Dom (zly)

Dom (zly)

sobota, 29 października 2011

Zrozumieć Polskę

oficjalna recenzja




Stawiając pytania o dzisiejszy kształt Polski, możemy spojrzeć na procesy historyczne ostatniego półwiecza z wielu różnych perspektyw. Według mnie najlepszą możliwością takiego spojrzenia winien być kod uznawanych za wybitne postaci, które tworzyły naszą historię. Może to być perspektywa Lecha Wałęsy, kardynała Wyszyńskiego, bądź też Lecha Kaczyńskiego. Dla mnie najlepszym punktem odniesienia dla tej perspektywy będzie osoba Jacka Kuronia, a „Czas KOR-u” jest doskonałą pozycją, obrazującą przemiany tamtych lat.
Zacznę od uzasadnienia – działalność Jacka Kuronia to praktycznie całościowy przekrój poprzez powojenną historię Polski - od jego działalności w strukturach komunistycznych organizacji młodzieżowych po udział w demokratycznych rządach III RP i kandydowanie na urząd prezydencki. Trudno wskazać drugą postać w naszej historii, która na przestrzeni tak długiego czasu wykazywałaby się aż tak wielką energią działania na rzecz walki o demokrację.
W wydanej rok temu książce „Anatomia buntu. Kuroń, Modzelewski i komandosi” historyk Andrzej Friszke przedstawił nam pierwszy okres opozycyjnej działalności Jacka Kuronia, rozciągający się pomiędzy latami 50-tymi a rokiem 1968. Wiele osób, krytykujących obecnie Kuronia i jego polityczne wizje, wskazuje na ten czas jako moment, który kompromituje jego osobę ze względu na uczestnictwo w komunistycznych organizacjach młodzieżowych najgorszego stalinowskiego sortu. Lektura książki Friszkego, która otrzymała Nagrodę Historyczną „Polityki” pozwala zrozumieć, dlaczego Jacek Kuroń – w każdej sytuacji aktywny społecznik – podejmował tego rodzaju działalność.
Dziś, kiedy wyrażanie własnych myśli nie jest wielkim ryzykiem, można narzekać na tych, którzy kiedyś podejmowali trudne działania także w ramach systemu politycznego, który zwalczał demokratyczne i wolnościowe działania swoich obywateli. Ale gdzie byli wówczas ci, którzy dziś używają tych argumentów? Właśnie dlatego uważam Jacka Kuronia za jedną z najważniejszych postaci w historii powojennej Polski - jego życie to pół wieku aktywnej, społecznej działalności, działalności skierowanej zawsze na dobro innych ludzi.
„Czas KOR-u” jest książką opisującą działalność Jacka Kuronia w latach siedemdziesiątych – od powstania Komitetu Obrony Robotników do gorącego okresu sierpnia 1980. Bohater książki Friszkego to bezkompromisowy działacz społeczny, aktywny krytyk niedemokratycznych działań, prowadzonych przez władze PRL. Znajdziemy tu rozmaite gry polityczne, które miały miejsce w samym łonie opozycji, intrygancką działalność służb bezpieczeństwa i opis relacji na linii „opozycja – partia – Kościół”. Analizując powyższe wydarzenia z 30-letniego dystansu możemy spojrzeć na proces dojrzewania idei w pełni niepodległego państwa i lepiej zrozumieć, jak tworzyły się zręby dzisiejszej wolnej Polski. Łatwo dziś rzucać oskarżenie, które rysowały się już w pewnych kręgach opozycji od samego początku, że działalność ludzi pokroju Kuronia czy Michnika była zanadto subtelna i mało jednoznaczna. Czytając „Czas KOR-u” możemy sobie przypomnieć, jak wielką cenę płacili ówcześni opozycjoniści za przeciwstawianie się dyktaturze. Andrzej Friszke doskonale dokumentuje stawiane przez siebie tezy, a dystans czasowy pozwala na zachowanie obiektywizmu w sposobie patrzenia na historię. Myślę, że dziś można już bez emocji poddać ocenie trudną sytuację Polski lat PRL-u i jednocześnie docenić, mądrość polityczną „korowców”, których podstawową metodą było oficjalne działanie w majestacie prawa, co powodowało wiązanie rąk ówczesnym władzom, które, chcąc uchodzić za demokratyczne, nie mogły bezkarnie rozprawiać się z opozycją, a dzięki temu kurs represji nie był tak silny jak w Czechosłowacji czy innych „demoludach”. Z tego powodu Polska mogła stać się awangardą zmian w krajach socjalistycznych pod koniec lat 80-tych.
Dziś nie potrafimy cieszyć się z osiągniętej wolności. Moment upadku PRL-u i odzyskanie pełni politycznego pluralizmu nie jest w Polsce wielkim świętem. Pewnie to wynik ciągłych politycznych tarć, niesnasek oraz wzajemnych oskarżeń, które zapoczątkowały obrady „Okrągłego stołu”. Szkoda, bo chyba zapominamy, że to właśnie Polska stała na czele przemian, które miały miejsce w Europie u schyłku lat 80-tych. Na czele tych przemian stał przez niemal całe swoje aktywne życie Jacek Kuroń. I jeszcze jedna rzecz – pamiętajmy, jak ważną rzeczą jest ciężko wywalczona wolność wypowiedzi. To wielki dar, będący efektem wysiłku tych niewielu, którzy ryzykowali własną wolność a nieraz życie, dlatego byśmy obecnie mogli cieszyć się swobodą i nie bać się wypowiadać własnego zdania. Ale i dziś nie brak cenzorskich polityków, którzy, gdy da im się taką możliwość, będą ciąć, zmieniać, usuwać, by tylko poczuć, że mają władzę. Cóż – jak mawiał cadyk ze „Skrzypka na dachu”: „Panie Boże, zachowaj ich w zdrowiu i szczęściu, byle jak najdalej od nas”.
Sławomir Domański

Historia przesadnie kryminalna

oficjalna recenzja


Na fali popularności pisarstwa Dana Browna często natknąć się można na książki łączące kryminał i powieść historyczną. „Reguła mroku” Giulio Leoniego jest taką właśnie powieścią, tyle że problem tkwi nie w tym, o czym jest książka. Problem w tym, jak została napisana.
Początek XVI wieku. Na papieskim tronie zasiada Sykstus VI, którego osobę oplata sieć intryg. Wielkie rody Borggiów i Medyceuszy walczą o swoje wpływy i władzę w Watykanie. W to wszystko jest uwikłany młodzieniec Pico Mirandola, który wyrusza z Mediolanu do stolicy papieskiej, aby rozwikłać zagadkę tajemniczych morderstw, które powiązane są z regułą, pozwalającą sprowadzać zmarłych z powrotem do świata żywych.
Ledwie napomknąłem o postaciach i intrygach, które czytelnik spotka na swojej drodze w czasie lektury książki. Pełno tutaj tajemniczych związków, spisków, przez które trzeba nam się przedzierać podczas lektury. Trzeba przyznać Leoniemu, że opowiada z lekkością i, czytając „Regułę mroku”, nie ma się wrażenia przykrości. Niektóre pomysły są ciekawe i świeże, tyle że jest ich, wydaje mi się, za dużo. Sytuacja goni sytuację, morderstwo goni pojedynek, a przecież sam autor stara się stworzyć realny historyczny koloryt dla ukazywanych perypetii i ten drugi element pozostaje w cieniu huczącej od wydarzeń akcji.
Poza wszystkim nie udało mi się zidentyfikować z jakimś konkretnym punktem widzenia, jakby sam autor nie umiał się opowiedzieć po jednej, określonej stronie. Jeśli „Reguła mroku” jest kryminałem historycznym, to chciałbym wiedzieć komu i dlaczego mam kibicować. W „Imieniu róży” czy w „Kodzie...” nie miałem z tym problemu – wiedziałem kto kombinuje poniżej pasa, a kto chce odkryć prawdę. Tutaj wszystko jest rozmyte. I jeszcze tło historyczne – u Browna na przykład wszystko podane jest kawa na ławę w taki sposób, że klarowne ukazanie koncepcji historycznych, czy niech będzie pseudohistorycznych, nie przeszkadza kryminalnej intrydze. Leoni nie postarał się, by laikowi, który oczekuje lekkostrawnej wersji spiskowej teorii dziejów, ułatwić zadanie.
Włoski renesans jest rewelacyjnym tematem na stworzenie mrocznej, pełnej magii historii. Czy w „Regule mroku” udało się osiągnąć efekt zaintrygowania opowieścią? Śmiem wątpić. W tym gąszczu perypetii pojawia się zbyt dużo znaków zapytania, a rozwiązania przygotowane przez autora rozczarowują. Powieść jest energiczna, pełna akcji, ale, niestety, pozbawiona klimatu. Brak jej też wdzięku i lekkości „Kodu Leonarda Da Vinci”. A szkoda, bo potencjał był.
Sławomir Domański

wtorek, 18 października 2011

Zanurzyć się w słowie (Wacław Hryniewicz "Nad przepaściami wiary")

Zanim przeczytałem wywiad-rzekę z księdzem Wacławem Hryniewiczem, tkwiłem w przekonaniu, że to bardzo kontrowersyjna postać - obrazoburczy wojownik, głoszący tezy, na które "dobry" katolik nie może się w żaden sposób zgodzić. Cóż - byłem w błędzie. Zdarza się.
Do takiego postrzegania postaci księdza Hryniewicza przyczynił się między innymi odcinek programu "Fronda", gdzie autor "Nad przepaściami wiary" wypowiadał jedno zdanie, a kilku adwersarzy rozbijało w proch każdą jego myśl długimi tyradami. Nie wiem dlaczego przypominało mi to dawno minione rozprawy z "wrogami systemu". Nieprawda - wiem. Ano należy stworzyć taką sytuację, by punkt ciężkości z treści przenieść na kontekst. W ten sposób osoba ks. Hryniewicza jawi się często co najwyżej jako postać nieszkodliwego cudaka na tle naprawdę uczonych i mądrych. No, bo o co mu w ogóle chodzi? Wszak w tym najlepszym z Kościołów jest tyle piękna i miłości. Na cóż więc gorszyć maluczkich?
No właśnie - zgorszenia to w wywiadach zgromadzonych w książce nie uświadczysz. Jeśli ktoś pragnie z tego powodu sięgnąć po tę pozycję, to stanowczo odradzam. Nie ma tu skandali; tez, od których ziemia drży próżno szukać. Jest za to pełen dobra i spokoju uśmiech, taki jak ukazany na zdjęciu z okładki i jest refleksja. Bo ksiądz - teolog odpowiedzi gotowych nie daje, mówi za to wiele o dyskusji i potrzebie dialogu. W myślach tu wyrażanych brak kategorycznych stwierdzeń, są za to pytania, które autor stawia nam, ale także sam sobie.
Te pytania dotyczą głównie zagadnienia nadziei jako najgłębszej intuicji prowadzącej człowieka do Boga. W tym kontekście jest to zachęta do głębszej refleksji nad tym, czym jest w rzeczywistości nasza wiara, ale chodzi tu o przemyślenia wewnętrzne, bardzo indywidualne. Wiele tu mowy o ekumenizmie jako szansie na porozumienie między kościołami, nie tylko chrześcijańskimi. Mowa tu o potrzebie głębszego przeżywania tajemnicy zmartwychwstania, w której każdy wierzący człowiek winien jak najmocniej uczestniczyć. Mowa tu o roli kobiet w kościele, lecz znów bez kategorycznej krytyki, raczej chodzi o to, co można zrobić, by odejść od pewnego sposobu myślenia na temat roli kobiety w kościele, niestety mocno zakorzenionego w katolicyzmie. Jest tu także obecna bardzo piękna refleksja na temat dobrego i miłosiernego Boga, który współuczestniczy w ludzkim cierpieniu i daje wiarę w sens tegoż. 
Oczywiście są także braki, bo wiadomo, nikt nie jest doskonały. Brak zatem w książce szatana, ognia piekielnego, wizji rzesz potępionych dusz zmierzających ku wieczystemu zatraceniu. Stawiam tezę, że właśnie takie myślenie jest najmocniej obecne w naszym obrazie wiary - "massa damnata" i pedagogika strachu. Chodząc do swojego kościoła, rozmawiając z ludźmi - braćmi w wierze takie właśnie wrażenie odnoszę.
Ksiądz Wacław Hryniewicz nie stawia zła w centrum swojej teologii. To nie strach przed ogniem piekielnym ma pchać nas w objęcia Kościoła, lecz wiara w miłość, piękno i dobro Boga, przekonanie, że warto czynić dobro dla niego samego, a nie ze strachu przed wieczną kaźnią. I tylko taka teologia mnie przekonuje, i tylko taka teologia powoduje, że pragnę się oczyścić i zanurzyć w słowie Ewangelii jako źródle nadziei. 
Jestem pełen wdzięczności księdzu Profesorowi, że otwiera moje oczy na różnorodność Kościoła i daje nowe perspektywy w oglądzie tego, co tak często zdaje się nam odległe od prawdy. 
Ale pozostaje jedno pytanie, na które nie umiem znaleźć odpowiedzi - dlaczego olbrzymi potencjał myśli teologicznej, obecnej wszak w naszym Kościele, nie jest ukazywany wiernym. Czemuż docierać musimy do tego typu publikacji niejako okrężną drogą, od strony krytyki, a nie możemy spotkać się z tymi ideami w naszym najbliższym otoczeniu - parafii bądź szkolnej katechezie?

Strangulare humanum est, czyli wieszać jest rzeczą ludzką!



Autor: lapsus

Książka: Kacica (Kohout Pavel)

Data dodania: 2009-09-22 23:43

Redakcja BiblioNETki poleca!

Drodzy Państwo, 

jeśli pragniecie zapewnić swemu dziecku dostatnią przyszłość, szlachetny i interesujący fach, na którego usługi zawsze będzie popyt, nie wahajcie się ani chwili. Pierwsza na świecie szkoła katów otwiera swoje podwoje! 
W naszej placówce Państwa pociechy zostaną gruntownie zaznajomione nie tylko z najnowocześniejszymi metodami wykonywania wyroków śmierci, ale poznają także tajniki gabinetu tortur oraz wszelakie tradycje rzemiosła wykonatorskiego. W bogatym programie nauczania są także wiadomości z zakresu egzekucji w krajach egzotycznych, co, mamy nadzieję, dodatkowo uatrakcyjni ofertę edukacyjną naszej placówki. 
Dla zdolnych i pracowitych uczniów przewidujemy dodatkowe atrakcje - interesujące wycieczki do miejsc kaźni, nie tylko w kraju ale i za granicą, profesjonalne praktyki organizowane pod okiem najlepszych specjalistów, a także możliwość korzystania z najwyższej jakości sprzętu wykonatorskiego, jaki jest dostępny w kraju. 
Wychodząc naprzeciw najnowszym trendom, nie chcemy zamykać naszej szkoły dla dziewcząt, a nawet żywimy nadzieję, że ścieżka kariery w zawodzie kacicy stanie się atrakcyjną szansą na przyszłość dla wielu naszych absolwentek. 

Zachęcamy do zapoznania się ze szczegółową ofertą edukacyjną i kompedium wiedzy na temat naszej szkoły, dziełem "Kacica" autorstwa Pavla Kohouta, które naszym skromnym zdaniem w najdoskonalszy sposób przybliży Państwu przyświecające placówce idee. 

Pozdrawiamy pełnym humanizmu hasłem pierwszej szkoły katów: "Strangulare humanum est!". 

Z poważaniem pozostający skromnie w cieniu Założyciele. 

PS. Bohumil Hrabal w jednej ze swoich późnych książeczek zapisał usłyszane przypadkiem słowa: "Wiecie co to Czesi? To śmiejące się bestie!". I to jest chyba najlepsze podsumowanie dla powieści Kohouta.

Sandor Marai "Pokrzepiciel"

Inkwizycja jest zjawiskiem zdumiewającym w historii chrześcijaństwa. Pokrętne korytarze ludzkiej logiki stworzyły pomysł na jedność i trwałość jedynej prawdy. Tym pomysłem był stos. Jak można było pogodzić słowa Chrystusa i tortury zakończone haniebną kaźnią na stosie? Szymon Hołownia pisze w swoich "Tabletkach z krzyżykiem" , że "zło jest do przełknięcia tylko pod postacią dobra". Posyłając na stos często niewinnych nieszczęśników przedstawiciele Sante Officio tkwili w silnym przekonaniu o podjęciu jedynie słusznej misji, mającej na celu zwrócenie heretyka Bogu. W gruncie rzeczy czynili oni skazanym nie lada przysługę, gdyż po oczyszczających płomieniach dusza bezbożnika wędrowała do nieba. "Nie sądźcie, byście nie byli sądzeni".

Sandor Marai swoją powieść umieszcza na przełomie XV i XVI wieku w Rzymie. Tam właśnie przybywa z Hiszpanii prosty zakonnik, pragnący poznać najnowsze metody badania uwięzionych i sprawdzania wiarygodności ich nawrócenia. Zabieg ten umożliwia czytelnikowi śledzenie procesów myślowych człowieka przekonanego do idei stosu jako jedynego antidotum na szerzącą się herezję. Prowadzone przez bohatera rozmowy z przywódcami Kościoła tamtej epoki oraz przebywanie w gronie pokrzepicieli, czyli tych, którzy odprowadzają na miejsce kaźni skazanego, uświadamiając mu do końca jego zło i siłę bożego miłosierdzia, powodują, że można zrozumieć motywy tych ludzi.

Renesans europejski otwierał człowiekowi nowe perspektywy wolności. Wszystko co do tej pory było podporządkowane uniwersalistycznemu obrazowi świata, powoli zaczęło dążyć w stronę zatomizowanego świata jednostek. Paradoks Inkwizycji polega na tym, że stanowili ją przedstawiciele elit ówczesnego społeczeństwa, ludzie posiadający olbrzymią wtedy moc władania słowem pisanym. Rozwój edukacji, która odeszła od tradycyjnego pojmowania scholastyki na rzecz nauk wyzwolonych, spowodował gwałtowny rozdźwięk między dotychczasowym obrazem rzeczywistości a przebudzeniem się samoświadomości indywidualnego człowieka, który jest w stanie bronić własnych poglądów mimo gróźb tortur i męczeńskiej śmierci.

Z jednej strony "Pokrzepiciel" to książka o potrzebie wolności, która nigdy nie zamiera do końca mimo zmieniania się epok i intelektualnych mód. Z drugiej strony, która przyprawia o drżenie, jest to książka o totalitaryzmie, który także jest nieśmiertelny. Sandor Marai uświadamia nam z całą mocą tę okrutną ambiwalencję między indywidualną świadomością własnego rozumu a potrzebą tworzenia zwartych i przejrzystych struktur społecznych opartych na masach, żądających klarownego przekazu ze strony władzy.

Nie czyta się tej książki łatwo mimo jej skromnego rozmiaru. Jest to w głównej mierze dzieło oparte na prezentacji poglądów i nie ma tu wartkich zwrotów akcji. Jednak ci, którzy podejmą tak podaną próbę intelektualnego dialogu, będą nagrodzeni wielką ilością refleksji na temat kondycji człowieka na przestrzeni dziejów. Wbrew pozorom nie jest to atak na tradycję katolicką jako źródło zła, bowiem jej przesłanie jest o wiele bardziej złożone i uniwersalne. Ta książka skłania do rozmowy z samym sobą.

poniedziałek, 17 października 2011

Szymon Hołownia "Monopol na zbawienie"

Na okładce zakonnica z krzyżem w ręku. Biegnie, niemal unosi się, a do tego jest boso. Wisi tak na sznureczkach, za które pociąga Ktoś. Po co biegnie? Dokąd? Do świata. Do ludzi. Do nas. Do mnie. Niełatwo przychodzi powiedzieć współczesnemu człowiekowi: chcę być marionetką, pragnę odgrywać zadaną rolę w teatrze Boga. Niełatwo dziś z własnej woli wyrzec się samego siebie i stać się posłusznym temu, czego nie pojmuję. O tym jest książka Szymona Hołowni. 
To mail posłany do nas przez autora, pragnącego nie do końca wyrazić samego siebie, ale pragnącego być medium w dzisiejszym rozumieniu Kościoła i Boga. To książka bardzo potrzebna, bo mówi ważne świadectwo: żeby być człowiekiem wiary, wcale nie musisz być bezwolnym głuptasem, akceptującym bezkrytycznie wszystko, co słyszysz i widzisz w Kościele. Masz prawo pytać i próbować zrozumieć. Wyklepywanie na pamięć formułek nie jest najlepszą formą zdobywania wiedzy w żadnej dziedzinie.
Szymon Hołownia odkrywa przed czytelnikiem prawdę tyleż oryginalną, co szokującą - Kościół to ludzie, składający się z takich samych części ciała, wychowani w pewnych określonych warunkach, różniący się od innych jedynie tym, że wybrali taką a nie inną drogę życiową, że z własnej woli pragnęli zostać marionetkami Pana Boga. Dzieło Hołowni to także gra. Gra jest metaforą ludzkich wyborów. Rzucamy kostką, trafiamy na określone pola, ale odpowiedź, której udzielamy, zależy zawsze od nas samych. Tego uczymy się, czytając i grając w "Monopol na zbawienie", który w swoim pomyśle jest bezczelną zżyną z "Gry w klasy" Cortazara, a nie żadną tam "karcianką". Oczywiście żartuję. 
Nie ma sensu poruszać tu całego wachlarza tematów, o których mówi Hołownia, bo jest ich tak wiele, a każdy mógłby stanowić temat osobnej książki. Ważne, że autor porusza sprawy, które stanowią źródło wielu dylematów i sporów na temat Kościoła. Hołownia stara się dawać konkretne odpowiedzi w kwestii np. in vitro, halloween, prawd wiary, ale jednocześnie zachęca czytelnika do samodzielnego zmierzenia się z poruszanymi tematami. 
I tu mam kilka pytań, bo o zadawanie pytań samemu sobie po lekturze "Monopolu..." chodzi. W kilku momentach widzimy lekkie zirytowanie autora - odnosi się ono do kwestii finansowania Kościoła, polskich mega-sanktuariów, niektórych "świętych" mediów, mających autentyczny monopol na zbawienie czy wszechobecnego w naszej rzeczywistości kościelnej kiczu, którego przejawem są dla autora groby Pańskie wystawiane w Wielkim Tygodniu. Ja tę irytację rozumiem i podzielam. Nie sposób załatwić wszystkiego tekstem o tzw. prostej czy ludowej pobożności, bo istnieje ryzyko, że stanie się ona pobożnością prymitywną. Dlaczego nie wymagać od ludzi kreujących wizerunek naszej religii wyczulenia na ten estetyczny aspekt polskiej religijności. Zbigniew Herbert pisał, że wszystko jest "kwestią smaku". Czy nasza wiara nie zasługuje, aby miała należytą oprawę, aby plebania nie zamieniła się urząd z gryzipiórkami wypełniającymi słupki, słuchającymi w przerwach kato-polo? Dlaczego w końcu w naszych codziennych relacjach tyle złych emocji, niechęci? Czy tego dobrzy katolicy uczą się na lekcjach religii, na które przez 14 lat tłumnie uczęszczają - bycia niemiłym, zamkniętym, nieufnym wobec gości, zadufanym w "najmojszą" prawdę? I w końcu, co można zrobić, żeby siebie zmienić, żeby określenie "polski katolik" nie stawało się synonimem obskurantyzmu? 
Na koniec z serca pragnę podziękować Szymonowi Hołowni za to, że tak wiele zrobił dobrego swoimi książkami i artykułami. To zmiana polegająca na uczciwym zmierzeniu się z problemem wiary, gdzie czytelnik nieraz się uśmiechnie i nieraz poczuje napływające do oczu łzy. "Monopol na zbawienie" to literatura najwyższej próby.


O naśladowaniu Tomasza (Tomasz Halik "Dotknij ran. Duchowość nieobojętności")

„Podobno cesarz Konstantyn w noc przed bitwą na moście Mulwijskim zobaczył w swoim widzeniu znak krzyża i usłyszał zdanie: W tym znaku zwyciężysz! Kazał więc zamontować krzyż na chorągwiach swoich wojsk, pobił wrogów, z wdzięczności zalegalizował Kościół, dotychczas prześladowany, w dodatku nadał mu różne przywileje i w końcu chrześcijaństwo stało się państwową religią cesarstwa rzymskiego.
Nie mogę wyzbyć się pytania , jak wyglądałyby dzieje chrześcijaństwa, Europy i świata, gdyby cesarz Konstantyn ową wspaniałą wizję, jaką otrzymał, potraktował w sposób bardziej inteligentny.” (1)

W ten sposób zaczyna jeden z rozdziałów swojej książki „Dotknij ran” teolog Tomasz Halik. Pytanie zadane na końcu tej anegdoty jest nieustannym mottem, które charakteryzuje myśl czeskiego duchownego. Zwrócić się ku krzyżowi jako symbolowi duchowości, zawierającemu cierpienie, miłość i wyzwolenie; odejść od odziedziczonego po średniowieczu triumfalistycznego wizerunku chrześcijaństwa, gdzie Kościół jako jedyny posiada „monopol na zbawienie” - oto jak odczytuję odświeżającą myśl, płynącą z kart tej pięknie wydanej książki (to prawdziwa przyjemność móc trzymać w dłoniach tę małą rozmiarami pozycję, która dzięki masywnej obwolucie pozwala poczuć ciężar poruszanych kwestii, mimo że cieniutkie kartki w lekkim odcieniu sepii przesuwają się pod palcami tak lekko).

Nie jest to lektura lekka i łatwa. Już sama okładka, na której znajduje się fragment reprodukcji obrazu van Weydena zatytułowanego „Zdjęcie z krzyża”, wprowadza nas w trudną tematykę Wielkiego Piątku. To jeden z tych obrazów, gdzie umęczone ciało Chrystusa spoczywa ciężko i brak w nim chwały zmartwychwstania, a jedynie gorycz i mrok ukrzyżowania. Jeden z tych obrazów, po których obejrzeniu można stracić wiarę, że poza martwym ciałem istnieje coś jeszcze, jak pisał Fiodor Dostojewski w „Braciach Karamazow”. To tajemnica, przed którą chrześcijanin musi stanąć nagi i bezbronny, jeśli chce podjąć próbę zrozumienia głębokiego, duchowego sensu tego, co wydarzyło się ponad dwa tysiące lat temu. To rany, cierpienie i ciało zdjęte z krzyża, motyw piety, z którym trzeba się zmierzyć, jeśli chce się pojąć sens chrześcijaństwa, za którym rozciąga się dopiero perspektywa wielkiej nadziei niedzielnego poranka, gdy zmartwychwstały objawia się w chwale. To zejście na samo dno ciemności, zejście do piekła, by wznieść się na wyżyny duchowości, ku nadziei zbawienia.

Tomasz Halik spogląda na tę tajemnicę z punktu widzenia apostoła Tomasza, przez ludową tradycję zwanego „niewiernym”. Czy to przypadek, że „bohaterem” owych rozważań czeski teolog czyni swojego imiennika, czy też jest to świadomy patronat? Chociaż to pytanie przemknęło gdzieś przez chwilę, to najistotniejsza jest tutaj perspektywa, jaką nadaje autor tej postaci. W świetle książki Św. Tomasz poprzez dotknięcie ran nie tyle staje się biblijnym „niedowiarkiem”, ile naocznym świadkiem chrystusowego cierpienia. Ten punkt widzenia pozwala czytelnikowi dostrzec współczesną możliwość zgłębienia prawdy Ewangelii nie tylko poprzez wprowadzenie rytuału w kontekst rzeczywistości, ale poprzez dostrzeżenie ran Chrystusa w cierpieniu drugiego człowieka. W tym świetle postawa chrześcijańska będzie postawą aktywnego działania, kierowanego miłością wobec bliźniego. Rytuał, tradycja, to co Halik bierze w cudzysłów, mówiąc „religia”(2), stają się uzupełnieniem aktywnej postawy człowieka w dążeniu do dobra. „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (3).

Bóg, który objawia się w czynie, w akcie miłości wobec drugiego człowieka; nie tylko Bóg chrześcijan, ale wszystkich ludzi dobrej woli, Tenże Bóg wyłania się z kart książki „Dotknij ran”. Jest w tym postrzeganiu głębokie przekonanie o wyzbyciu się hipokryzji zwycięzców, że nieobecni nie mają racji. Prawdziwy triumf rodzi się tam, gdzie dotykamy ran, które pozwalają nam poprzez czyn przeniknąć do sedna chrześcijańskiego przesłania i zejść poza obrzęd w duchowy sens sakramentu. Tomasz Halik jest przekonany, że ta duchowość jest na wyciągnięcie ręki, bo istnieje tam, gdzie dzieje się zło, na które tak często pozostajemy obojętni z tysiąca możliwych powodów. Dlatego podtytuł tej książki brzmi „Duchowość nieobojętności”, czyli gotowość zetknięcia się z bólem współczesnego świata, który prowadzić nas winien od smutku Wielkiego Piątku ku radości Niedzieli Zmartwychwstania.


1) T. Halik, Dotknij ran, Kraków 2010, s. 90.
2) Tamże s.76.
3) Mt 25, 40.

niedziela, 16 października 2011

NIE MA NICZEGO (Bela Tarr "Szatańskie tango" "Koń turyński")

Zarzucanie filmowi "Koń turyński" monotonii jest głupotą. To tak, jakby komuś, kto napisał pracę naukową o życiu seksualnym ślimaków winniczków zarzucać, że wymyślił sobie taki temat, gdyż krytykantowi akurat cykl rozpłodowy winniczka wydaje się obleśny i mało inspirujący. Bela Tarr tworzy filmy, których głównym tematem jest monotonia - podoba się to komuś, bądź nie, o tym własnie są jego filmy.
A Doktor pisze te swoje bezsensowne notatki, gapiąc się przez brudne okno na zabłocone podwórko. Jak stara, samotna kobieta.
Szarzy ludzie wyłaniający się z gnijącego w deszczu krajobrazu "Szatańskiego tanga" powinni być nam bliscy. Mnie przynajmniej są bliscy. To smętne, ludzkie cienie z popegeerowskiej scenerii "Arizony", to bywalcy ławeczek przed sklepem spożywczym. To jabolowe ofiary z piosenki zespołu KSU. Ominęło ich życie , więc próbują o nim nieustannie zapomnieć. Czekają, aż ktoś do nich przyjdzie i wreszcie ich doceni, ale nikt nie przychodzi - jak u kandydata Kononowicza "nie ma niczego". Nie ma nikogo. Dominuje brak. To właśnie dlatego hochsztaplerowi Irimiasowi udaje ich się uwieść i zawłaszczyć pieniądze za sprzedane stado. Stylizowany w swych wypowiedziach na mesjasza jest Irimias zwykłym kłamcą, który swój sukces zawdzięcza znajomości ludzkiej duszy i potrafi to bezwzględnie wykorzystać - ludzkie marzenia, ludzkie uczucia, ludzkie skrupuły. Oto przestrzeń dla dzieła Irimiasa, diabła, który diabłem nie jest., albowiem diabła nie ma. Bo nie ma Niczego.
Bohaterowie brudni, niedomyci, spoceni, w mokrych od deszczu ubraniach, które muszą strasznie śmierdzieć. Zapach psiej sierści. Zagrzybione, spleśniałe wnętrza, zmęczony, przekrwiony wzrok udręczony palinką i winem pitym z brudnych szklanek. 'Seks brudny, niechlujny, wykonywany odruchowo, właściwie z konieczności. Krzyk ludzki, wołający - ja tu jeszcze jestem, ja żyję - brzmi tragicznie. Rzeczywistość zamknięta w labiryncie własnych blokad. Ściana, blokada, barykada. Ten mikroświat nic nie oferuje, a życie jest za karę. Nad wszystkim czuwa wszechmogąca, kafkowska policja. I czuję przynależność do tego rozmemłanego świata. I jeśli miałbym gdzieś ulokować swoją ojczyznę, to właśnie tam - w podkościelnym sklepie, gdzie tani zajzajer idzie jak woda. Znam tych niedomytych, zarośniętych, ze szczerbami między odsłoniętymi przez dziąsła zębami. Znam ich dzieci, wcale niegłupie, ale z tym wyziębłym blaskiem w oczach, że juz nic się nie wydarzy. Byle tylko doczekać do soboty, byle tylko na chwilę zapomnieć, byle rozłożyć się w przydrożnym rowie i dotrwać do godziny, gdy szare babcie będą uparcie sunęły na siódmą do kościoła. Ten siedmiogodzinny sen to właśnie "Szatańskie tango".
Irimias to właśnie nadczłowiek, sprytny manipulator , żerujący na znajomości stereotypowych ścieżek ludzkich mysli i zachowań. Może nawet udawać mesjasza, by czuć władzę nad tym smętnym teatrem zakurzonych marionetek.. To on, to oni zawracają ten świat. Podróż do sensu została zakończona. Odwieczna modlitwa sztuki staje się irracjonalnym zajęciem pseudokapłanów. Bóg umarł. Zabity w ludzkich sercach, wołających o prawo poznawania wolności.
Świat ludzki, świat kultury wraca ku początkowemu brakowi czegokolwiek. Ku nieustającej samotności człowieka wobec wszechświata. To myśmy go zabili - mówi wędrowiec. Zaimki oni i my wymieniane są na przemian. Oni to my. Nie znalazł się nikt, kto zatrzymałby powrót do mroku bezsensu. Człowiek biernie przyglądający się regresowi świata, powrotowi do Niczego i entuzjastycznemu krzykowi: "Umarł Bóg!". Skazany sam na siebie, gdzie "pojęcia są tylko wyrazami". Wszystko znaczy nic.
Tak naprawdę nie ma piekła, bo nie ma szatana. Szatan był potrzebny, by trzymać wszystko w kupie, by ten świat, w który człowiek nie mógł uwierzyć, mógł istnieć. Został tylko człowiek, który wie, że żadnych ogni piekielnych nie ujrzy. Że choćby wył za bólem, to jego głos uwięźnie mu w gardle, bo nie będzie niczego, co zadrży wokół jego ust. Pozostaje tylko jaźń, samotna i zabłąkana pośród innych zagubionych bytów w nicości. Może mi w końcu ktoś wyjaśni, co oznacza słowo "pustka".
Matko - jestem głupcem!

W poszukiwaniu autentycznego świata. W poszukiwaniu autentycznego człowieka. (Andrzej Stasiuk "Dziennik pisany później")




Wielbiciele prozy Andrzeja Stasiuka znają ten świat dosyć dobrze. Dzięki specyficznemu, lirycznemu reportażowi, jakim była książka „Jadąc do Babadag” poznawaliśmy świat całkiem niedaleki, a jakże bardzo egzotyczny. Był to południowo-wschodni kraniec Europy, świat, który powstał po rozpadzie Jugosławii i Związku Radzieckiego i mieścił się z dala od atrakcyjnych, nadmorskich kurortów Morza Śródziemnego. Klimat tych reportaży to upalna szarość i gęsta od śmieci atmosfera zapomnianego zakątka Europy. Była w tych tekstach stagnacja i niekonieczność wszelkich działań w oczekiwaniu na kolejną wojnę. Był to świat, gdzie nic nie jest na stałe, gdzie wszystko jest przejściowe. Oczekiwanie – to słowo najlepiej oddaje przesłanie prozy z tomu „Jadąc do Babadag”. Czytelnik mógł odnaleźć w tej prozie także nasze polskie oczekiwanie sprzed roku 90-tego na to, aż coś się zmieni.

„Dziennik pisany później” nie pokazuje nam niczego, czego w pisarstwie Andrzeja Stasiuka nie było już wcześniej. Te same kraje, ten sam klimat – brudny i gorący, te same męskie sylwetki, ozdobione złotymi łańcuchami, z błyszczącymi w świetle południowego słońca ciemnymi okularami, ten sam wojenny letarg, ta sama cisza przed burzą. Być może jest w tej książce więcej rozgoryczenia owym męskim barłogiem i sobą, ale autor opisuje cały czas męczący magnetyzm tych miejsc i swoistą niemożność wyzbycia się fascynacji tym fragmentem świata. Jeśli ktoś lubi podróżniczą prozę Stasiuka (a ja lubię bardzo), nie będzie zawiedziony, ale poczuje zmęczenie. Będzie ono wynikać z faktu, że czytelnik ujrzy świat, który się nie zmienia i może zrodzi się myśl, że pisarz za jakiś czas powróci w swojej książce do miejsc, które się nie zmieniają i będzie o nich opowiadał jak o reliktach dawnego świata, a jednocześnie ten świat stawał się będzie coraz mniej prawdziwy.

Świat kolorowych reklam i banerów, tworzących sztuczne raje o wiele bardziej sugestywnie niż narkotyczne substancje, był dla ludzi z pokolenia Andrzeja Stasiuka marzeniem o konsumpcyjnym Eldorado. To była magia posterów z samochodami, fajkami i alkoholami z RFN-u, które tworzyły kolekcje pragnień podziwiane podczas szkolnych przerw, jeśli akurat nie trzeba było pić płynu Lugola, który miał uchronić przed promieniowaniem z Czarnobyla. Z drugiej strony szacunek dla wspaniałej radzieckiej armii i polskich żołnierzy z Dywizji im Tadeusza Kościuszki, pogromców hitlerowskich barbarzyńców i hodowanie do walki o socjalistyczny pokój. To rozerwanie tak pięknie wybuchło w latach 90-tych, gdy stary, siermiężny porządek bojowników ustępować zaczął telewizyjnej, kolorowej wizji konsumenckich marzeń o posiadaniu. Do tego dodaj Matkę Boską Częstochowską i papieża-Polaka, walczących z jednym i drugim, by ocalić przed duchową zagładą człowieka prostego. O tym polskim rozedrganiu jest ostatnia część „Dziennika...”. W swym niemal poemacie na temat duchowej schizofrenii Polaka przełomu Stasiuk próbuje oddać syntezę tego, czym staje się na jego oczach nasz kraj.

Ta perspektywa południowych, zmęczonych słońcem i wojną krain pozwala opowiedzieć Stasiukowi o Polsce, podlegającej w ostatnich dziesięcioleciach wielkiej metamorfozie. To spojrzenie pisarza, który nie odkrywa nowych lądów, ale próbuje zrozumieć samego siebie. Jako czytelnicy zostajemy skonfrontowani z autorską refleksją na temat tej części globu, w której przyszło nam żyć. I jest to pełna nostalgii opowieść o świecie, gdzie żyje się marzeniami o lepszym jutrze, gdzie nic nie jest nieustającą grą konsumpcyjnych pragnień na wyciągnięcie ręki, a wiarą w możliwość istnienia lepszej wersji rzeczywistości. Książce towarzyszą zdjęcia Dariusza Pawelca. Są to portrety osób w różnym wieku, portrety szarych, zmęczonych ludzi, ludzi pogodzonych ze swoim losem, bo jest to ich los a nie wykreowana przez medialne bóstwa iluzja.

