Dom (zly)

Dom (zly)

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Ian Anderson w Zabrzu - prywatna relacja z Domu Muzyki i Tańca 24sierp12

To zdjęcie bez Dariusza. Jeszcze chwila do koncertu, na którym usłyszymy Thick as a Brick 1i2 w wykonaniu Iana A. i spółki. Ian nie udaje, że to Jethro Tull w oryginalnym składzie. I chyba dobrze. Najważniejsze, że muzyka obroniła się sama i brzmiała tak samo świeżo i genialnie, jak 40 lat temu.
A to już z Dariuszem. Teraz Wojtek pstrykał. Jak widać - lekko skacowani, ale zadowoleni. Historia Geralda Bostocka, bohatera koncept albumu "TAAB", została "podbita" inscenizacją teatralną w duchu absurdalnego, angielskiego poczucia humoru. Ten element jest widoczny w wielu momentach utworu, ale dopiero na scenie, widząc niesamowitą mimikę Iana i przedziwną choreografię z jego znakiem rozpoznawczym, czyli wykonywaniem partii fletu na jednej nodze, można było dobrze poczuć tę ironiczną wymowę i dystans.
Oto i sam główny bohater. Ale dzielnie wspierał go aktor Ryan O'Donnell, który tworzył, jako alter ego samego Iana, pomost między TAAB 1i 2. Wyszło wspaniale. Można było się obawiać, że Ryan swoim występem wprowadzi element obcy duchowi utworu, ale nic z tego. Doskonale uzupełniał Iana wokalnie, a przede wszystkim aktorsko, nadawał całemu przedstawieniu wiele młodzieńczej świeżości i humoru.
 
A to ci dwaj panowie jako świetnie uzupełniający się duet. Aktor zagrał w jednym filmie, który jest w bazie IMDB pt "Stworzenie, czyli jak to było poza początkiem", gdzie Jezus, Michał, Gabriel i Lucyfer  opowiadają o historii stworzenia świata. Ryan gra Jezusa. I chyba nie jest dziwne, że Ianowi przypadło to do gustu. Tu link do strony filmu na IMDB http://www.imdb.com/title/tt1776141/.
Nie będę rozpisywał się o stronie muzycznej. Było naprawdę energetycznie i świeżo. TAAB 1 nic się nie zestarzał, tak samo jak nie zestarzał się Ian, który szalał bosko na scenie. TAAB2 nieco mniej porywał, ale pamiętajmy, że pierwsza część była tak perfekcyjna muzycznie, że nieosiągalna. Niektórzy zarzucają Jethro archaiczność, a partie fletu uznają za śmieszne udziwnienie. Dla mnie brzmiało to oryginalnie po prostu, coś jak charakter pisma. Bez tego nie ma całej poetyki Andersona, która jest przecież także kreacją błazna i minstrela. Owa archaiczność tworzy dystans i tworzy autorski wyraz. Upatruję w tym elemencie właśnie uniwersalnej właściwości tej muzyki, która wykracza poza konwencję zwaną rockiem progresywnym.

Na koniec bis i szaleńcze wykonanie "Locomotive Breath" z płyty "Aqualug" i pełnia szczęścia i emocji. Publika ruszyła z miejsc i podeszła pod scenę, na której prym wiódł mistrz. Po koncercie Ian przez godzinę rozdawał autografy, a towarzyszyli mu wszyscy muzycy. Poniżej obdziela swym podpisem Pana Olafa, największego fana Jethro spośród nas i sprawcę głównego całej wyprawy.



Cóż mogę dodać - wspaniały spektakl, wspaniała muzyka, która obroniła się przed upływem czasu. Niby koncert z tych kameralnych (1400 osób), ale brzmiało wszystko perfekcyjnie i można się było podjarać każdym dźwiękiem. Po oczach Jacka, czyli JJ-a, który dołączył do nas na dzień przed koncertem, widziałem, że nie spodziewał się takiej mocy muzycznych wrażeń, a on stały bywalec i koneser progresu, wybredny jest jak mało kto. Tym większa radość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz