać autentyczną ekspresję rozmowy, gdzie interlokutorzy przerzucają się szybko błyskotliwymi uwagami, ale czytania to nie ułatwia, bo myśli spotkamy tutaj niekiedy niedomknięte. Tak jakby autorzy trochę zapomnieli, że rozmowie konieczny jest kontekst – miałem wrażenie dogadania pewnych spraw poza książką i poczułem się niedopuszczony do tej części wiedzy, która wynika ze znajomości obu panów. W rezultacie pozostało we mnie po lekturze uczucie, że książka powstawała w pośpiechu, co wskazuje na więcej kasy i rock’n’rolla niż Boga – a to już chyba wpływ nie-świętego Prokopa.

Jest na odwrót – chyba dzięki Bogu w tych rozmowach prym wiedzie Hołownia. To po jego stronie przez cały czas jest piłka, którą umiejętnie rozgrywa i dowodzi, że katolik nie jest synonimem głuptasa, który nie wie zbyt wiele o swojej wierze. Właśnie to jest walor tej książki – owo objawienie, że na obronę swoich poglądów religijnych można mieć spójny system argumentów, które pozwalają obronić swoje stanowisko. Oczywiście Prokop nie atakuje zbyt agresywnie, w ogóle miałem wrażenie, że nie miał ochoty angażować się na ostro w ideologiczne spory, jakby mu na tym specjalnie nie zależało. Natomiast Hołownia angażuje się w dialog z pasją i jest przekonujący. Mówi o istocie wiary, nie broni złych postaw i fanatyzmu, mówi o wielkiej roli Kościoła jako ostoi wartości w moralności i w sztuce, bez których trudno byłoby się nam obejść, gdyby ich zabrakło jako punktu odniesienia. Wiara jawi się w jego ujęciu jako latarnia, która świeci stale, chociaż okręt płynie w inną stronę.

Można by stworzyć stronę na Facebooku, która składałaby się z cytatów, zawierających porównania z książek Szymona Hołowni. Przyznam, że słuchając po raz kolejny „przefajnionych” zwrotów czułem się już nieco tym stylem znużony. Cóż – Biblia pełna jest tego typu retoryki, która objaśnia wszystko, co na tym świecie niepojęte, więc może tak trzeba. „Bóg, kasa i rock’n’roll” jest bardziej książką Szymona Hołowni niż Marcina Prokopa. Cieszy, że autor „Monopolu na zbawienie” podejmuje trud dialogu z ludźmi o innych przekonaniach. To rzeczywiście ewenement w czasach, kiedy Kościół odgradza się wysokim murem od świata, który jest gdzie indziej, co potwierdzają rozmaite przykłady, np. ostatnie wybory parlamentarne.

Szymon Hołownia pisze książki, które prowokują do dialogu, więc na zakończenie kilka uwag, które nasunęły mi się po lekturze „Boga...”. Będą one skierowane do Szymona Hołowni, bo Marcinowi Prokopowi jest raczej jest wszystko jedno – on swoją kasę i rock’n’rolla już ma. Szymon Hołownia podaje wiele przykładów pozytywnego działania Kościoła poza Polską – czy nie dałoby się tego przenieść na nasz rodzimy grunt? Czy dałoby się nauczać religii tak, żeby oprócz rytuałów, nauczano także o istocie chrześcijaństwa, czyli wskazywać na przesłanie miłości, które procentowałoby pozytywnymi skutkami zarówno w Kościele, ale także w naszej codzienności, bo mam agresji powyżej dziurek w nosie? Jeśli miłość to nie uczucie a postawa, czy powinniśmy pogodzić się z zanikiem namiętności kilka lat po ślubie, a może zagospodarować działkę chrześcijańskiej seksuologii, która nie ograniczałaby się tylko do naturalnej antykoncepcji? Czy powinniśmy postrzegać ludzi o innym światopoglądzie jako „cywilizację śmierci”? Szymon Hołownia to mądry gość i na pewno potrafi na te pytania odpowiedzieć , ale żeby nie był to głos „wołającego na pustyni” polskiego katolicyzmu.

Ostatnio Szymon Hołownia dużo promował w swoich tekstach alternatywny sposób przyjmowania komunii świętej „do ręki”. W świąteczną niedzielę dowiedziałem się z ambony, że Episkopat tego sposobu zdecydowanie zakazał i narzucił jedynie właściwą formę „doustną”. Może to nieprawda i ksiądz kłamał podczas mszy (normalka?), a jeśli tak jest w istocie, to zaczynam się bać o los samego pana Szymona w polskim Kościele. Szkoda by było, gdyby musiał zamilknąć. Póki są tutaj tacy ludzie jak Szymon Hołownia, to, parafrazując tytuł książki Tomasza Halika, „drzewo ma jeszcze nadzieję”.

środa, 28 grudnia 2011

Iza, lis, kot, kuna, Klara, matka, Wronka i Aleks

Chcę powieści, która opisze wewnętrzny świat kobiety, tu i teraz, żeby oddane były te emocje, i żeby to było prawdziwe.

Trafiam na tę książkę przypadkiem. Wiedziałem, że skrobnęła ją ta z "Lejdis" albo jakichś głupich seriali. Po co miałem ją czytać? Tyle razy przejechałem się na tzw. "literaturze kobiecej", z której wynikały setki maślanych, kretyńskich stereotypów. Nigdy tego nie zrozumiem, że kobiety lubią czytać książki, w których pokazane są jako papierowe, jednowymiarowe idiotki.

Izy Kuny "Klara" nie jest "lteraturą kobiecą", jadącą po stereotypach, wywleczonych z kato-polskich realiów, gdzie słitaśne tiu-tiu kamufluje przestrzeń prawdziwych emocji. To "literatura kobiet", które odzyskały głos. Cudny ten brak jojczenia, w który ostatnio poszła Gretkowska, że kobieta taka, siaka, owaka. Jakbym wcale nie czytał o kobiecie, o jakimś micie polskiej, udręczonej kobiety, ale o Izy Kuny "Klarze". Był to dla mnie szok kompletny, coś z czymś w polskiej literaturze się nie spotkałem - no chyba u nastoletniej Masłowskiej. Ale Izy Kuny "Klara" ma lat 40, powinna być dojrzała.

"Klara" Izy Kuny pije, pali, przeklina, ma żonatego kochanka i skoki w bok. Izy Kuny "Klara" próbuje pojąć świat i nie ma tysiąca gotowych recept na każdą okazję. "Klara" Izy Kuny chce miłości a dostaje od notorycznie nierozwiedzionego Aleksa ból, ma pokręconą przyjaciółkę - Wronkę, która przeklina jeszcze bardziej niż ona, matkę, która jest z niej notorycznie niezadowolona i kota - kota na punkcie zwariowanego świata, w którym przyszło jej żyć.

Izy Kuny "Klara" to fantastyczny kołowrót dialogów, refleksji i wrażeń. Można zarzucić powieści brak zwartej struktury, że poszczególne rozdziały są znikąd i donikąd prowadzą, zwyczajnie wyrwane chwile z życia, obrazki. Tak samo jak życie składa się z epizodów, do których wracamy, rozciągnietych między życiem i śmiercią, tak Izy Kuny "Klara" jest fragmentem z życia, nawet niecałą historią miłości Klary i Aleksa ale jej końcem, o którym nie wiemy, czy końcem jest w rzeczywistoci. Forma blogowych zapisków tworzy tutaj nieporządek i szaleńczy rytm, w którym przyszło nam żyć.

Izy Kuny "Klara" to współczena Emma - postać wyrwana z okowów stereotypów i konwenansów, postać, która mówi własnym głosem, może czasem boi się tego głosu, ale i tak mówi, bo jest odważna. Za tę odwagę i szczerość, za umiejetność nadania temu wewnętrznemu światu wyrazu trzeba docenić tę absolutnie wyjątkową polską powieść o współczesnym człowieku. Izy Kuny "Klara" to ja.


lubimy czytać.pl 

środa, 21 grudnia 2011

Jak wypędzić nietoperza?

Sięgnąłem po książkę czeskiego prezydenta, bo słysząc o niej w rozmaitych mediach, zastanawiałem się, co w rzeczywistości wiem na temat tej postaci. Pierwszy demokratyczny prezydent powojennej Czechosłowacji, pierwszy prezydent Czech, wybitny dramaturg, jedna z czołowych postaci Praskiej Wiosny, twórca dysydenckiej Karty 77 - to wszystko może nie tak znowu mało, ale ta wiedza jest dosyć powierzchowna, biorąc pod uwagę moje zainteresowanie sprawami Czech, a także wielki szacunek, jakim darzę Vaclava Havla.
Pamiętam hasło, które krążyło w latach 90. w naszym pięknym ale smutnym kraju: „Havel na Wawel". Już wtedy młodzi ludzie, nie potrafiący się zidentyfikować z rodzimymi politykami, szukali wzorca osobowego człowieka, który mógłby reprezentować Polskę i nasze o niej wyobrażenie. Havel był idealnym uosobieniem przywódcy młodej polskiej demokracji. Tylko co o nim wiedzieliśmy wtedy? Wiedzieliśmy jedno - Havel to prezydent-intelektualista. I takie były nasze studenckie marzenia o wolnej Polsce; Polsce mądrej, Polsce szlachetnych elit.


A dziś czytam książkę „Tylko krótko, proszę" i ona wcale nie jest krótka. Zawiera rozmowy prowadzone z Vaclavem Havlem przez Karela Hviżdalę oraz mnóstwo zapisków z czasów prezydentury - zarówno tych oficjalnych jak również bardzo prywatnych, dotyczących mało istotnych drobiazgów, „bagateli" jak zapisałby pewnie w swoim notatniku Ignacy Rzecki. Jaki obraz człowieka wyłania się z tej książki, czego możemy dowiedzieć się z niej o Vaclavie Havlu? Otóż dużą trudność w odbiorze stanowił dla mnie kontekst polityczny, gdyż niezbyt dużo wiem na temat czeskich realiów w tym aspekcie. Pewnie dla Czechów te sprawy są dosyć oczywiste, ale mnie w tym temacie zainteresowały jedynie dwie rzeczy - opinia Havla na temat obecnego prezydenta Vaclava Klausa oraz odniesienia do sytuacji Polski i polskich polityków. Obraz Klausa jest ciekawy o tyle, że prezentuje nieciekawego człowieka, karierowicza, polityczne zwierzę wykorzystujące umiejętnie najróżniejsze konfiguracje polityczne do swoich celów, a w zasadzie jednego celu, jakim jest władza. Najśmieszniejsze, że Havel wcale nie ma tego Klausowi za złe. Powiedziałbym, że jest to niechęć pełna akceptacji dla demokratycznych wyborów rodaków.


Jeśli chodzi o Polaków to spojrzenie Havla jest bardzo ciepłe. Mówi o wielkim znaczeniu Polski w regionie, padają nawet słowa, że jesteśmy lokalnym mocarstwem i dużo słów podziwu dla naszej bohaterskiej przeszłości. Ot, jak ciężko czasem dostrzec, że nie jest z nami całkiem źle i że mamy powody do dumy. Dużo ciekawszą stroną książki są prywatne, często bardzo prozaiczne zapiski, dotyczące pobytu na Hradzie i sprawowania funkcji prezydenta. Z tej części wyłania się obraz człowieka bardzo normalnego, a jednocześnie przejętego losem narodu. Havel bez patosu potrafi mówić o wpływie polityki na życie. Podkreśla rolę idei w kreowaniu wizji państwa, ale też idea ta jest bardzo zwyczajna. To postawa służby, przyjęcia na siebie jarzma władzy, mimo że chce się robić coś zupełnie innego - na przykład pisać książki. I naprawdę nie wyczułem w tym wszystkim źdźbła hipokryzji.


Z tych krótkich notatek wyłania się człowiek często zirytowany, bardzo cierpiący, żyjący nieraz w cieniu śmierci, a mimo to oddany swoim obowiązkom. Widzimy estetę walczącego o zmianę wizerunku czeskich rezydencji. Oto kolejna zaleta prezydenta-intelektualisty, dla którego ważna jest forma otoczenia, w którym odbywa się polityka państwa, a nie tylko tymczasowość sprawowanej funkcji. Tytułem swojej recenzji uczyniłem kilkakrotnie powtarzające się w książce słowa: „W składziku, gdzie jest odkurzacz, jest też nietoperz. Jak go wypędzić? Żarówka jest dozwolona, ale tylko taka, żeby go nie budziła i nie drażniła"? Czy można lepiej wyrazić dylematy funkcji prezydenta o ludzkim obliczu? Jakby wśród mieszkańców rezydencji było miejsce dla zwierzątka, które także ma swoje nienaruszalne prawa. Tak mogę sobie wyobrazić czeską wersję demokracji w wersji Havla.


Na koniec kilka refleksji o naszym świecie. W książce często pojawiają się nazwiska polskich polityków, dawnych działaczy podziemia. Jest tu mowa o Tadeuszu Mazowieckim, Jacku Kuroniu, Zbigniewie Bujaku, Bronisławie Geremku czy Adamie Michniku. Niektórzy już nie żyją, inni funkcjonują gdzieś na obrzeżach polskiej polityki. Sam uważam porażkę polityczną tej formacji za straconą szansę polskiej demokracji. Pozostało na naszej mapie politycznej puste miejsce, które w brutalnym sporze dzisiejszych politycznych drapieżców, zieje pustką tym bardziej. Czy marzenie o politycznej Polsce intelektualnych elit, havlowskiej polityce idei jest tylko nierealną utopią? Niestety...

niedziela, 18 grudnia 2011

Nie chodzi o to, by schwytać króliczka, ale by gonić go (o słynnym spocie "Warszawa 2012")




Szum, jaki powstał wokół tego filmu, jest dla mnie trudno wytłumaczalnym zjawiskiem. Nawet w "Szkle kontaktowym" pochylili się nad tym wiekopomnym dziełem, a Internet aż huczy. Może chodziło o skaszanienie filmu do tego stopnia, że na You Tube wersja 180 s. ma ponad pół miliona wyświetleń (nie licząc mnóstwa klonów i przeróbek). Dla porównania ładny spot Tomasza Bagińskiego, promujący Euro 2012 nieco ponad 100 tysięcy(
.) Zabanglało? No pewnie. I wcale nie obchodzi mnie, czy to było zamysłem twórców. Od dawna jestem zdania, że twórca po wydaniu swego dziełka znika. Teraz do akcji wkraczają odbiorcy. Co zobaczyli?

Zobaczyli gościa z erekcją! Kurde no sory, ale jak tak wygląda erekcja, to chyba nikt nie widział erekcji! Współczuję. Zdaję sobie sprawę, że w kraju nad Wisłą, a w szczegolności w jego centrali, gdzie tak dobrze powiodła się operacja kastracji męskiej części populacji w trosce o harmonijny rozwój i przyszłość narodu, erekcja jest zjawiskiem tak rzadko spotykanym, że można było zapomnieć, jak ona wygląda i "wybrzuszenie baletmistrza" uznać za stan wzwodu.

Ale bez obaw - męski bohater klipu nie jest Polakiem. Jakiej jest narodowości, tego nie wiemy, ale wychodzi z hotelu, Polacy w hotelach w centrum Warszawy nie zamieszkują. Bohater przyjechał prawdopodobnie na Euro 2012 i chyba mu się mocno nudzi, bo postanowił pobiegać sobie po ulicach. Wtem pojawia się słowiańska piękność , biegnąca w barwach narodowych przez stolicę- może nie jest to matka -Polka w berecie i siatą na zakupy, ale Polka-dziewoja, Dżoana Krupa, Kasia Cichopek i Aleksandra Kwaśniewska w jednym. Inostraniec rusza za nią w pościg. Tu rozpoczyna się seria sekwencji, przypominających sceny walk z Matrix lub chińskie kino w rodzaju "Przyczajony tygrys, ukryty smok". Wszystko po to, by pokazać, jak mówią słowa piosenki - "nie chodzi o to, by schwytać króliczka , ale by gonić go".



Zblazowany inostraniec dostaje wszystko na tacy. Tymczasem przyjeżdża do Polski i musi uganiać się po mieście za zaspokojenia swoich huci. To ma sens. Wyobraźmy sobie myśliwego, do którego sarenka przychodzi pod samą lufę jego wielkiej, wyprężonej sytrzelby i mówi: "ustrzel mnie". Ten ziewając, wykonuje niejako z musu strzał i odchodzi znudzony jak wczesniej. Brrrr. A u nasz w Polsze biegaj , fikaj koziołki, salta, postaraj się, wykaż. Zajechany, polski samiec i tak jest bez szans - na trzech półetatach bez umowy o pracę, spłacając kredyty za mieszkanie przez trzy czwarte swojego zycia albo upity poddany bez walki. Wyposzczona Poleczka tylko sobie czeka, aby pobiegać z jakimś energicznym myśliwym po Warszawie.



Przyznajmy to w końcu - Warszawa nie jest najpiękniejszą stolicą na świecie, zniszczona przez wojnę nie wyróżnia się ani ciekawą zabudową, ani klimatem. Śmiałbym powiedzieć, że jest jedną z najbrzydszych stolic w Europie. Jedynym magnesem, który może przyciągnąć gości podczas Euro w tym mieście oprócz meczów będą polskie dziewoje - piękne i wyposzczone. Tylko że tutaj przegrywamy konkurencję z Ukrainą, gdzie oprócz słowiańskiej urody turysta otrzymuje na wyciągnięcie ręki szeroki wachlarz usług erotycznych za tanie pieniądze. Tyle że wiąże się to z zagrożeniem AIDS - oprócz prostytucji Ukraina przoduje w rozprzestrzenianiu się właśnie tego wirusa.



Twórcy spotu "Warszawa 2012" starają się powiedzieć zagranicznym fanom futbolu - przyjeżdżaj na Euro do Warszawy, to kraj dla prawdziwych myśliwych. Twoje polowanie zakończy się sukcesem, tak samo jak happy endem kończy się film. Można zatem potraktować ten spot jako film instruktażowy, gdzie pokazane zostało jak zagraniczni turyści mają zachowywać się w Polsce, a w zamian za włożony wysiłek otrzymają czystą można rzec, wolną od zagrożeń, polską rozkosz.. Ukraińskie słodycze - strzeżcie się, nadchodzi czas Polski.

Nie chcę się teraz zacząć wypowiadać się na temat klipów, ale myślę, że odnalazłem klucz do interpretacji tego całego zamieszania. Pamiętajcie - dobre bo polskie!

filmaster.pl 

środa, 7 grudnia 2011

Śmiech z krematorium

Do „Palacza zwłok” nie należy podchodzić jak do filmu realistycznego. Jest to potężna metafora ludzkiego zła. Takie założenie musiało towarzyszyć twórcom – szczególnie gra aktorska jest jak najdalsza od próby realistycznego naśladowania. Na ekranie bryluje oczywiście Rudolf Hruszinsky – wybitny czeski aktor, odtwórca legendarnej roli wojaka Szwejka. Odtwórca wiele czerpał ze swojej wcześniejszej kreacji – rola Kopfrkingla to także uśmiechnięty, obcy emocjonalnie kosmita, człowiek, któremu żadne elementy etyczne nie przeszkadzają w życiu. Ten debilny uśmieszek razi szczególnie mocno w kontekście wykonywanej profesji, bowiem bohater pracuje w miejskim krematorium.

Tytułowy palacz zwłok jest człowiekiem przeciętnym, ale z wielkimi ambicjami. Rola tak zrozumiana może stanowić drastyczną diagnozę, że ambicja, dążenie do bycia kimś lepszym, gdzie pustkę zasypuje się pychą, może stać się drogą ku upadkowi. Fascynacja Kopfrkingla śmiercią ma charakter dwojaki – po pierwsze jest panem ludzi, w istocie ludzkich zwłok, może zatem napawać się przewagą, wynikającą z samego faktu, że żyje. Po drugie ustawia swoje myślenie na „pozytywny” wymiar śmierci – ludzie cierpią, więc śmierć jest dla nich wybawieniem. Dla Kopfringla nie ma punktów odniesienia, nie istnieją normy, które musi stosować, sam tworzy, co jest dobre, a co złe. Jest zatem główny bohater specyficznym rodzajem nadczłowieka – bardzo zwykłym, pospolitym typem, który roi własną wielkość, czego efektem jest wyobrażenie siebie jako buddyjskiego lamy.

Groteskowość „Palacza zwłok” wynika ze zderzenia naszej wiedzy o świecie, że śmierć jest czymś obcym, trudnym z postawą głównego bohatera, który uważa ją za coś dobrego. Ten spokój i uśmiech nad trumnami i ciałami jest czymś nie do przyjęcia przez widza i sugeruje nekrofilską fascynację – bohater prezentuje ciała młodych kobiet i wypowiada się o nich z erotyczną uczuciowością. Owa groteska objawia się także w pokazaniu „nadludzi” jako brzuchatych gryzipiórków, ludzi fizycznie wstrętnych, ale przekonanych o własnej doskonałości. To ciekawe - gdy ogląda się wizerunki Hitlera, Himmlera czy Goebelsa, trudno oprzeć się zdziwieniu, że mieli oni być najdoskonalszym wcieleniem rasy panów.

„Palacz zwłok” to także niesamowita praca kamery, nietypowe ujęcia, podkreślające antyrealistyczny, oniryczny wymiar filmu. Ten film jest koszmarem, tyle że widz ma świadomość, że ten koszmar się wydarzył i że wciąż się dzieje. Ja odczytałbym to absurdalne odwrócenie jako manifestację kultu życia. Kultywowanie śmierci, czynienie ze śmierci bożka jest chore i prowadzi do powstania zwyrodniałego świata, gdzie zwykli ludzie stają się potworami.

filmaster.pl

Kadyks – raport z oblężonego miasta

 
oficjalna recenzja 
  

Kadyks. Czas wojen napoleońskich. Port żyjący z morskiego handlu już od długiego czasu oblężony jest przez francuską artylerię, na której czele stoi kapitan Desfosseux – wybitny strateg i inżynier, który mimo swojej oficerskiej szarży dystansuje się od żołnierskiego „półświatka”. Po drugiej stronie cieśniny ostro wbity w morze cypel Kadyksu, miasta żyjącego pod ostrzałem bomb, które usiłują złamać ducha mieszkańców i zmusić ich do poddania. To tutaj śledztwo w sprawie zakatowanych młodych kobiet prowadzi komisarz Tizon. To tutaj swoje sercowe rozterki przeżywają kapitan korsarskiej łodzi Pepe Lobo i dziedziczka morskiej fortuny Lolita Palma.

Siłą najnowszej powieści Artura Pereza-Reverte jest literatura. Przyjemność z lektury polega tutaj na spokojnym delektowaniu się opowieścią, dla której historia wojen napoleońskich stanowi jedynie tło. Nie jest to także pełna dynamicznych zwrotów akcji powieść kryminalna, ani subtelny romans. Wszystkie te elementy współgrają w misternej mozaice, która tworzy spójny świat powieści „Oblężenie”. To jest szczególny fenomen tego utworu – tych wiele powieści w jednej współgra ze sobą, żaden z elementów nie ucieka, ani nie odstaje. Jest odwrotnie, bo to wszystko do siebie idealnie pasuje i tworzy jakże prawdziwy obraz życia w oblężonym mieście.

Kolejnym atutem „Oblężenia” jest detal. Imponuje znajomość autora w dziedzinie prowadzenia działań artyleryjskich, a także jego wiedza o epoce i ludziach, żyjących w tamtym czasie. Widać w tych elementach zdumiewającą lekkość, która sprawia, że nie czyta się tej powieści jako historycznej w ścisłym znaczeniu tego słowa. To tak, jakby wejść w XIX-wieczny krajobraz „Oblężenia” i rozumieć ten świat bez przypisów i historycznych komentarzy. Ta zdolność przenoszenia się w czasie jest dla mnie największym walorem książki.

„Oblężenie” to dzieło epickie, panorama postaw i ludzkich charakterów. Wierność XIX-wiecznym wzorcom prozy realistycznej powoduje, że nie powinien przerażać czytelnika ciężar dzieła, które w swoim rozmiarze (ponad 500 stron) i wymiarze chce być syntezą epoki i ówczesnej Hiszpanii, a także literackim kluczem do zrozumienia współczesności. To chyba najtrudniejszy element dla polskiego czytelnika – poczuć te wszystkie niuanse związane z historią Hiszpanii i pojąć ich wpływ na współczesny charakter kraju Pereza-Reverte. I należy dodać, że „Oblężeniem” cieszyć się trzeba niespiesznie, radować się opisem i literackim bogactwem. Powieść to mało współczesna, ale właśnie na tym polega jej urok.

niedziela, 27 listopada 2011

ROSYJSKA DUSZA W KONCENTRACIE


Artykuł zawiera spoilery!
Jest to historia bardzo delikatna, sercowa, o miłości, z Rosją w tle. Aleksiej Komarow, ksywa „Komar”, jest niespełnionym artystą, który w poszukiwaniu natchnienia pojechał na Workutę szukać złota. Moskwę opuszcza jak prezydentem zostaje Putin, powraca jak Putin jet premierem. Wiele się w międzyczasie zdarzyło.
W czasie pobytu na Workucie nasz „Komarok” pisze scenariusz o Czukczach albo o innych ludach Syberii – film ma reprezentować nurt realizmu magicznego, bo bohaterowi, młodemu chłopakowi, cały czas pokazuje się duch dziadka i mówi mu różne mądre rzeczy. Wynika z tego, że powrót do Rosji jest spowodowany chęcią przeniesienia scenariusza na ekran, ale jak to w życiu bywa wszystko się komplikuje.
Pierwszą komplikacją jest spotkana w przedziale kolei trans-syberyjskiej Tamara. Tamara najpierw próbuje przegonić Aleksa, by po krótkiej rozmowie zacząć się z nim całować. Bez zbędnych ceregieli przypadkowi towarzysze podróży zakochują się w sobie. Jest więc „Ziemia ludzi” melodramatem z ambicjami.
Tamara jest niespełnioną aktorką, Aleksiej niespełnionym pisarzem. Oboje są bardzo wrażliwi, oboje są Rosjanami. Szczególnie dobrze to widać po pulchnej urodzie Tamary – kwintesencja rosyjskiego piękna, cera mleko i krew, połączenie „baby w babie” * i Anny Kareniny.
Aleksiej przypomina w swym „grubo plecionym swetrze” Wysockiego. Picie jak na rosyjski film o artystach przystało odbywa się regularnie. Najpierw jest koniak ze szklanek w pociągu, potem wódka z kieliszków w knajpie, potem idzie wódka ze szklanek, w międzyczasie pojawia się whisky z dużych szklanic i francuski koniak z wielkich kielichów. Wszystko się zmienia w rosyjskim kinie, ale jedno pozostaje bez zmian – na smutek rosyjskiej duszy nie ma lepszego antidotum niż stakan Stolicznej. W zasadzie konflikt między alkoholami rosyjskimi a eksportowymi jest w filmie symboliczny – whisky to konsumpcjonizm i obojętność, wódka – emocje i dusza.
Zetknięcie z Rosją XXI wieku jest dla obojga bolesne – Aleksiej musi zmieniać scenariusz, Tamara musi grać czajnik w reklamie, która zostaje jej zaproponowana dzięki łapówce. Taka jest też Rosja, którą spotykają bohaterowie – obojętna i chciwa. Tacy stali się przyjaciele Aleksa sprzed lat – m.in. jego dawna miłość, taki jest jej mąż, co to tylko ostrygi i szampan (ewidentnie przypomina Putina), taki jest reżyser i jego pies Porsz oraz producent telewizyjny, który płaci „Aleksowi” za zarżnięcie rosyjskiej duszy w swoim scenariuszu, by nie było tak, że wódka, śledź i łzy.
Pominę inne smaczki, które są tak topornym wykładem na temat wyższości wschodnich łez nad zachodnim samozadowoleniem, że aż bolą oczy (lub uszy -dla przykładu tylko powiem, że film zmienia się momentami w liryczny musical, gdy Tamara i Aleks śpiewają ballady w duchu Wysockiego). Jak ułożą się te perypetie zdradzał nie będę, choć i tak dużo zdradziłem, a zakończenie wydaje się oczywiste. I to wszystko ma dla mnie jakiś sentymentalny urok, bo ja „senymenalny jestem”, jak mawia mój „ruski” kolega spod sklepu monopolowego. Jest „Ziemia ludzi” filmem tak naiwnym i „czarno-białym”, że robi się błogo na duszy mojej, mimo wszystko słowiańskiej. Ot, usiąść teraz nad brzegiem z flaszką, i gitarą, i ruską dziewczyną, i w nosie mieć świat cały – to jednak coś zupełnie innego niż spotykam na co dzień, więc myślę, że o to chodzi. Paradoksalnie mimo całej swojej sztuczności, emocje, które zostały oddane w filmie, są bardzo autentyczne - taki paradoks „ruskiej” duszy.
------------------------------------------------------------------------------------------------------
* baba w babie to taka rosyjska zabawka, kto uczył się rosyjskiego w przedszkolu będzie wiedział

sobota, 19 listopada 2011

ROCKY NIE UMIERA NIGDY

Do napisania tej notki skłonił mnie ostatni film poświęcony Rocky'emu - "Rocky Balboa". Obraz ten to jedyny w swoim rodzaju hołd dla postaci wykreowanej przez Sylwka pod koniec lat 70-tych. Ja też w swojej krótkiej notce pragnę zdobyć się na wyznanie: Kocham Cię Rocky!Artykuł zawiera spoilery!

Wychowywałem się na filmach o Tobie. Z braku lepszych wzorców byłeś mi matką, ojcem i starszym kumplem. Nie byłeś idealnym wcieleniem boksera. Twoja technika pozostawiała wiele do życzenia, ale miałeś tę jedyną cechę, która pozwoliła zdobyć Ci mistrzowski pas - serce do walki. W myśl zasad polskiej szkoły boksu stworzonej przez Feliksa Stamma brakowało Ci refleksu, techniki, obrony (ech - ta Twoja opuszczona garda). Pamiętasz, jak w "trójce" przed walką z Clubberem Langiem, Twój wróg a potem przyjaciel Apollo Creed, uczył Cię tańczyć w ringu? Dla Ciebie była to droga przez mękę, ale tylko w ten sposób, dzięki wyrafinowanej technice, mogłeś pokonać dziką bestię kreowaną w tym filmie przez Mr. T.

Wróćmy do pierwszych dwóch pojedynków z Apollo Creedem. Wszyscy Ci mówili, że nie masz szans, ale właśnie Ty na przekór światu wiedziałeś, że to Twoja jedyna i ostatnia szansa. Że tylko walcząc z wielkim mistrzem Creedem, bokserem - dżentelmenem, możesz pokazać światu, że istnieje gość o nazwisku Balboa - "włoski ogier". Ten pierwszy film, o czym wielu może nie wiedzieć, przyniósł Oscara J. G. Avildsenowi za reżyserię. I w tym filmie, bardzo prawdziwym wg mnie, przegrałeś. Lecz przegrałeś po zaciętej walce i pokazałeś mi, że można przegrać i wygrać zarazem, że można nie mieć szans i zwyciężyć - nie dosłownie, ale przede wszystkim pokonać siebie, wytrzymać i nie dać ciała.
Rewanż był kwestią czasu. Mnie zawsze najbardziej podobała się ta część filmu, gdy przygotowywałeś się do pojedynku, gdy ścigałeś się z samochodami podczas porannego biegu, gdy zaprawiałeś półtusze wołowe w olbrzymich wielkomiejskich chłodniach, gdy używałeś prymitywnych ciężarów, bo nie stać Cię było na wypasioną siłownię. Ale nawet potem, gdy miałeś kasę, wolałeś surowy trening w plenerze niż odpicowaną salę gimnastyczną. I pokonałeś Apolla, i pokazałeś, że można mieć szacunek do rywala, że rywal może stać się Twoim przyjacielem.
Po dzikim Langu z "trójki" nadszedł czas na pokonanie radzieckiej maszyny do zabijania - Ivana Drago. Musiałeś wygrać, bo Ivan wykończył w ringu Twojego przyjaciela Apollo Creeda, i wiem - ten schemat mógł zionąć tandetą, ale "czwórka" jest dla mnie jak piosenka Scorpionsów "Wind of change". Oglądaliśmy z kumplami trzecią albo czwartą kopię tego filmu na "widelcu" sąsiada, jedynym "widelcu" w okolicy, i widzieliśmy wszyscy jak rozwalasz ruskiego molocha, słyszeliśmy, jak walisz zwyczajne słowa prosto w twarze komunistycznych notabli, siedzących na widowni, i widzieliśmy jak topi się lód, skuwający tę część Europy, w której przyszło nam żyć.
Na "piątkę" spuśćmy zasłonę milczenia, bo najlepszym zdarzają się wpadki, ale niestety Twój rywal, Tommy "Machine" Gunn, nie dorasta Ci do pięt. Choć jest to powrót za kamerę świetnego Avildsena, to widać, że Twoja postać należała już tylko do Sly'a Stallone, tylko On był w stanie w pełni Cię zrozumieć.
W końcu ostatnia, szósta część. Wielu Twych bliskich jest już po drugiej stronie. Oprócz wiernego Pauliego - w tej roli znów świetny Burt Young - nie ma kto wziąć Cię w obronę, jesteś wystawiony na szyderstwa i pośmiewisko. I znowu pokazujesz, że należy przyjąć wyzwanie i pokazać twarz fightera. Znamienne są słowa, które kierujesz do swego syna - "nikt nie powiedział, że będzie łatwo, ale jedyne co możesz zrobić, to stanąć do walki".
Jest wiele filmów pokoleniowych, ale Ty byłeś naszą lekcją. Gdy rzadko kto mówił nam o uczciwości, charakterze, męstwie, gdy było szaro i okrutnie, Ty dawałeś nadzieję, że mimo wszystko można z dumą patrzeć na swoje odbicie w lustrze. Pokazywałeś nam to w przyzakładowych kinach, bo kino było wtedy w najmniejszej dziurze, jako kolorowa alternatywa dla śnieżącego czarno-białego telewizora z dwoma programami. To były też seanse na video u kolegów, bo film z Ivanem Drago nie mógł być oficjalnie rozpowszechniany.
W przeciwieństwie do innych postaci granych przez Stallone'a, nie miałeś giwery i nie kosiłeś z zimną krwią tłumów szumowin, którzy nie zasługiwali na życie. Stawałeś uzbrojony tylko w pięści, twarzą w twarz ze swoim przeciwnikiem. I nawet teraz, gdy się zestarzałeś, pokazujesz mi, czym jest duma i jeszcze to, że zawsze lepiej przyjąć wyzwanie, niż później żałować straconej szansy. I za to wszystko: Kocham Cię Rocky!

Podróż do źródeł języka. Impresja po-Nike

oficjalne recenzje


Jak funkcjonuje dziś polska wieś w naszej świadomości kulturowej? Bo ważny jest to motyw w naszej literaturze niewątpliwie od zawsze. Widać to, jeśli rzut okiem wykonać na wskroś naszej tradycji literackiej - od Reja i Kochanowskiego, od Biernata z Lublina, Szymonowica, ale też, ze względu na tego Filona i tę Laurę pod Jaworem, Soplicowo – „centrum polszczyzny”, przez Norwida „Polskę Kołodziejów” i Wyspiańskiego „chłop potęgą jest i basta”, przez Orzeszkową, Konopnicką, naszego literackiego noblistę i jego „chłopski epos”, przez nawłociańskie włości Wielosławskich, aż po nurt chłopski w literaturze powojennej, którego reprezentantami byli Harasymowicz, Nowak, Kawalec, Hołuj. Dziś tematyka owa jest także bogato reprezentowana przez takich tuzów naszej literatury jak Redliński czy Myśliwski. I do tego nagroda „Nike 2011” dla Mariana Pilota – wydaje się, że trudno nie docenić znaczenia kultu czarnoleskiej lipy w polskiej kulturze.
A przecież Polska wieś dziś tak często pokazywana jest z pijaną mordą, z disco-polowym młóceniem, które wcale nie przypomina młócenia zboża, ze słabą młodzią, która jeszcze została nie wiadomo po co, bo reszta już pojechała za chlebem do Londynu, do Rotterdamu i jak czasem wraca, raz do roku, do rodziny, to stawia napitki. „Arizona” i „Czar PGR-u” płyną wartkim strumieniem pod sklepem. Sam zwiedzam nieraz okoliczne festyny i przyglądam się ludziom, bawiącym się przy łup-cup, pseudo-folklorystycznych rytmach i zadaję sobie pytanie o tę polską tradycję „złotopszczołą” z „domem modrzewiowym wiejskim”, która według słów Norwida brzmiała z muzyki Chopina. A nad głową mi Bayer Full bucha.
„Piórpusz” to kolekcja, zbiór połamanych piór, które wiejski dzieciak z mozołem eksploatował, pobierając szkolne nauki. Te kleksy paskudne – tak zwane „żydy”, błędy dziwne, takie co pokazują przepaść między mową, a pismem, że są to dwa różne języki - naturalny i wyuczony - to świat powieści Mariana Pilota, traktującej o świecie naturalnego języka, języka poza kontrolą. Dziś mówimy o wtórnym analfabetyzmie jako problemie społecznym, sprowadzamy język tylko do prostej komunikacji, wspieranej przez obraz i zapominamy, że jeszcze nie tak dawno istniała mnogość języków, że każda wieś miała swą własną odmianę polszczyzny, a co za tym idzie swój odrębny charakter.
Powieść Mariana Pilota przywołuje wiele kontekstów kulturowych i literackich. Kontekst ojca – dzisiaj to puste miejsce, ojciec nieobecny, pozbawiony swojej pozycji w świecie, niechętny, by podjąć się swojej roli. Najbardziej kojarzy mi się postać ojca z bohaterem „Sklepów cynamonowych” . Z kolei kontekst wsi – jest to obraz wsi powojennej - prymitywnej, pozbawionej edukacji, zamkniętej społeczności - znanej nam choćby z „Konopielki”, „Kamienia na kamieniu” czy „Tańczącego jastrzębia” Kawalca. Następny istotny trop to świat dziecka, świat dziwny, tajemniczy, nieopisany, taki, który jest jedynie próbą języka – tu widzimy charakterystyczną dla takiego opisu hiperbolizację czy wręcz monstrualizację rzeczywistości, widoczną na przykład w „Malowanym ptaku” Kosińskiego. I jest jeszcze próba ocalenia języka – języka sprzed epoki telewizji, sprzed epoki szkoły powszechnej, a nawet sprzed epoki pisma; próba okiełznania samoistnego żywiołu, która czyni z prozy Mariana Pilota poemat.
„Pióropusz” oscyluje między tymi wszystkimi możliwościami literatury, ale nie idzie do końca w żadną ze stron i dzięki temu nie zatraca swej integralności. Jakie jest zatem literackie miejsce „Pióropusza”? Jest to opowieść o dzieciństwie, rozliczenie ze światem, ale przede wszystkim próba ocalenia języka – języka naturalnego, języka nieopisanego, rzec można językowego żywiołu, z którego jako coś wtórnego wyłania się opowieść. Na tym polega jednostkowość, oryginalny byt tej, mimo wszystko, powieści, że wdziera się ona pod podszewkę procesów językowych i opisuje świat, który umarł. W tym sensie jest „Pióropusz” literacką etnografią, która pozwala przeżyć językowi przodków. W ten sposób literatura nie jest opisem świata, ale opisem języka, który ten świat przedstawia. Tutaj nie chodzi do końca o sensy, o przesłanie, o refleksję egzystencjalną, ale o wejście w strukturę tworzenia aktu mowy. To, co najlepiej udało się Marianowi Pilotowi, to stworzenie przekonującej kreacji narratora, wejście w potencję opisania świata przez małego chłopca, który z tymże językiem się zmaga, próbuje go zorganizować, by opisać niepojętą rzeczywistość i dzięki temu zaangażowaniu sam staje się władcą piór – pisarzem.

Nie możemy podejść do tej książki jak do klasycznej narracji, bo ominie nas to najważniejsze. Spróbujmy potraktować „Pióropusz” jak poemat prozą, wsłuchajmy się w dźwięki, w szum potocznej mowy, dajmy uwieść się melodii i odkrywajmy ojczyznę zaklętą w języku – dopiero z tej tkaniny, na którą spojrzymy z dystansu, zaczną wylegać magiczne obrazy utkane z przędzy słowa. Dla mnie uhonorowanie „Pióropusza” nagrodą „Nike” jest wielką radością, bo to nie tylko docenienie książki, ale także wybór określonego sposobu myślenia o literaturze – rozumienie literatury jako pamięci języka. Pamiętam oburzenie wielu, gdy nagrodę za utwór „Paw królowej” otrzymała Dorota Masłowska, jakby nie chciano dostrzec, jak autorka zwycięsko zmierzyła się z żywiołem mowy potocznej i nadała mu poetycki wymiar. I to nie jest tak, że wygrały pretensjonalne wywody. Wygrał język, a dla mnie język to najgłębszy sens literatury. Nie opowieścią, intrygą, przesłaniem stoi dzieło literackie – wszystko to są rzeczy drugorzędne wobec „sztuki słowa”.
Sławomir Domański

Miasto, które znikło

oficjalna recenzja


Miedzianka – miasto położone nieopodal Jeleniej Góry. Miejsce, w którym wydarzyło się tyle, że można było napisać książkę. Nazywa się ona „Miedzianka. Historia znikania” i napisał ją Filip Springer – reporter i fotograf, współpracujący z wieloma polskimi czasopismami. Tym razem wyruszył na Dolny Śląsk, by opisać przedziwną historię małego miasteczka, która mogłaby starczyć na wielotomową monografię, a nie jedynie na liczący 250 stron reportaż. A wyruszył po to, by opisać miasto, które tak po prostu, najzwyczajniej świecie, dokładnie nie wiadomo dlaczego, znikło.
Pamiętam fragment z dokumentu Wernera Herzoga „ Spotkania na krańcach świata”, gdzie jeden ze spotkanych na biegunie północnym naukowców opowiada o językach, które umierają – kilkanaście języków rocznie znika z lingwistycznej mapy świata. Jacek Hugo-Bader w swojej książce „Biała gorączka”, opisującej realia życia na Syberii, mówi o rdzennych mieszkańcach tamtego obszaru - stanowią go reprezentanci całego mnóstwa małych narodów, które szybko ulegają degradacji i znikają. Jeśli świat jest bogactwem tradycji i doświadczeń, to nie powinniśmy nad tymi „śmierciami” przechodzić obojętnie. Reportaż Filipa Springera jest poświęcony jest pamięci o tym co małe, niepozorne, ale bardzo ważne – tak jak ważne jest małe życie każdego człowieka, jak ważne jest życie jednej małej planety pośród milionów ciał niebieskich w kosmosie.
Myślałem, czytając tę książkę, o jeszcze jednym skojarzeniu – krótkiej powieści Bohumila Hrabala „Miasteczko, w którym zatrzymał się czas”. W utworze czeskiego prozaika czas zatrzymał się w sercu pisarza, zatrzymał się w opowieści, utkanej z historii, które słyszał, będąc dzieckiem. Miedzianka też jest miastem, w którym czas się zatrzymał, bowiem ona znikła, ale pozostanie historia, która zatrzyma czas. I w ten sposób reportaż, wydawałoby się jeden z wielu, staje się literackim świadectwem – bynajmniej nie jednostkowym, bo historia Miedzianki to historia XX-go wieku. Czytając tę książkę, siadamy w wehikule czasu, który przeniesie nas w miniony wiek, który z dnia na dzień staje się coraz bardziej odległy i usłyszymy opowieść o czasie, który miał być piękny, tak jak piękne były kolejne plany kolejnych zbawców ludzkości, którzy tak samo - małe miasteczko jak i małego człowieka - targali w swoją stronę, nie patrząc na konsekwencje swego postępowania.
Historia Miedzianki, to historia niemieckich mieszkańców, cichych, spokojnych ludzi, którzy tworzyli świat i kulturę tego miejsca; to pojawienie się bestii kolejnych wojen; to rosyjscy żołnierze i polscy osadnicy, którzy przybyli w to miejsce po II wojnie światowej; to kopalnia uranu, w której pracowali niczego nieświadomi ludzie, wydobywając rudę promieniotwórczego metalu dla potrzeb radzieckiej armii w czasie wyścigu zbrojeń; to także historia browaru i wyśmienitego piwa produkowanego tutaj po wojnie przez Stefana Spiża; to historia bezmyślnego traktowania dóbr naturalnych bez oglądania się na konsekwencje; to historia dziesiątek osób, których dotknął w swej książce Filip Springer – ludzi, których niesamowite losy związane były z miasteczkiem, które znikło. A dlaczego znikło? O tym dowiecie z książki.
Sławomir Domański

Był sobie aktor

oficjalna recenzja


Z reguły odbieramy dzieło teatralne bądź filmowe nieświadomi warsztatu, jakim dysponują aktorzy kreujący postaci, które podziwiamy na scenie lub ekranie. Magdalena Przyborowska w swojej monografii poświęconej sztuce aktorskiej Bogumiła Kobieli przybliża czytelnikowi twórczość tego wybitnego artysty oraz ukazuje arkana aktorskiego tworzywa.
„Bogumił Kobiela. Sztuka aktorska” to książka powstała z fascynacji postacią legendarnego aktora, który odszedł przedwcześnie, a mógł dokonać jeszcze bardzo wiele. Wnikliwa analiza jego kreacji teatralnych, filmowych i kabaretowych tworzy pełne tło tego wszystkiego, czym Kobiela inspirował się w swojej działalności artystycznej. Niemały wpływ na jego dokonania miały postaci wybitnych pedagogów, którzy etos aktorskiej pracy traktowali w sposób szczególny, tak daleki od dzisiejszego, komercyjnego widzenia tego zawodu jako rzemiosła – mowa tutaj o zasadach przekazanych potomnym w testamencie Stefana Jaracza, które miały niebagatelny wpływ na wszystkich adeptów sztuki teatralnej pokolenia Kobieli.* Innym konstytutywnym elementem dla dorobku bohatera książki była długoletnia przyjaźń i współpraca ze Zbigniewem Cybulskim. Jeden z krytyków, Janusz Zatorski, widział w tym duecie odzwierciedlenie pary Don Kichot ( Cybulski) – Sancho Pansa (Kobiela).*
Autorka tworzy w swojej monografii obraz, w którym legenda przedwcześnie zmarłego artysty konfrontowana jest z jego dorobkiem artystycznym. Okazuje się, że wśród świetnych ról stworzonych przez Kobielę dominują kreacje drugoplanowe lub wręcz epizodyczne, które tak zapadały widzom w pamięć, że przyćmiewały nieraz wizerunki stworzone przez głównych bohaterów. Takimi rolami były na przykład postać Lisieckiego w „Lalce” Hasa lub epizod mnicha w „Przygodach Pana Michała”. Inaczej było w wypadku duetu Kobiela – Cybulski - w filmach takich jak „Popiół i diament” i „Rękopis znaleziony w Saragossie” prym wiódł ten drugi, ale tak silnie inspirował Kobielę, że trudno przecenić jego wpływ na końcowy, wybitny przecież efekt dzieła. Tylko jedna „pełnowymiarowa” rola Jana Piszczyka w „Zezowatym szczęściu” okazała się wzorcem aktorskiego mistrzostwa.
Wymieniłem tylko kreacje filmowe, bo te czytelnicy mogą znać z kina i telewizji. Dziś już mało kto pamięta role teatralne i aktywność w studenckim teatrze „Bim-bom” (co ciekawe – autorka uświadomiła mi, że Kobiela nie występował w tym teatrze na scenie). Dzięki monografii Przyborowskiej możemy zapoznać się z całą teatralną drogą aktora. Rozdział „Przystanki teatralne” to bardzo ciekawa podróż w świat teatrów lat sześćdziesiątych; jest to także świetny opis aktorskiej szkoły i budowania warsztatu, który Kobiela potrafił tak świetnie wykorzystywać w swoich późniejszych rolach. Trzeba przyznać, że Magdalena Przyborowska wykonała iście mrówczą pracę, aby ukazać nam tę najbardziej nietrwałą dziedzinę sztuki, jaką jest teatr. Bez tego nie sposób byłoby dokonać tak daleko idącej syntezy dokonań aktorskich Kobieli.
Walorem książki jest piękna i bogata szata graficzna – atutem są tutaj często unikalne zdjęcia, dzięki którym możemy zobaczyć i lepiej wyobrazić sobie, jak wyglądały wczesne lub nieznane kreacje aktorskie Bogumiła Kobieli. Dodatkowo muszę przyznać, że autorka opowiada o tym wszystkim z lekkością, a nade wszystko z autentyczną pasją i znawstwem. Nie jest to tylko książka dla koneserów aktorskiego rzemiosła. Jeśli czytelnika interesuje świat artystyczny lat sześćdziesiątych, jak tworzyły się legendy tragicznie zmarłych Cybulskiego i Kobieli oraz na czym polega specyficzny kunszt aktorski tego drugiego, to nie zawiedzie się, sięgając po książkę „Bogumił Kobiela. Sztuka aktorska”.
Czasem podczas lektury przychodziła mi do głowy myśl, że naukowiec walczy tutaj momentami o prymat z pasjonatem. Osobiście uważam, że książkowy debiut Magdaleny Przyborowskiej wskazuje na możliwość tworzenia popularnych esejów, poświęconych zjawiskom kultury, bowiem dzięki lekkości wypowiedzi, anegdotom i innym ozdobnikom, kraszącym tekst, nie potrafię tej książki określić jedynie jako naukowa rozprawa. To najistotniejszy walor – jest to książka otwarta na zwykłego odbiorcę, za jakiego się uważam. Być może lepiej byłoby wyklarować ideę adresata, do którego autorka się zwraca, ale myślę, że to kwestia przyszłości. Zbyt mało dziś prac, które w zajmujący sposób potrafią opowiedzieć o rzemiośle, a tym samym wpływać na kształtowanie świadomych odbiorców tekstów kultury.
Sławomir Domański
*Magdalena Przyborowska, Bogumił Kobiela. Sztuka aktorska, Gdańsk 2011, s.62-63.
**Tamże s. 226-227.

sobota, 5 listopada 2011

Berlińskie tekno (film "Berlin Calling")

Ickarus - to imię powinno mówić nam wiele. Chłopak poleciał do nieba zamiast trzymać się taty i runął do morza. Do dziś nie wiadomo, dlaczego tak zrobił. Różni tacy piszą o tych motywach książki i wiersze i rozkminiają , o co z tym Ikarem chodziło. Generalnie symbolizuje ta postać buntownika wobec pokolenia ojców, gościa, który brejka wszystkie rule i idzie tam , gdzie chce bez względu na konsekwencje. Ickarus przypomina McMurphy’ego z „Lotu nad kukułczym gniazdem” i tę inspirację widać szczególnie mocno w scenach w zakładzie psychiatrycznym, do którego bohater trafia po zażyciu nieznanego narkotyku.Obejrzałem ten film po raz drugi i dopiero zaczęło do mnie docierać, że jest w „Berlin Calling” przejrzystość, którą tak sobie cenię. Film jest naprawdę świetną, klarowną i dynamiczną opowieścią o współczesnym artyście, szaleństwie tworzenia, potrzebie niedojrzałości i dopiero gdzieś na końcu o narkotykach. To że dominuje techniawa może wielu zniechęcić. A może to ja jestem starym dziadem.

Siostra Mildred to, co tu dużo gadać, wredna suka. Dała mocno McMurphy’emu w kość. Baba ta chce wszystkich zmieścić w foremce nudnego życia bez emocji, kładzie zatem na swoim prokrustowym łożu wszystkich po kolei facetów i kastruje ich z myśli, marzeń, emocji. Czyni z nich posłusznych, służalczych ludzików, którzy niczym w „Superniani”, w razie przeskrobania czegoś wędrują na karnego jeżyka. McMurphy się stawia, ale i tak dostaje po pupie - zamienia go siostra w roślinkę.
Scena w szpitalu, gdy Ickarus organizuje imprezę, to niemal dokładny cytat z „Lotu...” Ickarus także ma swoją siostrę – w tym wypadku jest to doktor Petra Paul. Tyle że sytuacja się zmieniła. Rozkapryszony chłopczyk niszczy siebie i wszystko dookoła, naprawdę żyje tylko dla muzyki. I teraz mota się w labiryncie techno-narkotykowym, z którego nie potrafi wybrnąć. Okazuje się, że wolność nie jest jedynym kryterium wartości. Tym kryterium jest harmonia wewnętrznego życia, pewien egzystencjalny ład i dobre relacje z innymi ludźmi. Wolność sama w sobie nie znaczy wiele – tym różni się świat Ickarusa od świata swoich poprzedników z lat 60-tych.
Gdyby nie kobiety to by się nam współczesny Ikar pogubił, ale One nigdy nie zostawiają potrzebującego w potrzasku, One zawsze potrafią wskazać właściwą drogę - chociaż mogą nie akceptować, a nawet się mylić, zawsze ogarną ten cały rozgardiasz, wejdą tam z mopem i środkami czyszczącymi, odpicują, odmalują i wszystko będzie hulało jak należy. Ikarus rozdzieli swoje demony od życia i zostawi je sztuce. Zresztą wszystko przez to, że był półsierotą i wychowywał się bez matki. Standard.
„Berlin Calling” to nie jest film o uzależnieniu – to film o buncie, który przestał być fajny; buncie, który człowieka wpycha w ślepy zaułek, z którego nie ma wyjścia. Harmonijny ład reprezentują kobiety. Jest to ład zimny i kiczowaty. To co Ickarus może im dać, to otworzyć przestrzeń ich emocji, które muszą milczeć pod delikatnym makijażem. Z drugiej strony Ikarus i jego demony muszą zostać okiełznane – szaleństwo zderza się z opanowaną, choć bzedtną pewnością kobiet. To one dają mu siłę do wprowadzenia zmiany. I gra muzyka. Tekno.

Historia jako intryga literacka (Umberto Eco "Cmentarz w Pradze")

Simonini – główny bohater powieści „Cmentarz w Pradze”, to osobnik stojący w cieniu mechanizmów historii, a zarazem te mechanizmy poruszający. To wcielenie spiskowych teorii rządzących światem, sposobu myślenia o świecie, w którym trzeba na kogoś zwalić winę za to, co złego nam się przydarzyło. Simonini to jedyny fikcyjny bohater powieści; pozostali są autentyczni, jednak Simonini, stojący w cieniu, w cylindrze i pelerynie, to zarazem najbardziej prawdziwa i ponadczasowa postać tej historii.

Będę szczery – nasłuchałem się wcześniej od różnych znajomych o „Protokołach mędrców Syjonu”, moja świętej pamięci babcia też opowiadała mi o dzieciach porywanych przez Żydów, aby uzyskać krew na rytualną macę. To nie jest tak, że te legendy można dziś odłożyć do skansenu antysemickich osobliwości. Do dziś słyszę czasem, że Adam Szechter Michnik kręci trybami masońskich mechanizmów, wpływających na polityczne elity. To właśnie dlatego powieść Umberto Eco jest taka potrzebna – dzięki niej łatwiej będzie nam zmierzyć się z widmami, które krążą nad naszymi głowami i budzą nasze głęboko skrywane lęki.
To wielka pokusa być takim „nieruchomym poruszycielem” jak Simonini. Jest w tej makiawelicznej koncepcji iście szatańska próba kreowania ludzkich dziejów wedle własnego widzi mi się. A wszystko polega na tym, aby na kogoś zrzucić winę. Jeśli jest się wychowanym w duchu katolickiej tradycji, tego winowajcę nietrudno będzie wskazać – oczywiście będą to Żydzi, którzy sprzeciwili się Bożej woli i skazali na ukrzyżowanie Jezusa z Nazaretu. Teraz wystarczy już tylko odrobina fantazji, która stworzy mroczne historie o światowym spisku, który dąży do panowania nad światem. Choć nie do końca – przecież sławetne „Protokoły...” to osobliwa kompilacja literackich prób Dumasa, Joly’ego, Goedschego i Taxila, bo, aby historia była wiarygodna, musiała już być przez kogoś wcześniej opowiedziana.
Może tak właśnie wygląda cała historia literatury - nieustanne dokładanie i wykorzystywanie cudzych pomysłów. Różnica jest tylko taka, że „zwykła” literatura nie ma ambicji wpływania na losy świata, pragnie jedynie dokonać pewnej syntezy, zatrzymać to, co ulotne. Historia Simoniniego mówi czytelnikowi o niebezpieczeństwie, wynikającym z dosłowności idei. Coś funkcjonującego jako potencja wyobraźni, staje się nagle prawdą. Ktoś z rozmysłem tworzy swoją historię nie jako opowieść, ale jako obiektywnie istniejący element rzeczywistości, na domiar złego przesycony wrogością wobec świata. Ktoś budzi drzemiące w mroku ludzkiego jestestwa demony, by stały się one nikczemnym usprawiedliwieniem naszego zła i małości.
Simonini i jemu podobni szerokie pole do działania zyskali pod koniec XIX wieku, gdy głodne masy zaczęły napływać do miast w poszukiwaniu lepszych warunków egzystencji. Niebezpieczeństwa płynące z rozczarowania i nędzy stawały się zarzewiem coraz większych konfliktów społecznych. Wykorzystywali to coraz liczniejsi pobratymcy Raskolnikowa, którzy, wierząc w swą wielkość i ignorując moralność, pragnęli podjąć rząd dusz i decydować o losach narodów. Myślę, że „Cmentarz w Pradze” jest doskonałym komentarzem do tego momentu historii, gdy siła drukowanego słowa miała taką moc, że mogła zmieniać losy świata i decydować o życiu i śmierci narodów. W taki sposób spełniała się romantyczna idea o sprawczej mocy poetyckiego słowa, które niestety nieraz stawało się ciałem. Cóż – świat literackiej fikcji rządzi się swoimi prawami. Problem w tym, że każdy może tę fikcję interpretować po swojemu. Zawsze znajdą się chętni zaserwować radykalną wersję popularnych poglądów, zniekształcając je pod swoim kątem.
Moja bardzo wysoka ocena powieści Umberto Eco jest, jak zawsze w przypadku tego autora, nieco na wyrost. Tyle, że to wina mojej ignorancji, a nie włoskiego pisarza. Autor przytacza w swoim dziele tyle kontekstów historycznych, postaci, prezentujących taką wielość poglądów, że można się w tym gąszczu pogubić. Dla przybliżenia tematu warto poczytać u cioci Wiki o „Protokołach mędrców Syjonu” oraz artykuł Janusza Tazbira na ten temat, do którego link umieszczam poniżej*. Warto też zbliżyć się nieco do karbonariuszy i Garibaldiego, komunardów czy sprawy Dreyfussa. Dla większych erudytów możliwość buszowania w historii w kontekście teorii spisków to będzie, jestem przekonany, dzika rozkosz. Dla zwykłych zjadaczy książek będą jezuici i sataniści, masoni i agenci wywiadu, zamachy, spiski, morderstwa... A dla fanów psychoanalizy – Doktor Freud. „Cmentarz w Pradze” to potężna i potrzebna książka, wielka myśl i głęboka refleksja podane w sensacyjnym sosie. Zapomniałem dodać, że Simomini był smakoszem, więc znajduje się tu także kilka ciekawych przepisów kulinarnych. Pozostaje mi zatem życzyć smacznego.
Sławomir Domański
oficjalna recenzja