„Dziennik pisany później” nie grzeszy świeżością motywów, które były obecne w książkach Andrzeja Stasiuka już wiele razy. Osobiście odczuwałem zmęczenie tym rozbebeszonym światem i brakiem pomysłu na wyjście z narzuconej sobie przez autora konwencji lirycznego reportażu. Nie można wszak odmówić pisarzowi wierności obrazowi rzeczywistości, który wyłania się z jego książek. Za tę uczciwość wobec samego siebie cenię pisarstwo Andrzeja Stasiuka najbardziej i jeśli ktoś oczekuje szczerej poetyckiej prozy, płynącej z wnętrza i mocnego zakorzenienia w życiowej prawdzie, to na pewno się nie zawiedzie.

Walka księdza z poetą (Magdalena Grzebałkowska "Ksiądz Paradoks. Biografia księdza Twardowskiego)

oficjalna recenzja
Wszystko wskazywało na to, że z kart tej książki będzie wiało nudą. Nie to, że miało być inaczej. Właśnie miało być nudno. Tak jak w niebie.
Wyobrażam sobie księdza pod drzewem. Cenił Kochanowskiego – niechże będzie lipa. Cóż za banalny obrazek. Siedzi sobie Twardowski pod lipą i pisze wiersz. W ręce dzierży pióro gęsie i zapisuje coś w grubej księdze. Refleksje na temat życia. I śmierci. I Boga. Zamknięte w krótkich, epigramatycznych formach filozoficzne gaworzenie, unoszące się nad łąką pełną bożych krówek. Na dobrą sprawę to nie musi być wcale czarnoleska lipa. Może to być grusza – życie księdza Twardowskiego jako wczasy pod gruszą, taka teologiczna nieco agroturystyka. Zasiadam więc z książką Magdaleny Grzebałkowskiej, by kontemplować tę błogość, bo jak mawiał wieszcz nasz największy – „Sławianie! My lubim sielanki”.
Takiej to przyjemnej, niebiańskiej nudy spodziewałem się, biorąc do ręki biografię Jana Twardowskiego „Ksiądz Paradoks”. Chociaż niepokoił tytuł książki, chociaż Jacek Hugo-Bader z okładki recenzenckiego egzemplarza wzywał złowieszczo – porzućcie wszelką nadzieję smakosze lizaków najsłodszych – to miałem nadzieję... Co mówię! Pewność miałem, że pławił się będę w błogich nastrojach, mądrej zadumie i szczytnych wartościach księdza poety, bożego prostaczka, franciszkańskiego braciszka.
Nie chcę powiedzieć, że Magdalena Grzebałkowska zburzyła ten idylliczny obrazek „księdza od biedronek”. Autorka zrobiła coś jeszcze gorszego. Pokazała nam człowieka uwikłanego w świat, który nie pozwala być takim, jakim chce się być. Widzimy pragnienie człowieka, by być poetą i mozolny proces dochodzenia do tego celu. Widzimy księdza, który walczy z pragnieniem sławy i szacunku, bez czego żadna poezja i żadna sztuka istnieć nie może. Widzimy, jak ten wielki twórca zakłada tupecik, by czuć się nieco pewniej. Widzimy człowieka tak bardzo zagubionego w zwyczajnych ludzkich sprawach, aż po groteskowe zagubienie, gdy tłum otacza łóżko szpitalne, na którym wyrusza w ostatnią podróż ksiądz-poeta. Widzimy rozdarcie między kapłanem a mężczyzną, wielbiącym w skrytości kobiety. Widzimy także biednego, samotnego człowieka, który chce jedynie, aby ten okropny świat dał mu na chwilę odsapnąć. Jak to jedno życie mogło pomieścić tyle paradoksów?
Ksiądz i poeta Jan Twardowski – dobro narodowe i symbol człowieka wiary, należący do wszystkich, uświetniający swoim grobem Świątynię Opatrzności Bożej – nawet po śmierci nie będzie miał spokoju. Spokoju nie mają także jego wiersze, będące przedmiotem prawniczych sporów i ziemskich ambicji. Magdalena Grzebałkowska, pokazując losy wybitnego człowieka, zadaje jednocześnie pytania o sens ludzkich starań. Może tak być musi, że na wybitnej twórczości zawsze będą pasożytować polipy próżności, które próbują nadać sens swemu jestestwu, wysysając treść z czyjegoś dzieła. By tylko świecić odbitym światłem. Jak mało trzeba, by na ołtarzu własnych kompleksów i małości poświęcić to, co powstaje jako dzieło dobrej woli.
Sławomir Domański

KALASANTE, ACH KALASANTE. WŁOCHATOŚĆ JAKO KATEGORIA ESTETYCZNA. PRÓBA STRUKTURALISTYCZNO-GENDEROWEJ DEKONSTRUKCJI FILMU "DRŻĄCE TRĄBY" W OPARCIU O TECHNIKĘ PSYCHOANALIZY



Artykuł zawiera spoilery!
Włochatość Pafnucka została przeciwstawiona szmaciankowatości Kalasantego. Jest ona pozornie negatywna. Pafnucy uważa, że jest nieatrakcyjny z powodu swojej włochatości i konfrontuje ją z perfekcyjną, pierwotną, szmacianą nagością Kalasia. W języku funkcjonuje związek „mieć włochate myśli”, co sugerowałoby negatywną konotację erotyczną, W tym sensie Pafnucy symbolizuje seksualną frustrację, ograniczającą się jedynie do przestrzeni marzeń, której obiektem jest idealny body-building człowieka sukcesu. Seksualną prostrację potęguje falliczna symbolika oklapniętej trąby. Ta smutna kreacja postaci pogłębiona zostaje poprzez mało atrakcyjną, wręcz mroczną przestrzeń łazienki – skakanka jako potencja samozadzierzgnięcia, ręcznik w muchomorki jako wariantywny element autodestrukcji w formie przedawkowania substancji toksycznych.
Ten smutny wymiar pogłębiany jest konsekwentnie formą infantylnej narracji, wprowadzającej element sztuki dziecka. Dziecko jest świadome, dziecko ma negatywne doświadczenie. Włochata lalka przestaje być miła. Dlaczego? Skojarzenie z włochatością łona zderzoną z dziecięcą niewinnością wydaje się oczywiste. Kudłata postać zostanie poddana opresyjnym działaniom, mającym kompensować traumatyczne doświadczenie z dzieciństwa, które, choć nienazwane, ale właśnie poprzez to wieloznaczne i dojmujące.
Gdy Pafnucy bierze z półki siekierę i wychodzi na ulicę, by zniszczyć obiekt, w którym skomasowała się przestrzeń totalnej paranoi i niechęci do świata, to odbiorca dostrzega konotację z postacią Raskolnikowa. Raskolnikow przed popełnieniem zbrodni też jest zarośnięty i długowłosy, rzec można włochaty. Jego czyn nie jest pozbawiony swego mrocznego sensu – Raskolnikow wymierza sprawiedliwość w imieniu świata skrzywdzonych. Być może nastąpi konwersja Pafnucego?
Tego prosiaka warto dostrzec. Niby widzimy tylko cień, przemykający po ścianie, ale jest on zapowiedzią przemiany. Chociaż narrator mówi, żeby dać spokój, żeby nie tykać, ale to tylko prowokacja na zasadzie – na złość mamie odmrożę sobie uszy. Ekspresjonistyczny cień prosiaka zmienia perspektywę postrzegania. Pafnucy-Raskolnikow obiektywizuje punkt subiektywnej perspektywy, widząc cień prosiaka jako swój cień zbrodniarza. Ten moment zawahania jest starciem w kondominium dwóch przeciwstawnych natur Pafnucego, w którym teraz możemy dostrzec już nie tylko sprawiedliwego zbrodniarza Raskolnikowa, ale także dobrą, wybaczającą Sonię.
Dopiero teraz dostrzegamy pozorność sukcesu Kalasantego, który niejako jest w nim uwięziony. Alternatywą będzie samo uwięzienie we włochatym futerku i doklejenie trąby zrobionej z rury od odkurzacza. To czym jest Pafnucy w sposób naturalny, Kalasante osiąga przez transgeniczny zabieg dobrowolnego zniewolenia w obcej skórze. Naruszony prosiakiem Pafnucy w bezpośredniej konfrontacji nawiguje w stronę samoświadomej metamorfozy: „To ty jesteś taki, a ja myślałem, że ty jesteś owaki” – mówi. Na to odpowiada Kalasante: „Przyszedłeś tutaj z siekierą, więc nie jestem ci obojętny”. Od tej pory queerowe tendencje do przybierania włochatej formy ustępują dążeniu do autentyzmu. Kalasante czuje się zrozumiany i może zrzucić z siebie obce futro, negatywną włochatość. Z kolei Pafnucy akceptuje swą cielesność i eliminuje z siebie negatywną afiksację na włochatości jako podszytej seksualną traumą.
Drżące trąby są pierwszym od dłuższego czasu filmem rodem z kina psychoanalizy. Wielka ilość tropów kulturowych, symboli o erotycznej proweniencji i archetypicznych odniesień pozwala nam dostrzec szansę na zaistnienie nowej wartości w dziedzinie animowanego krótkiego metrażu.

Historia Pana Boga według celebryty



Co za bezczelność! Taki TEMAT! Taki BOHATER! I kto ośmiela się się GO opisać? Kto ma na tyle tupetu i samouwielbienia, by napisać „biografię” Pana Boga? Podjął się tego zadania bywalec salonów, prezenter zerżniętego z Berlusconiego programu „Mam talent”, gość pustego jak studnia programu niejakiego Kuby W. - Szymon Hołownia. I bardzo dobrze, że tak uczynił, bo Hołownia próbuje stworzyć nowy sposób mówienia o religii.

Właśnie do tego sposobu można mieć najwięcej zastrzeżeń, jeśli chodzi o książkę „Bóg. Życie i twórczość”. Po doskonałym pod względem formy, wzruszającym i momentami zabawnym „Monopolu na zbawienie” oczekiwałem od nowej książki Pana Szymona poznawczego tsunami (aluzja do stylu książki, a jakże, zamierzona!). Język „bożej biografii” buzuje od „fajności” i chociaż autor sam wielokrotnie mówi o tym, że nie powinno się Pana Boga kroić według własnej miary, to poniekąd sam to czyni. Styl książki sprawia wrażenie, jakby autor mówił o w porzo kolesiu, biegającym w bejsbolówce i za dużych spodniach po okolicznych podwórkach i oznajmiającym na przestrzeni dziejów swoje przesłanie. Czasem odpowiedniość stylu wypowiedzi do jego tematu nie jest najgorszą zasadą i pewnie o Świętych czy Kościele (jak w „Monopolu”) można swobodniej, to już samemu Najwyższemu wypadałoby dać trochę tej adekwatności.

Ale to co może razić stylistycznych wybrzydzaczy wcale nie musi być najgorsze w oczach „normalnego” ( w jak najbardziej pozytywnym sensie) czytelnika. Paradoksalnie to, co jest jedyną istotną wadą książki, jest także jej podstawową zaletą. Hołownia chce sprowadzić teologiczne rozważania na grunt naszego codziennego doświadczenia, burzy mur, który skutecznie budowaliśmy między naszym życiem a religijną refleksją, by oddać Bogu co boskie, a cesarzowi co cesarskie, koncentrując się rzecz jasna na cesarskim, a Bogu zostawiając niedzielne półgodzinki.

Jeśli ktoś ma zamiar ujrzeć w książce „Bóg. Życie i twórczość” strumień jasności i pozbawić się przy okazji najmniejszych wątpliwości, ten pewnie srodze się zawiedzie. Hołownia nie ma zamiaru nikogo oślepić i jedyne co robi, to dzieli się swoimi refleksjami, zaprasza do poszukiwania własnej drogi w odkrywaniu Boga i nawet jeśli ktoś poczuje się rozczarowany, to autor uświadamia nam, że innej drogi nie ma. Jedynie osobiste doświadczenie może zbliżyć nas do Prawdy – to najważniejsze, co możemy z tej pozycji wyczytać.

„Bóg. Życie i twórczość.” to opowieść „dobrego celebryty”, kogoś, kto uważa, że warto i należy mówić o Panu Bogu w sposób współczesny; by nie traktować Słowa Bożego jak prehistorycznego zabytku, który możemy jedynie podziwiać przez szkło gabloty w muzeum, ale że jest to żywe słowo samego Boga, które powinno stać się dla nas „życiowym GPS-em”. Jeśli ktoś zarzuca Szymonowi Hołowni szpanerskie lanserstwo powinien sięgnąć po jego książki, bo ja mam cały czas wrażenie, że ta medialna popularność jest dla autora jedynie środkiem do celu, jakim jest opowiedzenie współczesnym, bliskim nam językiem historii, którą ludzkość zna od tysiącleci.

SZALALALA, SZALALALA - EWO, EWO, SZALALALA, SZALALALA KOCHAM CIEBIE - EWO, EWO MA


SZALALALA, SZALALALA - EWO, EWO, SZALALALA, SZALALALA KOCHAM CIEBIE - EWO, EWO MA

Mój mistrz duchowy, Bohumil Hrabal, napisał takie oto słowa prawdziwe: "kurwiarstwo jest zajęciem ludzi niemajacych innego zajęcia". "Ewa" jest z jednej strony filmem społecznym, poruszającym dotkliwe ludzkie problemy, z drugiej jest to naturalistyczna definicja kobiety. Grzech Ewy to ciekawość, chęć przetestowania, czy nie ma lepszej opcji. Generalnie – czy to w Biblii, czy w przypadku Pandory – owa ciekawość nie niesie ze sobą dobrych skutków.
Zacznę od strony wizualnej – jest pięknie. Zawsze lubiłem na kacu pospacerować sobie z rana po robotniczej dzielnicy, gdzie dominują bloki z lat 50-tych. Jesienią, jak spadną liście, jest najpiękniej. Taka old-industrialna przestrzeń ma swój urok czegoś niepotrzebnego, innego, w poprzek obowiązującym standardom telewizyjnym ładnych osiedli z uporzadkowaną zielenią. Takim terytorium old-industrialnych doznań są śląskie familoki i właśnie ich piękno udało się oddać Adamowi Sikorze w filmie „Ewa”. Jest to cudowna, wręcz magiczna sceneria dla opowieści o współczesnej Ewie, która ma na imię Gizela i jej Adamie czyli Erwinie.
Prawda rzeczywistości w filmie to kontrast między szarym życiem, prowadzonym przez Gizelę i Erwina a kolorowym światem, który kusi wielością barw i kształtów. W tym pożądanym świecie jest jednak obcość, jakaś przedziwna w ogóle nieobecność. Gizela, wkraczając do tego świata, jakby istniała w dekoracji, za którą nic nie ma. Prawdziwe życie to syf jej mieszkania i męcząca codzienność – dzieciaki nie mają na wycieczkę i komputer, Erwin musi tarzać się w bieda-szybach i ryzykować życie, aby nie dać rady.
Jest w filmie Sikory świat, który przemija. Reżyser czuje go świetnie – śląska rodzina ze swoimi wartościami została wrzucona do lamusa. Honor górnika został zgnojony. Erwin jest odstawionym na boczny tor wrakiem. Został ukształtowany do szacunku dla pracy i tradycji, ale jego wiara jest przeżytkiem. Sam staje się ofiarą nowego świata, gdy cwaniaczek wciska mu złodziejski kredyt – przypomnijmy sobie centra naszych miast, wypełnione bankoidalnymi tworami, które mechanizmy okradania biednych ludzi nazywają produktami! Erwin nie rozumie, że w świetle prawa można okraść drugiego człowieka. Marzy tylko, by zapewnić byt swojej rodzinie – dać żonie ładny telewizor, dzieciom komputer, którego zazdroszczą kolegom w szkole.
Ewa jest bystrzejsza, wie, że nie ma nic darmo. Poprzez pracę sprzątaczki zderzona z luksusowym światem, chce zmienić swoją rzeczywistość. Zrozumiała prędzej od Erwina, że wierność śląskiej tradycji z mężem górnikiem jako głową rodziny skaże ją i dzieci na nędzną wegetację. Krok po kroku wchodzi w świat nowoczesności z jej kultem wygody i pieniądza, pożąda go. Stając się prostytutką wewnętrznie nie zdradza swojego męża, wszystko robi tylko dla pieniędzy, wychodząc z założenia, że dupa nie szklanka. Gizela pojmuje, że kto stoi w miejscu ten się cofa, że w związku z tym nie może cofnąć się przed skurwieniem, jeśli chce spełnić swoje pragnienie lepszego życia. Jej czyn staje się metaforą współczesnych czasów, w których agresywne działanie staje się metodą sukcesu, gdzie nie ma miejsca na dylematy moralne, gdzie jedynym miernikiem człowieka staje się mamona i dobra, a człowiek jest targetem. Cena, jaką zapłaci Gizela, jest wobec tych prawd nieistotna.
Pomyślałem, że Erwin mógł ocalić rodzinę. Nie musiał stać z boku, jak ten dupek Adam. Mógł pierwszy sprzedać zdewaluowaną walutę, jaką jest męski honor. Mógł jak bohaterowie „Full Monthy” robić z siebie pajaca ku uciesze sobie podobnych, złamać zasady, w których został wychowany, olać tradycję, z której się wywodzi. Wtedy miałby szansę zrozumieć otaczający go świat, gdzie wspólna biesiada jest reliktem ze śląskiego skansenu osobliwości, archaicznym obrazem w stylu Jerzego Dudy-Gracza. Jest w filmie Adama Sikory wiedza o tych ludziach, jest także nostalgia za światem tradycyjnych wartości i tradycyjnej rodziny, które skazane są na profanację, skurwienie wobec wartości serwowanych przez telewizyjną iluzję, za którą nie ma niczego. W tym skurwiałym świecie hrabalowskie kurwiarstwo staje się obowiązującą normą, a to z tego prostego powodu, że w tym świecie nie ma nic lepszego do roboty, bo dzieje się on poza zasadą powinności. 

