Dom (zly)

Dom (zly)

wtorek, 29 maja 2012

Taktyka "świra"


                                                                                                oficrec
Akcja najnowszej powieści Krzysztofa Vargi „Trociny” zaczyna się w pociągu, który utknął w polach, gdzieś między Warszawą a Wrocławiem. Nic to dziwnego, biorąc pod uwagę, że bohaterem jest Piotr Augustyn – komiwojażer, pracujący dla korporacji. Nietrudno zatem wyobrazić sobie, jaki jest klimat tej powieści. PKP nie od dziś jest u nas symbolem narodowej rozpaczy i poczucia niemożności – pociągi zatrzymują się na stacji „Łąki” i nie wiadomo, kiedy ruszą, albo rozbijają się w katastrofach komunikacyjnych, albo jadą kilka godzin jakimś niemożliwym do wyobrażenia dla przeciętnej logiki objazdem. Każdy, bądź prawie każdy zna ten stan, kiedy siedząc kilka godzin w przedziale, nie myśli o niczym innym, tylko o tym, aby poderżnąć gardło całej rezolutnej gromadzie kolejarzy, kwitujących naszą wściekłość bezradnym rozłożeniem rąk. Znamy to uczucie, gdy furia zmienia się we frustrację i nic nie jesteśmy w stanie zrobić, by w końcu pogodzić się z sytuacją, przeklinając PKP. Bohater „Trocin” znajduje wyjście z tego stanu – co prawda pozostaje bezradny, ale swoją frustrację przelewa na ekran służbowego laptopa, pisząc swoistą odę do nienawiści.
Piotr Augustyn nienawidzi wszystkiego, co możemy określić jako polską specyfikę – komuny i swojego dzieciństwa, Kościoła i kultu Matki Boskiej, wsi i ludzi tam mieszkających, Warszawy i pracy w wielkiej korporacji, kultu Adama Małysza i zawodów żużlowych; nienawidzi w końcu rodziny i Polski. Ulgę przynosi mu tylko słuchanie mistrzowskich wykonań muzyki dawnej, robi to, by w pięknie odreagować wszystkie swoje lęki i żale. W Piotrze Augustynie kumuluje się cała frustracja i samotność wobec dołującej, polskiej rzeczywistości. Czytelnik w Piotrze Augustynie może odegrać się za całą swoją życiową beznadzieję, w świecie rządzonym przez mamonę i dobór naturalny. Nie jest to zatem powieść dla niepoprawnych optymistów. I bardzo dobrze.
Kluczem dla zrozumienia głównego bohatera może być postać Adasia Miauczyńskiego, wykreowana przez Marka Koterskiego, a w szczególności jego wersja z filmu „Dzień świra”. Zadaję sobie pytanie, w jaki sposób ten antypatyczny typ mógł stać się jedną z ikon polskiej zbiorowej wyobraźni? Było jednak w Adasiu coś miłego – idealizm, miłość ojcowska. Dzięki temu mogliśmy ulokować w „Świrze” cały nasz żal do świata, z którym się męczymy. Na tym tle Piotr Augustyn to prawdziwy hardcor polskiego „narzekactwa”, a jego miłość do muzyki przypomina Hannibala Lectera - rzec można, że jego nienawiść do świata jest monstrualna, że jego malkontenctwo to tsunami obrzydzenia, nuklearny womit wszystkich polskich wstrętów. Jest w tej książce masochistyczna podnieta, płynąca z wyrzucenia z siebie całego zalegającego szlamu złych emocji i upokorzeń. W tym sensie „Trociny” mają działanie oczyszczające - co prawda wywołują torsje, ale potem czujemy się już lepiej.
Powieść początkowo czyta się świetnie i jest ona gęsta od mrocznego, psychodelicznego humoru, który charakteryzuje nienormalności naszego dnia powszedniego. Niestety w pewnym momencie wszystko zaczyna utykać, zaczyna się jakieś niepotrzebne mielenie i horrorowe klimaty. Zaletą „Dnia świra” była aforystyczna zwięzłość obrazków z życia. U Vargi w pewnym momencie świat powieści rozciąga się niemiłosiernie i traci wyrazistość, ale formuła „pętli”, którą przyjął pisarz, wymagała narracyjnego doprowadzenia wszystkiego do końca. Ta „pętla” najpierw dusi, nie daje oddychać, ale po pewnym czasie przyzwyczajamy się do niej i zostajemy z nią, zrezygnowani do końca książki - tak zrezygnowani będziemy siedzieć do skutku w popsutym pociągu relacji Warszawa – Wrocław. Może szkoda, a może tak właśnie być miało.

wtorek, 22 maja 2012



Zwieść cię może ciągnący ulicami tłum, wódka w parku wypita albo zachód słońca. Banał czasem okazuje się prawdziwy. Zawieść cię może ktoś. Ale nie ma co patrzeć na słabych ludzi. Było pięknie szczególnie po spotkaniu. Marek Nowakowski - pisarz, żywa legenda - posiedział z nami przy kilku kieliszkach i opowiadał o swojej wolności, literaturze, o polityce mało, albo zgoła nic (jakby chcieli ludzie ograniczeni intelektualnie). Dziękuję za ten wieczór.


poniedziałek, 21 maja 2012

Filmradar nr 4 i tekst , w którym się obnażam!


Toń, toń Titanicu! ( w oceanie łez)
http://issuu.com/filmradar/docs/filmradar-04-2012/63#share



To będzie tekst o rozdartym sercu, o oceanie łez. Wykrwawić się tutaj pragnę w białe światło laptopa na temat miłosny. Może, czytając ten tekst, poczujecie się obryzgani kropelkami posoki, płynącymi  z otwartej rany mego serca. Trudno – jeśli tego się obawiacie, to zakończcie lekturę tekstu w tym momencie. Dalej będzie już tylko gorzej – krew i łzy wymieszają się w ponurym koktajlu mych sercowych rozterek.
A wszystko przez tego reżysera  Camerona, który raz na jakiś czas schodzi głęboko pod wodę, by osiągnąć dno – dno rzeczywiste i metaforyczne dno swoimi filmami. Już w filmie „The Abbys” pogrążał nas, licealistów, w odmętach głębi, dowodząc, że ufoludki nie przybędą z kosmosu, tylko wypłyną z morskiej otchłani. Ostatnio odwiedził dno dna czyli Rów Mariański, a co widział i co przeżył pewnie film kolejny jego nam opowie. Jednak filmowe dna dno osiągnął „Titanic” – to dno oceanu ludzkich łez, niespełnionych miłości, okrutnego, obojętnego wobec miłości świata. Titanicu – Ty zawsze zatoniesz w złu i rozpaczy tej , która odbiera nadzieję wielkiej miłości. Będziesz przypominał o milionach den rozdartych serc, które są rozorane przez obojętność, niczym ty przez górę lodową. Pójdę, tak! Chcę iść z tobą w tę otchłań 3D! Zabierz mnie, błagam, zabierz tam, gdzie spoczywają miraże niespełnionych uczuć!
To był rok może 97. Ostatni rok moich zbyt długich studiów. Moje  serce wydrążone jak helołinowa dynia łaknęło odrobiny szczęścia, odrobiny ciepła. Dość już mi było tych alkoholowych nocy ze zdziwieniem porannym – gdzie jestem, gdzie ma odzież, „whos that girl” i „ja wiem, że nie ma brzydkich kobiet, tylko wina czasem brak”.  I zdarzył się jakiś bal na zakończenie. I ona. Gdzieś mi się zebrało na odwagę, by  podejść i zaprosić. Tak niezobowiązująco, po koleżeńsku zaprosić na ten bal uroczysty, który sobie tak pięknie z kolegami wymyśliliśmy. I przybyła w tej swojej sukni balowej, z archipelagiem nagich pleców przesłoniętych delikatnie blond włosami i szyją łabędzia. Jak podziwiałem ją sunącą zwiewnie po parkiecie w ramionach innych, bo wolałem nie kompromitować jej swym niezgrabstwem. I z samego widoku się zadurzyłem. Na amen.

Seans „Titanica” to była nasza pierwsza i ostatnia randka. Nawet nie wiem, czy była to randka. Widziałem, czułem w ciemnej sali jak się wzrusza , jak popłakuje cichutko, jak przerażona patrzy na tragiczny koniec marzeń o wielkiej miłości. Bardziej skoncentrowany byłem na jej wzruszeniu niż na samym filmie, w którym, z tego co pamiętam, dominowała woda. A ona? Przyjmowała mój męski uścisk, przytulałem ją mocno , czując lekkie spazmy cichego szlochu , podawałem czule specjalnie kupioną na tę okazję chusteczkę – wyprasowaną i lekko skropioną Old Spicem. A ten ideał, jakim był Titanic, najpierw łamał się jak zapałka, by pójść na dno i zatopić wielkie marzenie o wspaniałej miłości. Po wyjściu z kina, gdy jeszcze aurę morskiej wody czuliśmy dookoła, a w butach chlupotało, zapytała: „Dlaczego tak nie może być w życiu?”. Była taka, taka smutna. „Jak to?” – odrzekłem – „przecież mam wszystko, jak  Leon-Jack Dawson – nie mam pieniędzy, jestem przybłędą, mogę nawet narysować twój akt?”. A ona ryczała dalej i powtarzała, jakby nie usłyszała, co mówiłem: „Dlaczego tak nie może być w życiu?”. 

To były ostatnie słowa, które usłyszałem z jej ust. Okazało się, że  ma swojego Cala – przetańczyła z nim pół balu pożegnalnego, czego ja oczywiście nie zauważyłem, tak w nią wtedy zapatrzony. Rozbebeszony romantyzm po raz kolejny ustępował miejsca pragmatyzmowi. Może gdyby to działo się na pokładzie Titanica, ale proza życia pokazywała wyraźnie elementarnie fałszywe założenie Camerona – pokażę wam historię o miłości biedaka i bogatej, zbuntowanej panny, dodam dekoracje i klimat „belle epoque”, a wy w zamian zasilicie moje konto bankowe. Cameron=Cal. Amen.

Antidotum na „titanicową” traumę okazała się Luna – typowa gotka z dziarami, czarnym makijażem i upodobaniem do horrorów typu „slasher”. Jako grę wstępną stosowała kolejną część „Hellraisera”, „Piątku trzynastego” czy „Wzgórza mają oczy”. O klasyku „Masakra piłą mechaniczną w Teksasie” nie wspomnę – to był jej ulubiony film. Jak Luna czasem mi się jeszcze przyśni, to tylko w scenerii tego filmu z piłą tarczową w ręku. Pewnego razu, gdy już sobie leżeliśmy błogo w oparach tytoniowego dymu i wina wymieszanego z ciepłą  krwią z albumem Nero Closterkeller w tle, powiedziała do mnie: „Wiesz, co lubię w slasherach? Nie ma w nich fałszu Titanica. Są prawdziwe - tak jak w życiu: tylko krew, pot i łzy”. 

wtorek, 15 maja 2012

Life Festival 2012 - życie i pokój

Life Festival 2012 to jedno z ważniejszych wydarzeń  muzycznych bieżącego roku. 13 maja miała miejsce zupełnie wyjątkowa impreza, której celem było nie tylko słuchanie muzyki - humanistyczny wymiar był równie ważny. Wielokulturowe brzmienia miały przypominać nam o uniwersalnym charakterze sztuki, która zawsze powinna opowiadać się za życiem. I to w miejscu kaźni milionów niewinnych.




W piątek karmiłem uszy na częstochowskim Bieganie dźwiękami reggae w wykonaniu Lee "Scratch" Perry'ego. Średnio znam, średnio lubię. Jak to śpiewał MM - "rege kocia muzyka, kocia muzyka rege, miauczy   i utyka, rege kocia muzyka". A jednak na żywca i w rdzennym klimacie poczułem bluesa? Nie - poczułem rege. Dzień odpoczynku i jazda do Oświęcimia.
       z JJ, Olafem -
     w ich towarzystwie moja spuchnięta gęba wygląda naprawdę kiepsko
     Edytka robiła zdjęcie - dzięki Edytka

Na początek Antwerp Gipsy-Ska. Członkowie pochodzą z Belgii , Serbii, Chile i Argentyny i taka jest ich muzyka. Wybuchowa mieszanka z przewagą romskich klimatów i bałkańskich trąbek. charyzmatyczny wokalista w pięknym czerwonym garniturze to istny żywioł. Przy utworze Slivovitza aż podskoczyłem, ale tylko raz. Niestety "festiwal życia" okazał się wyjątkowo niemrawy pod względem reakcji publiki. Zresztą na Antwerp, którzy grali po 17, nie było jeszcze zbyt dużo ludzi. Jednak czuło się się swego rodzaju stagnację. Może to kontemplacyjne oczekiwania publiczności w stosunku do gwiazdy, bo owa monotonia utrzymała się do końca koncertu. A Antwerp Gipsy byli dla mnie autentycznym odkryciem - blisko uwielbianego przeze mnie Gogol Bordello, ale w bałkańskim klimacie, który znam z Gucy i Undergroundu.



Na Marii i Kroke postój pod parasolkami. Ale szybko wróciłem. World Music - ta magiczna mieszanka w wykonaniu krakowskiego zespołu - urzekała, a cudny głos Anny Marii wędrował za instrumentami muzyków w niesamowitych frazach, pokazując, że muzyka nie ma granic. A sama AMJ?  Piękna w czerni i wielkim kapeluszu. Stała sobie niepozornie z tyłu, a ja nie mogłem od niej oderwać swojego patrzenia. Trochę krótko, ale bardzo intensywnie. Dobre preludium przed koncertem Petera Gabriela.

  fragment pokazu do piosenki Biko, poświęconej Stevenowi Biko, ofierze apartheidu

Po niedobrej kiełbasie za 15 złych ( a to Polska właśnie) - jedynym zgrzycie może oprócz nawiedzonej ochrony, która kazała nam zostawić paluszki przy wejściu i strasznie się nudziła na tym pokojowym festiwalu, szukając dziury w całym wśród nie najmłodszej przecie publiki - nadszedł czas na gwiazdę. Wszyscy znają "Red Rain", "Don't give up" czy "In Your Eyes" - w towarzystwie dźwięków "New Blood Orchestra" utwory te nabrały monumentalnego charakteru, które dopełniał pokaz multimedialny, jakiego jeszcze na koncercie nie widziałem. Nawet na U2 nie było czegoś takiego. Wzruszała pieśń "Father, Son", którą Gabriel wykonał dla swego 100-letniego ojca z tłem ze zdjęciami, gdzie starszy pan Gabriel przechadzał się z jeszcze starszym panem tatą. Najbardziej emocjonalnym momentem było wykonanie piosenki "Biko", poświęconej Stevenowi Biko - bojownikowi o prawa czlowieka w RPA, zamęczonego w wieku 31 lat w więzieniu w Pretorii.

