Dom (zly)

Dom (zly)

środa, 2 maja 2012

Częstochowa Najmana


Kolejny upadek i odklepane poddanie. Kolejny sukces – no właśnie kogo: zawodnika MMA, boksera, celebryty? Wszystkie określenia chybione. Bowiem na zawodowej mapie Polski pojawiła się nowa profesja – notoryczny przegrywający. Jest to ktoś, kto, zamiast trenować, robi szum, zamiast walczyć, się poddaje, zamiast zwyciężać, przegrywa. I na dodatek kasuje za to niezłe sumki.


Za co płacimy Najmanowi? Otóż ów zawodowy przegrywacz robi to, co jest doświadczeniem przeciętnego Polaka-szaraka – publicznie się kompromituje i dostaje w skórę. To nie byle jaka profesja. O ile swoje upokorzenia jesteśmy w stanie dosyć dobrze znosić w zaciszu swej jaźni, o tyle mało kto poradziłby sobie z publicznym daniem ciała na dużą skalę. W wypadku zawodowego przegrywacza mamy do czynienia z wyjątkowym talentem bezrefleksyjnego przyjmowania “na klatę” wszelkiej maści obsobaczeń. No i nie tylko publiczne wyśmiewanie wchodzi tutaj w grę – wszak Marcin Najman, pseudonim „El Testosteron”, dostaje także całkiem realne i dotkliwe cięgi.

Nic mi nie wiadomo o zwycięstwach zawodnika na bokserskim ringu. Do jedynej walki, jaką udało mi się zobaczyć przygotowywał się w polsatowskim programie Big Brother, gdzie słynął z tego, że wiódł bój o tytuł najbardziej inteligentnego uczestnika ze słynną Jolą Rutowicz. Z walki pamiętam jedynie, że po poddaniu pojedynku, bokser przepraszał swojego niezbyt utytułowanego kolegę za to, że dał mu się tak sromotnie zbić. Po owej heroicznej porażce nasz gladiator przeszedł do stajni MMA, gdzie najpierw dostał w skórę od już mocno zaawansowanego wiekowo byłego pięściarza, który wcześniej zasłynął z oddania nerki swojej chorej córce, potem uległ dwóm mięśniakom – strongmanowi Pudzianowi i słynnemu “hardkorowemu Koksowi”. Wszyscy trzej na Najmana mieli jeden sposób – najpierw przegonili go po ringu, by po chwili tenże na plecach z podkulonymi nóżkami walił panicznie w deski w celu poddania walki.

Częstochowa słynie z narzekactwa. To nie jakaś jednorazowa chwila słabości. To permanentny stan trwający od dawna. Sukcesy Marcina Najmana mogą być doskonałym wytłumaczeniem tego zjawiska. Sportowiec oto przestał narzekać, wziął się w garść i wobec braku talentu, odwagi, za to obdarzony dużą dawką lenistwa i innych negatywnych elementów towarzyszących jego naturze, postanowił to, co jest wadą, przekuć na zaletę. Został chłopcem do bicia, spełniając tym samym ważną funkcję kompensacyjno-terapeutyczną w naszym mieście, leżącym u stóp Jasnej Góry. Zdziałać czegoś  na własną rękę przeciętny obywatel tutaj nie ma sposobności; kto coś potrafił – wyjechał, ten kto pozostał skazany jest na pogłębiającą się prostrację. Zamiast walić głową w mur obejrzyjmy kolejną walkę. Może, i tak już niski, “el testosteron” nam opadnie, ale przynajmniej na chwilę poczujemy ulgę.

Ktoś może zarzucić mi zechce, że leżącego się nie bije, że postać naszego bohatera zbyt łatwym celem jest. Wszystko racja, z tym, że mój podziw jest autentyczny i szczery. Wyznam – gdy widzę jego postać przemierzającą korytarze Galerii Jurajskiej już chcę biec po autograf i ostatkiem sił woli mówię sobie – „nie”. Jeśli myślę dziś o jakimś anty-idolu, o buncie, o kontrkulturze, to, widząc cały pic współczesnej rebelii, ostatni jej bastion upatruję w Marcinie,  Joli, kandydacie Kononowiczu i wszystkich tych, których gremialnie opluwamy, wywalając na nich własny nawóz. Oni na nim urosną.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz