Dom (zly)

Dom (zly)

sobota, 28 lipca 2012

O warsztatach


Nowe Horyzonty Edukacji Filmowej 2012

O filmach z tegorocznego NH pisałem, trochę mało, ale pisałem. Mało pisałem, bo głowę miałem nabitą trochę innymi sprawami. Na Warsztatach NHEF byłem po raz trzeci i po raz trzeci było to dla mnie ważne wydarzenie. Po pierwsze to ładowanie akumulatorów na edukację filmową w nowym roku szkolnym, po drugie ludzie i wymiana doświadczeń , po trzecie nowohoryzontowe kino. Ale w tym roku było inaczej.
Nasi młodzi mentorzy postanowili podnieść poprzeczkę. Warsztaty koncentrowały się na zadaniach praktycznych – mieliśmy po krótkim przygotowaniu wykonać  etiudy filmowe. Mogły to być fabuły, animacje i dokumenty. Po obejrzeniu programu zajęć myślałem , chyba jak większość, WTH – nie będzie czasu iść do toalety. Nie było faktycznie, dopiero w zaciszu domowego, ustronnego miejsca mogłem oddać się dłuższej medytacji. Mój aktywny dzień we Wrocławiu trwał minimum 20  godzin przez okrągłe 5 dni. Jednak nie czułem zmęczenia, byłem cały czas nakręcony jak w transie. Dalej jestem. Chcę misie. Bardziej.

Cudowną sprawą było, że udało nam się zintegrować wokół wyznaczonych zadań. To właśnie przez kreatywną energię udało nam się lepiej poznać i poczuć, że jesteśmy razem. To moje zdanie. Myślę, że efekt końcowy jest wcale niezły. W każdym z filmów widzę potencję na stworzenie czegoś ciekawego, przy oglądaniu niektórych wydaje mi się niewiarygodne, że ludzie bez doświadczenia byli w stanie osiągnąć aż tak świetny efekt. Brawa dla wszystkich za zaangażowanie i dobre chęci. Pokazaliście (lepiej byłoby „pokazałyście”) inteligencję, kreatywność, otwartość. Tak często boli mnie zszarzenie w mojej codziennej praktyce, że nie ma po co, że nie warto. We Wrocławiu tego nie było. Uczyłem się od Was, Drogie Koleżanki i Koledzy, jak ważny jest prawdziwy duch powołania i odkrywanie „nowych horyzontów edukacji” w ogóle.
Karolina, Maciek i Karol  przygotowali w tym roku arcyciekawy program, który przerósł w praktyce moje wcześniejsze oczekiwania. Dla mnie to kolejny dowód na to, że nowoczesna szkoła nie może istnieć bez kreatywnych projektów, które uruchamiają w nas i uczniach to, co najlepsze. Spotykałem się i spotykam z opiniami, ze uczeń idealny to taki, który nieustannie zakuwa, by przygotować się do egzaminów. Dla mnie, a pewnie dla większości z Was, uczeń idealny to taki, który uczy się przez twórczość własną. Dzięki warsztatom będę mógł takiemu uczniowi pomóc i lepiej ocenić jego dzieło, projektować jego rozwój. To wszystko nie byłoby możliwe bez pracy Maćka i Jarka, którzy co chwila stosowali wobec nas politykę faktów dokonanych, a dalej nie było już rady, trzeba było działać. Dzięki. Ale tak naprawdę nie chciałbym osiągnąć topu w wazeliniarstwie, tylko w edukacji filmowej, więc…

Na FB ktoś umieścił zdjęcie ankiety, gdzie widniało, że „po raz pierwszy warsztaty były ważniejsze od festiwalu”. Nie zgadzam się  z tym do końca. Dla mnie filmy, które uwielbiam oglądać, to także poczucie misji w tworzeniu widza, który nie zadowoli się wysokobudżetowymi wizualnymi fajerwerkami, ale będzie oczekiwał od twórców więcej; że nie da się zmanipulować i będzie świadomy. Jak wrócę we wrześniu z techno westernem "Legenda Kaspara Hausera" Davida Manuliego z muzyką Vitalica to znowu zadziwię moich idących w zaparte kinomanów. Ale to nie pierwszy raz, zaręczam, gdy film stawał się będzie dla nas pretekstem do głębszych refleksji, bo dzięki wyjazdom na seanse NHEF staje się to normą. Dla mnie edukacja filmowa jest tym, co dzieje się na przecięciu linii, które przez wiele lat biegły równolegle, a dziś falują i krzyżują się ze sobą – nauczycielskiego powołania i fascynacji kinem. Nie zrezygnuję z tego, nawet jak będą mi wciskać, że to poza podstawą programową, przykro mi ;)



Co do naszego filmu, to oczywiście mogło być lepiej i czuję niedosyt. Niemniej pewne fragmenty są świetne. Mam trochę satysfakcji durnej, że pan , mówiący nie wprost do kamery, tak ładnie mi wyszedł, choć Maciek twierdził, że to zły pomysł, ale chciałem „obcego”, romantyka i wyszło. IMHO. Brakło chyba całościowej koncepcji, która ujawniła się w innych filmach, gdzie sfilmowano wiersze. Postawiliśmy na muzeum osobliwości, a dziś poszedłbym w filmowanie nnowohoryzontowego, wrocławskiego lata. Cenna lekcja i świetny pomysł na zajęcia ten wiersz podzielony na głosy. Mam zamiar dawać to zadanie na zaliczenie i stworzyć kolekcję tego typu filmów (jeden wiersz z danej epoki na rok). Myślę, że ten prosty, atrakcyjny przymus, zachęci do kręcenia i powstanie grupa, która się w tym odnajdzie. Najlepsze filmy chciałbym Wam pokazać.

Poza tym organizuję konkursy filmowe i w związku z tym umiejętność formułowania krytycznych ocen i dyskusje o filmach są bardzo cennym doświadczeniem, które przywiozłem z warsztatów. Nie miałem w tym doświadczenia, a przecież najważniejsze w naszym zawodzie to wiedzieć, co się mówi.  No i na koniec –  warsztaty we Wrocławiu to wyjątkowa propozycja dla nas, nauczycieli. Jaka szkoda, że tak rzadko mamy szansę na taką wymianę doświadczeń i doskonalenie. Tym większe dzięki dla Was- Karolino, Maćku, Karolu, Kamilo ( brakowało nam Ciebie). Jesteście wyjątkowi. Te kilka dni we Wrocławiu to najbardziej inspirujący dla mnie czas, który naprawdę zmienia moją perspektywę widzenia, czym może stać się szkoła. W sumie nie mam słów, żeby dziękować. Mogę jedynie planować kolejne działania, żeby to, co się zadziało, przekuć w codzienną praktykę.

PS. Jeśli znaleźliście dziwne komentarze pod swoimi filmami, to informuję, że to moja sprawka. Zrezygnowałem z planu obdarowania każdego filmu taką dziwną recenzją po tym jak kilkakrotnie zgłoszono to jako „spam”. Jeśli uraziłem – przepraszam. Miał to być żart, płynący z sympatii do Was i do tego, co zrobiliście.

sobota, 21 lipca 2012

Co Ty wiesz o Izraelu? Recenzja książki "Bałagan izraelski"


oficrec


Izrael to temat bliski, a zarazem egzotyczny. Niemal co dzień słyszymy o tym gorącym miejscu – gorącym nie tylko pod względem klimatu, ale przede wszystkim atmosfery politycznej. Nieustanne zagrożenie zamachami, które regularnie mają tam miejsce i napięta sytuacja na granicy między Izraelem i Palestyną, ogniskują uwagę ludzi na całym świecie. Staje się dziś Izrael papierkiem lakmusowym dla nastrojów panujących w polityce międzynarodowej. Historia Izraela to także w dużej mierze historia relacji polsko-żydowskich. Dlatego warto dowiedzieć się czegoś więcej o tym miejscu. I tę możliwość daje nam książka Pawła Smoleńskiego, dziennikarza „Gazety Wyborczej”, wybitnego znawcy tematyki izraelskiej – „Balagan. Alfabet izraelski”.
Nie jest to jakiś specjalnie rzeczowy przewodnik po sprawach izraelskich. Smoleński wykorzystał popularną formę alfabetu, by stworzyć zbiór ciekawych i niepozbawionych osobistych wtrętów felietonów. Warto tę książkę przeczytać z dwóch powodów – po pierwsze widać, że autor zna temat, o którym pisze wyjątkowo dobrze i jest on mu bliski; po drugie – osobista, acz dążąca do obiektywizmu perspektywa, zaproponowana w „Balaganie” daje szansę skonfrontować nasze wyobrażenia na temat problemów dzisiejszego Izraela z poglądem kogoś, kto stoi blisko i potrafi o tym „bałaganie” ciekawie opowiedzieć.
No właśnie – „balagan” to słowo brzmi znajomo i nie jest to przypadek. Jest to jeden z nielicznych przypadków, gdzie źródłem na co dzień używanego, hebrajskiego słowa jest język polski. „Balagan” to także charakterystyczna cecha egzystencji państwa Izrael, które jest niesamowitym tyglem kulturowym i politycznym. Z tego, co pisze Paweł Smoleński, wynika, że różnorodność świata hebrajskiego jest olbrzymia – od ortodoksyjnych, radykalnie religijnych Żydów, po zupełnie ateistycznych, nastawionych na rozrywkę ludzi (Smoleński pisze, że dużą tolerancją cieszy się w Izraelu społeczność gejowska, co może dziwić w zestawieniu z problemami geopolitycznymi, z którymi boryka się Izrael). Do tego dochodzi ludność muzułmańska, która z jednej strony stanowi poważne zagrożenie, z drugiej ma bardzo ważny udział w życiu izraelskiego państwa. To naprawdę bardzo skomplikowane pomieszanie sprawia, że z jednej strony ludność arabska jest poddawana represjom, z drugiej współżycie tych dwóch kultur oparte musi być na daleko idącej tolerancji – z tego, co pisze sam Smoleński, wynika, że jest to jakaś przedziwna lub, jak kto woli, perwersyjna tolerancja dla wroga. Świadomość, że obok polityki i historii żyją po obu stronach zwyczajni ludzie.
Na okładce jednego z ostatnich numerów polskiego Newsweeka znalazły się tradycyjne, „świętoobrazkowe” wizerunki Chrystusa i Maryi. Pod spodem widniał napis „Jezus! Maria! Żydzi!!!”. Ta okładka prowokacyjnie oddaje nasz odwieczny problem z kulturą żydowską, która z jednej strony jest tak nam bliska, wypływa z tych samych źródeł, z drugiej oddziela nas od niej mur trudnych doświadczeń, kompleksów i poczucia winy. Smoleński pisze o tym wszystkim w sposób lekki, przez pryzmat osobistego doświadczenia i rozmów z ludźmi stojącymi po obu stronach barykady. Nie stroni od błahych refleksji na temat wina, piwa czy kuchni izraelskiej, by po chwili pisać o historii, zamachach i intifadach. Straszny panuje w tej książce „balagan”, ale najważniejsza kwestia postawiona, to pytanie, jak wyglądałby współczesny świat bez Izraela. Smoleński, dochodząc do tej refleksji powoli i mozolnie, uświadamia czytelnikowi, że odwieczny problem z Izraelem jest także jego problemem.

czwartek, 19 lipca 2012

NH 2012

Jestem już od wczoraj. Już zdążyłem na Warsztatach odegrać scenkę i nakręcić stary, socrealistyczny budynek. Pierwsze spodobało się, drugie nie, bo nie skręciłem ludzi a w zasadzie proletariuszy. Ale to nic. Wszystko jest pięknie. A już dziś rozpoczęcie festiwalu i "Bestie południowych krain", "Miłość" tylko wirtualnie zaistniała na stronie z rezerwacjami. Nic to. "Miłość" i tak obejrzę na pewno.