                                          Peter i New Blood Orchestra w roli głównej

Oto słowa samego Petera Gabriela wypowiedziane po koncercie w Oświęcimiu. Myślę, że dobrze oddają to, co zostało w nas po tym wydarzeniu:
"Nie do końca rozumiałem, co wy tutaj próbujecie robić, ale po odwiedzeniu obozów Auschwitz i Birkenau zaczynam powoli czuć, o co w tym wszystkim chodzi.

Medycyna od zawsze rozwijała się dzięki sekcjom zwłok, pozwalającym znaleźć oznaki schorzeń, a co za tym idzie nowe lekarstwa i nowe sposoby na chronienie ludzi. Za każdym razem, kiedy napotykamy w naturze śmierć, czy to martwe drzewo czy martwe zwierzę, zawsze wywodzi się z niego jakieś nowe życie. Tu w Oświęcimiu Life Festival wyrasta na gruzach Auschwitz i Birkenau, tych dwóch czarnych wrzodach na duszy człowieka. To miejsce jest świątynią morderstwa, kaplicą ludobójstwa, nadzwyczajnego cierpienia, rasizmu, nienawiści, dehumanizacji i alienacji, które ciągle czekają na pełną sekcję zwłok i lepsze zrozumienie. Możemy próbować pogrzebać to, tak jak próbowało to zrobić SS, zapomnieć o tym I udawać, że to nigdy nie istniało. Ale to istniało i ciągle istnieje.

Nie możemy powiedzieć, że to tylko naziści, albo tylko Niemcy, albo że to kto inny i kiedy indziej. Bo to właśnie my i właśnie teraz. Arcybiskup Tutu mówi o afrykańskiej idei Ubuntu. Mówi ona, że ja mogę istnieć wyłącznie w relacji z tobą. Że ja mogę być sobą tylko, jeśli pozwolę tobie być tobą. To jest 'praca która czyni wolnym', praca polegająca na patrzeniu w ciemność, w te drzwi zapomnienia, pompująca krew życia. To wy jesteście strażnikami tego ciemnego lustra, strażnikami pamięci, która przypomina nam, kim jesteśmy i kim możemy być, zarówno w pozytywnym, jak i negatywnym znaczeniu. Więc kiedy słyszymy, że mieszkańcy Północnego Sudanu odnoszą się do mieszkańców Południowego Sudanu, jak do insektów -- jak to miało miejsce w tym tygodniu, przypomina nam się Rwanda. Czytamy o ponad stu tysiącach ludzi więzionych w Sri Lance, albo widzimy w jaki sposób amerykańscy i brytyjscy żołnierze traktują jeńców w Iraku i Afganistanie, gdy patrzymy, jak prześladowany zmienia się w oprawcę w Palestynie, kiedy widzimy odtrąconych ludzi, za każdym razem, gdy My zmienia się w Oni, kiedy widzicie swoje dzieci traktujące ludzi w grach komputerowych jak żer lub martwe mięso, możecie jeszcze raz otworzyć drzwi do tego ciemnego miejsca i wypowiedzieć słowo: „pamiętaj". W ten sposób cała ta śmierć może być pożywką dla życia, w ten sposób Oświęcim może naprawdę dać „sygnał do hałasu" („Signal To Noise"- tytuł jednej z piosenek PG)."





Trochę mało było tego hałasu, a więcej zadumy i kontemplacji. "Festiwal Życia" zobowiązuje także publiczność. Chciałem poczuć tę ogólnoludzką więź, której nieraz doświadczałem na koncertach, właśnie w Oświęcimiu. 












poniedziałek, 14 maja 2012

Ojciec swego ojca. Recenzja książki "Ojciec.prl"










oficrec


Ojciec swego ojca

14 maja 2012

Powieść biograficzna to wdzięczny gatunek. Odwołuje się ona do wspólnego doświadczenia określonego pokolenia i z reguły zabieg ten przynosi spodziewane efekty. Nawet słabo napisane książki zaspokajają tkwiący w czytelniku głód sentymentów, gdy powraca on do czasów swego dzieciństwa i młodości. W naszym, polskim przypadku jest to z reguły okres PRL-u, który dla młodszych jest ciekawy przez swą egzotykę, dla starszych, mimo wszystkich swoich ułomności, jest krajem lat dziecinnych. Wszyscy „szpetni czterdziesto-iwięcej-letni” chyba trochę tęsknią za parcianą rzeczywistością komuny z jej gadżetami: kolejkami z Barei, kartkami na mięso, Ireną Dziedzic czy Ałłą Pugaczową. Książka Wojciecha Staszewskiego „Ojciec.prl” to udana próba literackiego powrotu do tamtych czasów.
Takim niedorobionym przykładem tego typu literatury mogą być „Chłopaki w sofixach” Jakuba Porady, książka, którą mimo wszelkich ułomności czyta się z sentymentalną łezką w oku. Nawiązałem do książki Porady nieprzypadkowo. Wojciech Staszewski, autor „Ojciec.prl”, podobnie jak pan Jakub jest dziennikarzem. Może tak być, że ów dziennikarski zmysł pozwala obu autorom skrzętnie przechowywać w pamięci te wszystkie detale, które potem urzekają. Książka „Ojciec.prl” łamie jednak schemat prostej literatury wspomnieniowej. Jest to bowiem historia dziejąca się w dwóch płaszczyznach – tej historycznej, która jest opowieścią o więzi ojca i syna w PRL-owskiej scenerii oraz bardziej współczesnej, gdzie syn staje się ojcem swego ojca, gdyż musi opiekować się nim po udarze. Ten obyczajowy element wzbogaca świat wspomnieniowy o istotny, realistyczny walor.

Podobał mi się męski punkt widzenia, który wyraźnie dzieli tony powieści – ten PRL-owski ma odcień ciepły, współczesny natomiast jest zimny - nie ma tutaj dorabiania ideologii na temat sensu cierpienia, a opieka nad chorym ojcem to mordęga. To kontrastowanie jest pozbawione litości, znajdziemy tu natomiast trudną refleksję nad zaakceptowaniem starości i choroby przez mężczyznę. W całym tym rozważaniu, dlaczego mężczyźni żyją krócej, mam swoją teorię, którą książka Staszewskiego zdaje się potwierdzać. Być może jest tak, że mężczyźni nie są wystarczająco silni, by znosić upokorzenia starości i choroby. Może nie jesteśmy w stanie zaakceptować naszego obrazu bezradności i skazania na czyjąś łaskę, a dużo łatwiej jest nam przyjąć do wiadomości obrazek z trumną i czarnym garniturem. Jak zawsze – lubimy iść na łatwiznę.
Ciekawy jest też u Staszewskiego obraz miłości synowsko-ojcowskiej. Jest tam dystans, chłód, jest nieumiejętność wyrażania uczuć, wręcz niechęć do takiego emocjonalnego ekshibicjonizmu. Brak matki, wynikający z półsieroctwa głównego bohatera, to brak ciepła. „Ojciec.prl” jest w gruncie rzeczy opowieścią o tym właśnie niedopełnieniu dzieciństwa i skazaniu na emocjonalny dystans, z którego jednak przebijają promienie ojcowskiej miłości, która na ogół pozostaje zasklepiona w skorupie lęków przed otwarciem, pokazaniem swojej prawdziwej twarzy; byle nie dać się więcej dotknąć, byle nie dać się skrzywdzić, byle nie dać się upokorzyć.
Dziennikarski zmysł Staszewskiego, który skrzętnie przechowuje wspomnienia, przenosi nas w świat PRL-owskiego dzieciństwa, jednak język powieści tę klimatyczną podróż powstrzymuje. Jest zbyt poprawny, zbyt precyzyjny w warstwie ukazywania nostalgii. Trochę zabrakło poezji. Cóż – nikt nie jest idealny. Ważne jest przesłanie, które może pomóc nam zrozumieć istotę ojcostwa. Relacje z ojcem w książce nie są wzorcowe, ale są prawdziwe. Czasem wystarczy spojrzeć z dystansem, czasem wystarczy zyskać świadomość, że nikt bliski tobą w dzieciństwie nie poniewierał. To bagaż, który niesiemy przez życie mimo wad i ludzkich ułomności – szacunek do samego siebie. To powiedziała mi książka Wojciecha Staszewskiego.

wtorek, 8 maja 2012

Częstochowa Muńka

Wszystko tu podwojone, w tej CZ. Pewnie tak samo jak w P. Ale stojąc w niedzielę na placu, myślałem, parafrazując Jarosława Wielkiego, tu jest Częstochowa, moja Częstochowa.


zająłem strategiczną pozycję blisko parasolek,  za to dość daleko od sceny

Kilkanaście gwiazd polskiej sceny, autentycznych gwiazd, nie jakichś "schabów", zaśpiewało dla Muńka z okazji jubileuszu 30 lat jego muzycznej działalności. Tak jak na plakacie. Nazwiska mówią same za siebie:
Martyna, Kasia, Grabaż, Olej, Marek Piekarczyk z TSA, Soyka, Yanina, założyciel Formacji Jacek  Pałucha, Titus, Habakuk, Adam Nowak z Raz Dwa Trzy, sam Piotr Machalica
częstochowskie klimaty: Menhor i Shamboo, Ziut
i sam Muniek

Jak dla mnie wystarczy,. było naprawdę super - autentycznie i bez lipy. Częstochowianie (i nie tylko) dopisali tłumnie i zapełnili świeżutkiego i szerokiego jak Plac Czerowny Biegana. Pewnie wśród tysięcy przybyłych w niedzielę Częstochowian nie było nikogo, kogo nie rozpierałaby duma z "miasta Świętej Wieży".  

"Jest super, więc o co wam chodzi?" Dziwne były te gwizdy dla prezydenta Matyjaszczyka, gdy wstąpił na scenę. To On, jak nikt do tej pory, próbuje zmienić pokutne oblicze naszego pięknego miasta. Po świetnym koncercie Acid Drinkers to już drugie udane show na placu. Gig jakiego w tym mieście nie było.  A zapowiadają się następne - w piątek wielka gwiazda rdzennego reggae Lee "Scratch" Perry.

W Częstochowie wieje zatem "Wind of Change". I tak ma być. Całe szczęście tylko, że Muniek nie gonił w koszulce Rakowa, którą otrzymał w czasie koncertu,  tych biednych fanów żużla, co spokojnie jechali na koncert. 

Wybieram Częstochowę Muńka. Nie Najmana, nie "schabów" (no chyba że z ery Jacka Pałuchy - JP to takie symboliczne inicjały; piszę o tym w recenzji "Dziennika "Pilcha). Z Rakowem i Włókniarzem. Z AZS-em. Z Najświętszą Panienką i pielgrzymkami. Ze wszystkim, co może stanowić o oryginalnym klimacie tego miasta, które staje się coraz bardziej kolorowe. 

Tyle nasłuchałem się o tym wyrodnym Muńku, który zdradził miasto. Dziś mogę powiedzieć - jest ON Częstochowy twarzą i najlepszą jej reklamą.

Krajobraz pełen paradoksów. O "Dzienniku" JP

Krajobraz pełen paradoksów

8 maja 2012
oficrec

Rzecz będzie o „Dziennikach” J.P. Tego słynnego „jp” z wiersza Marcina Świetlickiego „Nieprzysiadalność” – „spotykam jp/jest pijany jak świnia/a ja jestem trzeźwy/jak świnia”. W „Dzienniku” nie ma alkoholu. O alkoholu, raczej o alkoholizmie, jest „Pod mocnym aniołem”, ale nie dziennik J.P. Wydaje mi się, że „Dziennik” nie jest o kobietach. Jak to było w tym wierszu Świetlickiego? „Nas jest dwóch/i one są dwie/może się przysiądziemy” – jakoś tak. O kobietach jest „Spis cudzołożnic”. Jeśli obierzemy prozę J.P. z kobiet i alkoholu, co nam pozostanie? Mizantrop z okładki, spoglądający z niechęcią na ten nieciekawy polski krajobraz? Zarażony „nieprzysiadalnością” kontestator nawet Pana Boga, nawet swego ukochanego klubu Cracovia Kraków?
J.p. – brzydko chuligani wykrzykują; JP – pokolenie takie jest, jeśli dodać 2; J.P. – wielki Polak, ojciec wąsaty naszego narodu; J.P. – Jerzy Pilch w końcu. Czy wszystkie grupy społeczne są usatysfakcjonowane? Można rzec – każdy ma swojego J.P. Albo – każdy ma takiego J.P., na jakiego sobie zasłużył. Ja mam Jerzego Pilcha i wcale nie rokuje mi to dobrze jako internetowemu grafomanowi płci męskiej wyznania katolickiego, który ośmiela się pisać o jego „Dziennikach”. Bo skoro J.P. „foszy” P.B., albo, co gorsza, Cracovii Kraków, to jakie szanse ma mieć ktoś taki jak ja? Pozostaje zawsze nadzieja, że J.P. się nie dowie.
„Dziennik” to zapis prowadzonych przez autora rozważań, które spisał był on w latach 2010-2011, a pierwotnie zamieszczone były one na łamach „Przekroju”. Jak już wyżej się rzekło alkoholu i kobiet tutaj szanowny czytelnik nie uraczy. Ale niech potencjalny czytelnik rąk nie załamuje, bo w świat Jerzego Pilcha to nie tylko te dwie pasje, które znamy z kart jego powieści i opowiadań. Znajdziemy tutaj refleksje o czasie, który z wiekiem zaczyna przyspieszać; o literaturze, która czasem drażni, ale nieustannie potrafi zadziwiać; o piłce i Cracovii – czyli o miłości i nienawiści; o byciu protestantem w takiej Polsce naszej monolitycznej i jednowyznaniowej; o polityce, o której pisać trzeba, choć wiadomo, że to musi skończyć się fiaskiem pisarskim (jeśli ktoś się zaczaja na łakome kąski po tragedii smoleńskiej, niech lepiej sobie lekturę odpuści); w końcu o konradowskim geście pisarza, który z samym P.B. ma tutaj swoje porachunki. Najsłabiej wypadają dla mnie wstawki polityczne, najlepiej futbolofilskie – tylko J.P. mógłby napisać piłkarską epopeję na Euro, ale wiadomo, że ten tani chwyt nigdy by nie przeszedł.
Jest J.P., wyłaniający się z kart „Dziennika”, mizantropem, malkontentem, samotnikiem, którego drażnią ludzie, bo wszyscy porządni są już po drugiej stronie, albo w jakimś rozdrobnieniu, w jakiejś mniejszości wobec zamieszkującego planetę Polska tłumu ludożerców. Czy to rozdrażnienie starszego pana, przypominające „świra” z filmu Marka Koterskiego? Dla mnie to bardziej krajobraz paradoksów, z których autor zdaje nam sprawozdanie, bo tak naprawdę bez literatury, gazet i polityki, bez futbolu, a przede wszystkim bez P.B. życia sobie nie wyobraża. To paradoks, który mówi – to, co kocham, wkurza mnie najbardziej.
Ale jest jeden paradoks, który czyni tę książkę wręcz rozkoszną – radość pisania, radość języka, niwelująca całe to starcze narzekanie. Ten język – ironiczny, wręcz sarkastyczny – jest pełnym śmiechu komentarzem do rzeczywistości. To żywa, zmieniająca się struktura, gdzie gawęda przechodzi w aforyzm, a nostalgia miesza się z szyderstwem. To wszystko sprawia, że jaśnie oświecony rozum wielkiego J.P. skrzy się barokowym bogactwem odświeżonej polszczyzny.

sobota, 5 maja 2012

Taka piękna katastrofa? Koko-spoko

Jak Zorba zniszczył wielką inwestycję, należącą do swojego pracodawcy, rzekł: "Jaka piękna katastrofa".  Na ten wielki upadek złożyło się wiele wcześniejszych elementów. Jak patrzę na występy naszej reprezentacji w Korei, Niemczech i Austrii, które okazały się może nie pięknymi, ale na pewno wielkimi katastrofami, to widać było jak na dłoni, że wszystko zaczęło się psuć wokół reprezentacji dużo wcześniej - Engel wydał książkę i zwolnił Iwana, Edyta zaśpiewała jakąś industrialną wersję hymnu; Janas znikał, powoływał dziwnych piłkarzy zamiast Frankowskiego i dziwnie mówił na konferencjach; Leo obraził się na cały świat. Tych elementów  było dużo więcej. Ale koko-spoko. Czy kuriozalny hymn w wykonaniu pań z Kółka Gospodyń Wiejskich "Jarzębina" może mieć wpływ na wynik sportowy?

                                                                         

To kpina z Euro i z piłki. Prezenterzy się śmieją, dziewuszki się śmieją, internauci się śmieją. Kibice wyją, że to jedno wielkie żenua. Tak się tworzy atmosferę wokół reprezentacji ? Chcecie z gości, którzy mają wygrywać mecze zrobić klaunów, a z wielkiej imprezy, na której stworzenie wydano ciężkie pieniądze, cyrk dziwadeł? A wystarczyło, aby nominowane piosenki śpiewali ludzie, którzy kochają piłkę. Tak jak w wypadku hymnu Irlandii "You'll never beat the Irish".



Cieszy jedynie postawa Franza, który stara się do wszystkiego zdystansować i zachować spokój, a akcje marketingowe zrobił dobre pół roku temu, żeby skoncentrować się na tym,  co najważniejsze. W nim nadzieja, że medialne głupoty nie będą miały wpływu na święto futbolu. Koko-Euro-ZeroSpoko.
.

piątek, 4 maja 2012

Wstrząs

Wczoraj przyszła ta tragiczna wiadomość - Marcin Najman kończy sportową karierę. W momencie, gdy dotarło do nas, że nie zwycięstwo, a sam udział; nie walka, a poddanie; nie ambicja, a chęć szczera. Wraz z walkami Marcina Najmana odchodził mit o walecznych Polakach, a docierała prawda o zapyziałych i butnych nieudacznikach, którzy zawsze, tak czy siak, dostaną baty. Nasz bokser był prawdą, walącą po oczach  bardziej niż pięści Mike'a Tysona. Wszyscy dzięki niemu mogli leczyć swoje kompleksy i odreagowywać własną frustrację. Dzisiaj musimy sobie poszukać innego anty-bohatera, ale wiem, że nie będzie łatwo znaleźć kogoś, kto wypełni to puste miejsce. Chociaż jest nadzieja, że w tej czy innej formie Pan Marcin powróci. A jeśli chodzi o polski boks, to fakt, że po raz pierwszy w historii Igrzysk nasza reprezentacja nie będzie mieć swojego przedstawiciela jest według mnie wystarczająco upokarzający i pokazuje, że medialne hucpy nazywane galami sportów walki, gdzie współcześni "gladiatorzy" młócą się cepami, kopią i duszą z zapamiętaniem, nie mają wiele wspólnego z tradycją polskiego boksu i sportem w ogóle.

PS.

Wczoraj śnił mi się Szymon Majewski - przebrany i ucharakteryzowany na trędowatego wkręcał Matkę Teresę z Kalkuty.

środa, 2 maja 2012

Częstochowa Najmana


Kolejny upadek i odklepane poddanie. Kolejny sukces – no właśnie kogo: zawodnika MMA, boksera, celebryty? Wszystkie określenia chybione. Bowiem na zawodowej mapie Polski pojawiła się nowa profesja – notoryczny przegrywający. Jest to ktoś, kto, zamiast trenować, robi szum, zamiast walczyć, się poddaje, zamiast zwyciężać, przegrywa. I na dodatek kasuje za to niezłe sumki.


Za co płacimy Najmanowi? Otóż ów zawodowy przegrywacz robi to, co jest doświadczeniem przeciętnego Polaka-szaraka – publicznie się kompromituje i dostaje w skórę. To nie byle jaka profesja. O ile swoje upokorzenia jesteśmy w stanie dosyć dobrze znosić w zaciszu swej jaźni, o tyle mało kto poradziłby sobie z publicznym daniem ciała na dużą skalę. W wypadku zawodowego przegrywacza mamy do czynienia z wyjątkowym talentem bezrefleksyjnego przyjmowania “na klatę” wszelkiej maści obsobaczeń. No i nie tylko publiczne wyśmiewanie wchodzi tutaj w grę – wszak Marcin Najman, pseudonim „El Testosteron”, dostaje także całkiem realne i dotkliwe cięgi.

Nic mi nie wiadomo o zwycięstwach zawodnika na bokserskim ringu. Do jedynej walki, jaką udało mi się zobaczyć przygotowywał się w polsatowskim programie Big Brother, gdzie słynął z tego, że wiódł bój o tytuł najbardziej inteligentnego uczestnika ze słynną Jolą Rutowicz. Z walki pamiętam jedynie, że po poddaniu pojedynku, bokser przepraszał swojego niezbyt utytułowanego kolegę za to, że dał mu się tak sromotnie zbić. Po owej heroicznej porażce nasz gladiator przeszedł do stajni MMA, gdzie najpierw dostał w skórę od już mocno zaawansowanego wiekowo byłego pięściarza, który wcześniej zasłynął z oddania nerki swojej chorej córce, potem uległ dwóm mięśniakom – strongmanowi Pudzianowi i słynnemu “hardkorowemu Koksowi”. Wszyscy trzej na Najmana mieli jeden sposób – najpierw przegonili go po ringu, by po chwili tenże na plecach z podkulonymi nóżkami walił panicznie w deski w celu poddania walki.

Częstochowa słynie z narzekactwa. To nie jakaś jednorazowa chwila słabości. To permanentny stan trwający od dawna. Sukcesy Marcina Najmana mogą być doskonałym wytłumaczeniem tego zjawiska. Sportowiec oto przestał narzekać, wziął się w garść i wobec braku talentu, odwagi, za to obdarzony dużą dawką lenistwa i innych negatywnych elementów towarzyszących jego naturze, postanowił to, co jest wadą, przekuć na zaletę. Został chłopcem do bicia, spełniając tym samym ważną funkcję kompensacyjno-terapeutyczną w naszym mieście, leżącym u stóp Jasnej Góry. Zdziałać czegoś  na własną rękę przeciętny obywatel tutaj nie ma sposobności; kto coś potrafił – wyjechał, ten kto pozostał skazany jest na pogłębiającą się prostrację. Zamiast walić głową w mur obejrzyjmy kolejną walkę. Może, i tak już niski, “el testosteron” nam opadnie, ale przynajmniej na chwilę poczujemy ulgę.

Ktoś może zarzucić mi zechce, że leżącego się nie bije, że postać naszego bohatera zbyt łatwym celem jest. Wszystko racja, z tym, że mój podziw jest autentyczny i szczery. Wyznam – gdy widzę jego postać przemierzającą korytarze Galerii Jurajskiej już chcę biec po autograf i ostatkiem sił woli mówię sobie – „nie”. Jeśli myślę dziś o jakimś anty-idolu, o buncie, o kontrkulturze, to, widząc cały pic współczesnej rebelii, ostatni jej bastion upatruję w Marcinie,  Joli, kandydacie Kononowiczu i wszystkich tych, których gremialnie opluwamy, wywalając na nich własny nawóz. Oni na nim urosną.