*artykuł Janusza Tazbira o „Protokołach mędrców Syjonu” można znaleźć tutajhttp://niniwa2.cba.pl/protokoly_janusz_tazbir_1.htm

sobota, 29 października 2011

Zrozumieć Polskę

oficjalna recenzja




Stawiając pytania o dzisiejszy kształt Polski, możemy spojrzeć na procesy historyczne ostatniego półwiecza z wielu różnych perspektyw. Według mnie najlepszą możliwością takiego spojrzenia winien być kod uznawanych za wybitne postaci, które tworzyły naszą historię. Może to być perspektywa Lecha Wałęsy, kardynała Wyszyńskiego, bądź też Lecha Kaczyńskiego. Dla mnie najlepszym punktem odniesienia dla tej perspektywy będzie osoba Jacka Kuronia, a „Czas KOR-u” jest doskonałą pozycją, obrazującą przemiany tamtych lat.
Zacznę od uzasadnienia – działalność Jacka Kuronia to praktycznie całościowy przekrój poprzez powojenną historię Polski - od jego działalności w strukturach komunistycznych organizacji młodzieżowych po udział w demokratycznych rządach III RP i kandydowanie na urząd prezydencki. Trudno wskazać drugą postać w naszej historii, która na przestrzeni tak długiego czasu wykazywałaby się aż tak wielką energią działania na rzecz walki o demokrację.
W wydanej rok temu książce „Anatomia buntu. Kuroń, Modzelewski i komandosi” historyk Andrzej Friszke przedstawił nam pierwszy okres opozycyjnej działalności Jacka Kuronia, rozciągający się pomiędzy latami 50-tymi a rokiem 1968. Wiele osób, krytykujących obecnie Kuronia i jego polityczne wizje, wskazuje na ten czas jako moment, który kompromituje jego osobę ze względu na uczestnictwo w komunistycznych organizacjach młodzieżowych najgorszego stalinowskiego sortu. Lektura książki Friszkego, która otrzymała Nagrodę Historyczną „Polityki” pozwala zrozumieć, dlaczego Jacek Kuroń – w każdej sytuacji aktywny społecznik – podejmował tego rodzaju działalność.
Dziś, kiedy wyrażanie własnych myśli nie jest wielkim ryzykiem, można narzekać na tych, którzy kiedyś podejmowali trudne działania także w ramach systemu politycznego, który zwalczał demokratyczne i wolnościowe działania swoich obywateli. Ale gdzie byli wówczas ci, którzy dziś używają tych argumentów? Właśnie dlatego uważam Jacka Kuronia za jedną z najważniejszych postaci w historii powojennej Polski - jego życie to pół wieku aktywnej, społecznej działalności, działalności skierowanej zawsze na dobro innych ludzi.
„Czas KOR-u” jest książką opisującą działalność Jacka Kuronia w latach siedemdziesiątych – od powstania Komitetu Obrony Robotników do gorącego okresu sierpnia 1980. Bohater książki Friszkego to bezkompromisowy działacz społeczny, aktywny krytyk niedemokratycznych działań, prowadzonych przez władze PRL. Znajdziemy tu rozmaite gry polityczne, które miały miejsce w samym łonie opozycji, intrygancką działalność służb bezpieczeństwa i opis relacji na linii „opozycja – partia – Kościół”. Analizując powyższe wydarzenia z 30-letniego dystansu możemy spojrzeć na proces dojrzewania idei w pełni niepodległego państwa i lepiej zrozumieć, jak tworzyły się zręby dzisiejszej wolnej Polski. Łatwo dziś rzucać oskarżenie, które rysowały się już w pewnych kręgach opozycji od samego początku, że działalność ludzi pokroju Kuronia czy Michnika była zanadto subtelna i mało jednoznaczna. Czytając „Czas KOR-u” możemy sobie przypomnieć, jak wielką cenę płacili ówcześni opozycjoniści za przeciwstawianie się dyktaturze. Andrzej Friszke doskonale dokumentuje stawiane przez siebie tezy, a dystans czasowy pozwala na zachowanie obiektywizmu w sposobie patrzenia na historię. Myślę, że dziś można już bez emocji poddać ocenie trudną sytuację Polski lat PRL-u i jednocześnie docenić, mądrość polityczną „korowców”, których podstawową metodą było oficjalne działanie w majestacie prawa, co powodowało wiązanie rąk ówczesnym władzom, które, chcąc uchodzić za demokratyczne, nie mogły bezkarnie rozprawiać się z opozycją, a dzięki temu kurs represji nie był tak silny jak w Czechosłowacji czy innych „demoludach”. Z tego powodu Polska mogła stać się awangardą zmian w krajach socjalistycznych pod koniec lat 80-tych.
Dziś nie potrafimy cieszyć się z osiągniętej wolności. Moment upadku PRL-u i odzyskanie pełni politycznego pluralizmu nie jest w Polsce wielkim świętem. Pewnie to wynik ciągłych politycznych tarć, niesnasek oraz wzajemnych oskarżeń, które zapoczątkowały obrady „Okrągłego stołu”. Szkoda, bo chyba zapominamy, że to właśnie Polska stała na czele przemian, które miały miejsce w Europie u schyłku lat 80-tych. Na czele tych przemian stał przez niemal całe swoje aktywne życie Jacek Kuroń. I jeszcze jedna rzecz – pamiętajmy, jak ważną rzeczą jest ciężko wywalczona wolność wypowiedzi. To wielki dar, będący efektem wysiłku tych niewielu, którzy ryzykowali własną wolność a nieraz życie, dlatego byśmy obecnie mogli cieszyć się swobodą i nie bać się wypowiadać własnego zdania. Ale i dziś nie brak cenzorskich polityków, którzy, gdy da im się taką możliwość, będą ciąć, zmieniać, usuwać, by tylko poczuć, że mają władzę. Cóż – jak mawiał cadyk ze „Skrzypka na dachu”: „Panie Boże, zachowaj ich w zdrowiu i szczęściu, byle jak najdalej od nas”.
Sławomir Domański

Historia przesadnie kryminalna

oficjalna recenzja


Na fali popularności pisarstwa Dana Browna często natknąć się można na książki łączące kryminał i powieść historyczną. „Reguła mroku” Giulio Leoniego jest taką właśnie powieścią, tyle że problem tkwi nie w tym, o czym jest książka. Problem w tym, jak została napisana.
Początek XVI wieku. Na papieskim tronie zasiada Sykstus VI, którego osobę oplata sieć intryg. Wielkie rody Borggiów i Medyceuszy walczą o swoje wpływy i władzę w Watykanie. W to wszystko jest uwikłany młodzieniec Pico Mirandola, który wyrusza z Mediolanu do stolicy papieskiej, aby rozwikłać zagadkę tajemniczych morderstw, które powiązane są z regułą, pozwalającą sprowadzać zmarłych z powrotem do świata żywych.
Ledwie napomknąłem o postaciach i intrygach, które czytelnik spotka na swojej drodze w czasie lektury książki. Pełno tutaj tajemniczych związków, spisków, przez które trzeba nam się przedzierać podczas lektury. Trzeba przyznać Leoniemu, że opowiada z lekkością i, czytając „Regułę mroku”, nie ma się wrażenia przykrości. Niektóre pomysły są ciekawe i świeże, tyle że jest ich, wydaje mi się, za dużo. Sytuacja goni sytuację, morderstwo goni pojedynek, a przecież sam autor stara się stworzyć realny historyczny koloryt dla ukazywanych perypetii i ten drugi element pozostaje w cieniu huczącej od wydarzeń akcji.
Poza wszystkim nie udało mi się zidentyfikować z jakimś konkretnym punktem widzenia, jakby sam autor nie umiał się opowiedzieć po jednej, określonej stronie. Jeśli „Reguła mroku” jest kryminałem historycznym, to chciałbym wiedzieć komu i dlaczego mam kibicować. W „Imieniu róży” czy w „Kodzie...” nie miałem z tym problemu – wiedziałem kto kombinuje poniżej pasa, a kto chce odkryć prawdę. Tutaj wszystko jest rozmyte. I jeszcze tło historyczne – u Browna na przykład wszystko podane jest kawa na ławę w taki sposób, że klarowne ukazanie koncepcji historycznych, czy niech będzie pseudohistorycznych, nie przeszkadza kryminalnej intrydze. Leoni nie postarał się, by laikowi, który oczekuje lekkostrawnej wersji spiskowej teorii dziejów, ułatwić zadanie.
Włoski renesans jest rewelacyjnym tematem na stworzenie mrocznej, pełnej magii historii. Czy w „Regule mroku” udało się osiągnąć efekt zaintrygowania opowieścią? Śmiem wątpić. W tym gąszczu perypetii pojawia się zbyt dużo znaków zapytania, a rozwiązania przygotowane przez autora rozczarowują. Powieść jest energiczna, pełna akcji, ale, niestety, pozbawiona klimatu. Brak jej też wdzięku i lekkości „Kodu Leonarda Da Vinci”. A szkoda, bo potencjał był.
Sławomir Domański