19.07


Film tak bardzo, tak mocno trafiający we mnie, że przeżyłem autentyczny szok. To , co znałem z prozy Schulza, czy Hrabala, taka środkowoeuropejska wrazliwość przeniesione w świat amerykańskiego, dzikiego - w popowodziwy krajobraz Nowego Orleanu czy Florydy. Narracja , prowadzona z punktu widzenia małej dziewczynki, którą umierający ojciec przygotowuje do życiowego survivalu, to czysta poezja. Nie było w tym zgrzytów. Film wzruszający i piękny, okrutny i magiczny..
9 gwiazdki

20.07


 Legenda Kaspara Hausera (7)


Tekno od którego nie można z nudów zdechnąć, szczególnie, jeśli tańczy Vincent Gallo.
7 gwialapsus 
napisał(a) o Pokój 237 Szaleństwo nadinterpretacji. W tym szaleństwie jest metoda.

21.07



Średniowieczny post jako antidotum na współczesność.
10 gwiazdki
Film o moim dzieciństwie, młodości. W zasadzie o wszystkim. Co stało się. Po roku 90.
9 gwiazdlapsus 
Ucieczka od dostatku i spokoju w objęcia bałkańskich gieroi. Od paranoi się roi.
7 gwiazdki

22-24  Pieska odyseja (6)

Podobał mi się humor, mniej plastyka. Takie trochę powymyślane.
6 gwiazdki
lapsus lapsusdodał(a) zwiastun filmu Pieska odyseja
Zwiastun:
Jest wesoło i ciekawie plastycznie.
6 gwiazdki
lapsus lapsusnapisał(a) o Czarna krew (6)
Powolny smutek tego długiego filmu jest czarny jak tytuł tego filmu.
6 gwiazdki
Zwyczajny-niezwykły Maddin, czyli kocham kino. Tym razem w wydaniu noir i Odyseuszem w roli głównej.
7 gwiazdki

lapsus lapsusnapisał(a) o Ambasador (7)
Cynizm głównego bohatera jest arcymoralny. Wygląda, że Brugger z powodzeniem mógłby zostać handlarzem diamentami, ale woli robić filmy.
7 gwiazdki
Natalia Rolleczek jest autorką zapomnianej książki "Drewniany różaniec", poświęconej klasztornej traumie, gdzie spędziła dzieciństwo. Po II wojnie książka pani Tali została uznana za czołowe dzieło w walce komuny z Kościołem, a sama bohaterka uznana za wroga tego drugiego. Całe jej życie wypełniało pragnienie stworzenia osobistej relacji z Bogiem. Pomagała jej w tym znajomość z papieżem Janem Pawłem II, który nigdy nie potępił pani Tali tak jak jego współwyznawcy. 
7 gwiazdki
7 gwiazdki
lapsus lapsusnapisał(a) o Opóźnienie (6)
Sam nie wiem - w przeciwieństwie do "Czarnej krwi" trochę drzemałem.
6 gwiazdki
lapsus lapsusnapisał(a) o Suck (5)
Fajny Alice, fajny Iggy, fajny McDowell, ale muzyka? Chciałem metalowego, oldskulowego kopa, a dostałem heinekenowe niewiadomoco. I ten element sprawił, że film jest nijaki. Szkoda.
5 gwiazdki
lapsus lapsusocenił(a) Suck
5 gwiazdki
lapsus lapsusnapisał(a) o Holy Motors (8)
Przepyszne danie filmowe z wyrafinowanymi przyprawami z kuchni mistrza Caraxa.
8 gwiazdki
7 gwiazdki
7 gwiazdki
lapsus lapsusocenił(a) Czarna krew
6 gwiazdki
Średniowieczny post jako antidotum na współczesność.
10 gwiazdki
Film o moim dzieciństwie, młodości. W zasadzie o wszystkim. Co stało się. Po roku 90.
9 gwiazdki
9 gwiazdki





wtorek, 17 lipca 2012

Filmradar nr 6, a w nim moje "ukryte pragnienia"



Już nowy Filmradar i mój kolejny tekst obnażający. Nie wiedziałem,   że siedzi we mnie, ale widocznie wszyscy jesteśmy dotknięci. No dobra - nie będę ściemniał, dla Slaya wszystko. No ale są też inne teksty. Tymczasem udaję się do psychoterapeuty.

sobota, 14 lipca 2012

refleksja o "Piórze" Marka Nowakowskiego


Pióro. Autobiografia literacka


Mówią o nim pisarz peryferii, bo zawsze odnajdywał się na obrzeżach głównego nurtu. Nie chciał, nie dążył nigdy do integracji z literaturowymi bonzami, którzy za wygodne miejsce na prl-owskim świeczniku musieli nieraz słono płacić, a ceną tą było głównie literackie podporządkowanie. Marek nie chciał się podporządkować i chyba dzięki temu do dziś jest starszym panem w świetnej formie; nie stroniącym od alkoholu, konkretnie wódeczki, i papierosków. A umysł ma jasny i trzeźwy mimo swoich 77 lat. Mogłem się o tym przekonać naocznie, gdy po spotkaniu w częstochowskiej Bibliotece miałem okazję osobiście poznać Pana Marka i wypić z nim parę "głębszych".

W swojej literackiej biorafii "Pióro" opisuje moment, gdy jako młody chłopak wszedł w środowisko pisarzy. Był to moment pierwszej, postalinowskiej odwilży w 1956 roku. Poznajemy tutaj literackie świat Warszawy i klimat tamtego czasu. Marek nie zgadzał się na bycie służalcem żadnej z politycznych stron, jego pragnieniem było opisywanie tego, co było autentyczne. Swoją inspirację odnalazł w świecie marginesów, właśnie peryferyjnej rzeczywistości komunistycznej Polski. Nie chciał i nie umiał być pisarzem salonowym, dlatego udało mu się ocalić swoją niezależność. Nie chciał być "hłaskoidem", epigonem Marka Hłaski, bronił się przed tym, mimo że tematyka dla obu pisarzy była podobna. Szukał ludzi prawdziwych i walczył piórem o tę prawdę i o siebie. Ta postawa bardzo silnie kojarzy mi się z przesłaniem Vaclava Havla z eseju "Siła bezsilnych" - nie dać sobie zgiąć karku, "żyć w prawdzie".

Bardzo cenię twórczość Marka z tamtego okresu. Jest autentyczna i szczera, nie ma tam łatwych tez i moralizowania. Autor świetnie tez opowiada o starej Warszawie w "Powidokach" i tak samo jest w "Piórze", dlatego to udana książka. Po opublikowaniu "Raportu o stanie wojennym" Pan Marek stał się bardzo silnie identyfikowany z "Solidarnością" i prawą stroną naszego życia politycznego. Rodzi to we mnie obawę, że chociaż całe swoje pisarskie życie walczył o pozycję twórcy niezależnego, to dziś staje się przypisany do pewnej grupy, zawłaszczony przez politycznych adwersarzy obecnego rządu. Z jednej strony staje znów po tej "niewłaściwej", "niepoprawnej" stronie, z drugiej, czy jego "pióro" w tym uwikłaniu cały czas pozostaje szczere i autentyczne? Niewątpliwie gdy powraca we wspomnieniach do tego świata, który go inspirował w młodości, pozostaje jedynym w swoim rodzaju zapisywaczem tamtej Warszawy, która będzie żyła dzięki jego prozie. I, tak jak powiedział na spotkaniu w Częstochowie,  "nie chce być pisarzem wiodącym na barykady" zwolenników PiS i Radia Maryja. Tylko czy jego dzisiejsi odbiorcy myślą tak samo?

niedziela, 8 lipca 2012

Genealogia stosowana. Recenzja książki Aleksandra Kaczorowskiego "Ballada o kapciach"