Czeska śmierć

Był taki film "Czeski sen". Film opowiadał historię nieistniejącego supermarketu. Twórcy przeprowadzili akcję reklamowo-promocyjną, rozdawali ulotki z promocjami, tworzyli banery i reklamy dla mediów. Wszystko po to, aby w dniu otwarcia zwabić na wielką łąkę pod Pragą tysiące Czechów, którzy na mecie swojego biegu ujrzeli kolorową fasadę marketu "Czeski sen", za którą nie było niczego prócz nieba i tejże łąki. Kolejna czeska mistyfikacja

Z tym "Czeskim snem" jest trochę jak z Panem Bogiem w ujęciu naszych południowych sąsiadów - wszyscy mówią, że jest, ale... Czesi lubują się w swoich mistyfikacjach - "Rękopis królowodworski", XIX wieczny nibydokument (mockument)będący parodią genezy czeskiego państwa, Jara Cimrman, haszkowska "Partia Umiarkowanego Postępu", czy wspomniana przez Szczygła w "Zrób sobie raj" wietnamska 19-sto letnia pisarka, która zdobyła najważniejszą nagrodę literacką w Czechach, a potem okazała się być 40-letnim dziennikarzem (w konkursie mogli startować literaci przed trzydziestką (1. Jak ma się taką tradycję we krwi, to rzeczywiście z Panem Bogiem można mieć problem. Po lekturze książki "Zrób sobie raj" ma się wrażenie, że nieufni Czesi traktują Pana Boga jako kolejne wielkie dowyobrażenie. W "Obsługiwałem angielskiego króla" jeden z bohaterów mówi tak: "Największą firmą jest Kościół katolicki, który handluje czymś czego nikt nigdy nie widział, czego nikt nigdy nie dotknął, jak świat światem nigdy tego nie spotkał, i to jest właśnie to, co nazywamy Bogiem".

W porównaniu do książki "Gottland" ostatnia książka Mariusza Szczygła jest o wiele bardziej spójna. Na korzyść działa tutaj tematyczna jednolitość i celowość w układzie reportaży. Autor przybliża polskiemu czytelnikowi Czechów w kontekście ich dramatycznej wręcz niechęci wobec Boga i religii. Ja osobiście przeczytałem tę książkę niemal jak powieść. Urzeka płynność, z jaką Szczygieł najpierw rozwija swą opowieść, a potem przechodzi od jednej historii do drugiej, by zakończyć dramatycznym reportażem o czeskim pogrzebie, którego właściwie nie ma, gdzie nasuwały mi się tak silne skojarzenia z "Nowym wspaniałym światem" Huxleya, że dopiero po zakończeniu książki dotarła do mnie pełna smutku wymowa tytułu. To książka o śmiechu przez łzy, o samotności i wręcz kosmicznym zagubieniu.

Ale jest też tutaj o Polakach. A raczej o polskim Kościele - zwycięskim i tryumfującym. Ciekawa rzecz, że Tomasz Halik, wybitny czeski teolog wiele razy przytaczany w książce, twierdzi, że marginalny charakter czeskiego Kościoła jest czymś dla wiernych bardzo dobrym. Po prostu jest to szczery, autentyczny wybór człowieka, który przystępuje lub uczestniczy we wspólnocie z własnej woli i świadomie, a nie, jak jest to w naszym kraju, "dziedziczy" niejako wiarę po rodzicach. Szczygieł wspomina także o trudnych relacjach historycznych Czechów z Kościołem katolickim - ścięcie Jana Husa w Watykanie, bitwa pod Białą Górą i publiczna kaźń czeskich panów, dominacja katolickiej dynastii Habsburgów podczas zaboru. To ukazanie Kościoła jako instytucji ekspansywnej i dominującej było dla mnie zdumiewające, choć wiem, że np. w krajach skandynawskich i nadbałtyckich ruch neopogański często porusza kwestię narzuconej tożsamości. Czytając "Zrób sobie raj" naszła mnie między innymi refleksja, czy nadejdą kiedyś czasy, że religia chrześcijańska stanie się tym, czym była nim stała się dominującą ideologią średniowiecznej Europy. Być może wśród czeskich katolików tak właśnie jest. Polski katolik, czytając ten zbiór reportaży, może zadać sobie pytanie, czy "monopol na zbawienie" serwowany nam przez dostojników i proboszczów nie jest przypadkiem słabej jakości. Banalne, ale znów prawdziwe staje się twierdzenie, że ilość nie przechodzi w jakość (2. I czy nam, naszym kapłanom ta sytuacja przypadkiem nie pasuje. Jest taki obraz w książce, gdzie polscy pielgrzymi, którzy przybyli do Czech na spotkanie z papieżem, przekrzykują wszystkich pozostałych. Najlepsi katolicy we wszechświecie.

Z Mariuszem Szczygłem mam jeden problem. Mogę go czytać, nie mogę go oglądać i słuchać. Od razu wracają do mnie demony przeszłości z czasów głupiego jak but talk-show "Na każdy temat". Wiem, że nie tylko ja mam ten problem, dlatego zazdroszczę tym, którzy mogą dziś czytać jego reportaże i nic nie wiedzą o jego kretyńskich pytaniach i głupich minach strzelanych do kamery. Cóż - teraz to wszystko i tak nie ma znaczenia, bo "Zrób sobie raj" to jedna z najlepszych książek, jakie czytałem, która wyszła na polskim rynku wydawniczym w ostatnich latach (trudno mi sobie przypomnieć bym czytał coś równie dobrego - Stasiuk, Pilch, Tokarczuk nie wytrzymują porównania z tą konkretną pozycją), bijąca na głowę nie tylko reportaże. Jest to pełna wiedzy o Czechach i Polakach, świetnie napisana, bardzo aktualna i zmuszająca do refleksji literatura z najwyższej półki.


(1 więcej o czeskich mistyfikacjach tutaj http://ladnatwarz.filmaster.pl/notka/czeskie-mistyfikacje/
(2 tutaj link do tekstu Magdaleny Środy dla ciekawych
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,To-jest-najwiekszy-problem-polskiego-katolicyzmu,wid,13350019,komentarz.html?ticaid=1c42c&_ticrsn=3