Genealogia stosowana

oficrec





"Jestem nikim, a ty kim?” pisała Emily Dickinson (znam to z przekładu i wykonania Maleńczuka, kiedyś ambitnego). Nikt nie chce być „nikim z nikąd”. Szukamy swoich korzeni, tworzymy genealogie własnych rodów, aby udowodnić sobie i światu, że nasze korzenie czynią nas kimś wyjątkowym. Chyba jest w tych heraldycznych poszukiwaniach jakaś nieciekawa inklinacja do tego, aby być wartościowym za darmo. Ot – któryś z przodków zrobił coś dobrego, więc jest powód do dumy. A potem znów okazuje się, że to bohaterstwo było podszyte podłością. Albo, że ten herb został kupiony nie tak dawno przez naszego chłopskiego przodka. To tak jak z polską reprezentacją – chcielibyśmy, żeby nasi protoplaści wygrali za nas mecz, a oni pokazują nam figę. Tak jak Aleksander Kaczorowski – autor zbioru esejów „Ballada o kapciach” – swoje dumne nazwisko ze szlachecką końcówką „–ski” wywodzi od prozaicznego Kaczora.

Kaczorowski zaczyna od rodowej legendy, wedle której jego praszczur woził bryczką właściciela lombardu, który żył z wyzysku okolicznej biedoty. Żaden z niego powstaniec, bohater narodowy. Co gorsza – z każdym krokiem autor brnie dalej w tę autokompromitację i zdaje się, że sprawia mu to masochistyczną radość. Opowiada o Sochaczewie, skąd pochodzi, nie jak o miejscu wyjątkowym, ale jak o ostatniej dziurze, gdzie diabeł mówi dobranoc. Plejada przodków w „Balladzie o kapciach” miele się w jakimś przedziwnym korowodzie, który gubi się, rozgałęzia i traci wątek, że nie wiadomo, czy ta krewna z Ameryki to ciocia czy koleżanka cioci. Cała ta rodowa megalomania zostaje sprowadzona do poziomu tytułowych kapci, przysłanych z Ameryki. Wszystko to nie czyni lektury lekką, bo nie sposób prześledzić rodzinnych koligacji, pourywanych i niedokończonych. Czyni to nasze czytanie czymś zbędnym, bo po co słuchać o tak banalnych, często niechlubnych losach? A może jednak warto?
Dwa następne eseje, poświęcone Żyrardowowi i Grodziskowi
Mazowieckiemu, są o wiele bardziej zwarte. W pierwszym Kaczorowski przypomina o słynnej w Dwudziestoleciu „aferze Boussaca”, gdzie szkodzącymi Polsce finansowymi manipulacjami wyprowadzono z kraju potężne pieniądze, a działo się to za aprobatą i ze współuczestnictwem wielu wybitnych postaci polskiej polityki. Autor mierzy się w tym tekście z idyllicznym mitem przedwojennej Polski, ale także, w kontekście postaci socjalisty Pawła Hulki-Laskowskiego, przedstawia chlubne postawy ludzi lewicy, walczących z malwersacjami. To ważny i aktualny tekst, gdy widzimy dziś, jak agresywny liberalizm nie zważa na interes publiczny i dzieje się to często za sprawą polityków.
Ostatni tekst to „Ballada o Grodzisku”, w którym Kaczorowski porusza problem antysemityzmu. Autor chce się tutaj zmierzyć z mitem czystych polskich rąk, ale nie jest to rozprawa rodem ze „Złotych żniw”. Bazując na pamiętnikach Stanisława Rembeka (autora „Nagana” i szczerego do bólu „Wyroku na Franciszka Kłosa”), pisarz przedstawia w tym mrocznym tekście źródła aprobaty dla niektórych działań hitlerowców; wskazane zostają tutaj powody, dla których polityka III Rzeszy mogła przez jakiś czas odnosić tryumfy nie tylko w Polsce, ale w całej Europie.
„Ballada o kapciach” to rozprawa z samym sobą, rozprawa z mitem o szlachetnych, walecznych Polakach, bijących się „za wolność waszą i naszą”. Nieciekawy obraz polskiej prowincji, wyłaniający się z esejów Kaczorowskiego, to konfrontacja z funkcjonującym w naszej kulturze sielankowym fałszem – autor pokazuje nam nie tylko brud polskich podwórek, ale i brud polskich serc. Oczywiście – możemy żyć wyobrażeniami o wspaniałych, sarmackich korzeniach, upatrując w tej iluzji źródeł samozadowolenia i poczucia wartości. A może warto się oczyścić, stanąć w prawdzie i samodzielnie zawalczyć o godność własną – bez oglądania się na narodowe mity i kompleksy.

środa, 4 lipca 2012

Niesformatowany. O książce "Broniewski. Miłość, wódka, polityka"


Niesformatowany



"Mnie ta ziemia od innych droższa"

Czy to biografia profesjonalna, udokumentowana źródłami? Raczej opowieść o poecie. Pełno tutaj anegdot, wypowiedzi o twórcy, a wszystko układa się w historię jednego z najwybitniejszych polskich poetów. Polskich - to trzeba podkreślić, bo obraz Władysława Broniewskiego, jaki wyłania się z książki Mariusza Urbanka, to wizja człowieka posiadającego jedną prawdziwą miłość - Polskę.

"W moim oknie pole i topole,
i ja wiem, że to właśnie - Polska."

Dziś bogoojczyźniany patriotyzm skazuje na banicje wszelkiej maści lewicowych twórców. Niegodni oni stać w panteonie literackich bogów. Dostało się Miłoszowi nawet, dostało się Szymborskiej. Jest to pytanie o prawo do dokonywania wyborów. Czy mamy prawo do głoszenia własnych poglądów? Jak oceniać autora poematu "Słowo o Stalinie"? Czy poeta ma prawo być ślepy? Urbanek w swojej książce - opowieści biograficznej o Broniewskim - pokazuje jak wielowymiarowa to postać, jak trudno wcisnąć postać Broniewskiego w wyznaczone mu przez historię literatury miejsce.

"przecież nawet mury więzienia
obrastają poezją jak pnączem"

W pewnym momencie stał się "poetą wyklętym", poetą niechcianym, zausznikiem partyjnych kacyków. Jego poezja obowiązkowo recytowana była na wszystkich akademiach "ku czci". Musieliśmy słuchać, jak Broniewski kłania się rewolucji pażdziernikowej. A przecież to był legionista Piłsudskiego, walczący w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku; więzień sanacyjnej Polski, któremu jego przyjaciel Wieniawa posyłał paczki do więzienia; więzień stalinowskiego reżymu; żołnierz generała Andersa; w końcu komunista. Ale czy poeta-komunista? Urbanek w swojej książce udowadnia, że komuniści zarzucali Broniewskiemu brak politycznego zaangażowania. Odpowiadał jak na poetę przystało, że sztuka nie może podlegać rozkazom. Dla Broniewskiego komunizm był szczerym aktem sprzeciwu wobec niesprawiedliwości, na którą się nie godził i jako taki stanowił źródło poetyckiej inspiracji. Potem było wielkie rozczarowanie stalinizmem w czasie wojny i rola komunistycznego wieszcza zniszczonego alkoholem. Właśnie te paradoksy stanowią o wartości książki o Broniewskim. To poeta, który szukał ideologicznych inspiracji, ale nigdy nie sprzedał swojej poezji. Dlatego mógł świecić nieskazitelnym blaskiem, gdy posadzono go na peerelowskim świeczniku. Bo jego poezja była czysta jak kryształ.

"o tym wszystkim, com czuł i kochał,
o tym wszystkim, czegom nie wyspiewał."

Bo wiersze Broniewskiego to przede wszystkim cudowna liryka, płynąca z miłości. Rzadziej z miłości do kobiety, częściej z miłości do ojczyzny. To Polska była jego jedyną inspiracją. W tych wierszach cały czas szumią brzozy, wierzby, topole. Chciał być pochowany na wzgórzu pod takim drzewem, ale to życzenie nie zostało spełnione. Musiał spocząć w alei zasłużonych. Dzisiaj, kiedy społeczna niesprawiedliwość staje się coraz bardziej oczywista, gdy słowo "ojczyzna" staje się nikomu niepotrzebnym reliktem, właśnie jego poezja może stać się przypomnieniem o tym co dla nas, Polaków, powinno być ważne. Spuścizna Broniewskiego to wielka narodowa liryka poety, walczącego i pragnącego żyć w kraju, gdzie nie ma podziałów , gdzie każdy może żyć godnie.