Dom (zly)

Dom (zly)

wtorek, 31 grudnia 2013

Książki 2013

Wciąż śmierdzi malizną, ale oczy już nie te
1.

2.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Filmy 2013

Rok ciężki, filmów mało,  30 razy tylko do kina się udało. Początek wyliczanek, na razie bez podsumowań.

Filmy kin-owe 2013

http://filmaster.pl/film/metallica-through-the-never/ - metallica
http://filmaster.pl/film/la-leggenda-di-kaspar-hauser/ - Legenda Kaspara Hausera
http://filmaster.pl/film/pieta/ - Pieta
http://filmaster.pl/film/w-imie/ - W imię
http://filmaster.pl/film/sierpniowe-niebo-63-dni-chwaly/ Sierpniowe niebo
http://filmaster.pl/film/jestes-bogiem/ - Jesteś bogiem
http://filmaster.pl/film/dziewczyna-z-szafy/ - Dziewczyna z szafy
Drogówka http://filmaster.pl/film/drogowka/
Nowe Horyzonty
http://filmaster.pl/film/rubbers-lover/ - Rubbers lover
http://filmaster.pl/film/devochki/ -Dziewczyny
http://filmaster.pl/film/okhota-na-zajtsev/ - Polowanie na zające
http://filmaster.pl/film/mamochki/ Mamuśki
http://filmaster.pl/film/foudre/ Błyskawica
http://filmaster.pl/film/norte-hangganan-ng-kasaysayan/ Norte
http://filmaster.pl/film/leviathan-2012/ Lewiatan
http://filmaster.pl/film/the-apiary/ Pasieka
http://filmaster.pl/film/larzanandeye-charbi/ Fat shaker
http://filmaster.pl/film/goltzius-and-the-pelican-company/ Glotzius i Pelican company
http://filmaster.pl/film/plynace-wiezowce/ Płynące wieżowce
http://filmaster.pl/film/hitler-ein-film-aus-deutschland/ Hitler
http://filmaster.pl/film/computer-chess/ Computer Chess
http://filmaster.pl/film/vic-et-flo-ont-vu-un-ours/ Vic i Flo

http://filmaster.pl/film/los-amantes-pasajeros/ Przelotni kochankowie
http://filmaster.pl/film/now-you-see-me/ Iluzja
http://filmaster.pl/film/quartet/ Kwartet
http://filmaster.pl/film/crulic-drumul-spre-dincolo/ Droga na drugą stronę
http://filmaster.pl/film/amour/ Miłość
http://filmaster.pl/film/sightseers/ Turyści
Wałęsa, człowiek z nadziei http://filmaster.pl/film/walesa-czlowiek-z-nadziei/

wtorek, 10 grudnia 2013

Wolna Ukraina! Geneza buntu.

Najpierw była euforia. 15. listopada, w pierwszym meczu barażowym Ukraina spuściła manto francuskim gwiazdorom futbolowym 2:0. Była o krok od mundialu, jak głosiły media wszelakie. Cztery dni później odbył się rewanż i 3:0 dla trójkolorowych.

Szok.

Niecałe dwa tygodnie później lud, który nie mógł uwierzyć w utraconą szansę, wychodzi na ulice i skanduje antypaństwowe hasła. Pretekstem jest sprawa akcesu do Unii Europejskiej. Błąd Janukowycza polegał na braku kontroli nad wynikami piłkarzy. Gdyby drużyna Błochina przegrała już w pierwszym meczu 3:0, nie byłoby problemu.

W tym kontekście widzimy mądrość polityki Tuska, który wprowadził na stanowisko najbardziej nieudolną ministrę w dziejach Muchę. Po odtańczeniu "Koko euro spoko" rząd, który wywalił miliardowe kwoty na stadiony i organizację imprezy, mógł spokojnie śledzić porażki reprezentacji. Frustracja i marazm wygenerowały depresyjny nastrój Polaków po Euro 2012. Tu nic nie może się udać - myśleliśmy, myślimy, będziemy myśleć.

Reprezentacja Ukrainy dała nadzieję, a potem straciła sportowy awans. Nadzieja w ludziach szukała ujścia. Na tej nadziei wyrósł nowy lider - Kliczko, kolejny symbol sportowego zwycięstwa. A Janukowycz, rozerwany między Unię a Putina, ma problem.

Jak to dobrze, że nasza reprezentacja tak strasznie partaczy. Jak to dobrze, że nasz rząd partaczy. Dzięki Bogu my nie mamy już żadnej nadziei i możemy spokojnie gapić się na transmisje na żywo z Kijowa. Dzięki Don, dzięki Radziu.

piątek, 6 grudnia 2013

Recenzja powieści Jana Jakuba Kolskiego "Dwanaście słów" - wyd. Wielka Litera

oficjalna recenzja

Z perspektywy antychrysta




„12 słów” Jana Jakuba Kolskiego to powieść rozdarta – rozdarta między czcią a bluźnierstwem, między religią a mrokiem beznadziei, między chrześcijaństwem a pogaństwem. W tym przedziwnym, onirycznym romansie żądze pokonują ramy zdrowego rozsądku i obnażają hipokryzję norm społecznych. Kolski, jak na wielkiego artystę przystało, mierzy się w tej książce ze swoimi najmroczniejszymi obsesjami i wciąga czytelnika w wir ludzkiej psychiki.
\
Marianna należy do zakonu boromeuszek, jest obsesyjnie, wręcz namiętnie oddana Chrystusowi. Wkrótce opuszcza klasztor i spotyka na swojej drodze Fryderyka, tajemniczego nauczyciela muzyki w niewielkiej miejscowości. Dwoje ludzi łączy nić porozumienia – oboje mają za sobą traumatyczne przeżycia, które nie pozwalają im uwolnić się od przeszłości. Do Fryderyka cały czas powracają trudne doświadczenia z młodości spędzonej w Afryce, przed którymi stara się uciec, ale mroczna historia rodem z "jądra ciemności" domaga się dopełnienia. Marianna wchodzi w rolę, która pozwoli przejść obojgu przez labirynt głęboko skrywanych tajemnic.

Kolski w swoich późniejszych filmach, gdzieś tak od „Pornografii”, coraz częściej powraca do koncepcji ludzkiego życia jako egzystencjalnego teatru, w którym ważną rolę odgrywają osoby,  pełniące rolę reżyserów. To oni z jednej strony bawią się ludźmi, realizując własne scenariusze, z drugiej zaś biorą na swe barki olbrzymi ciężar odpowiedzialności za ich los. W „Pornografii”, ale i w innych dziełach Gombrowicza, owo zrównanie bohatera z bóstwem jest ewidentne. W ostatnich dziełach Kolskiego widoczna jest fascynacja właśnie tym  tematem. Zaryzykuję stwierdzenie, że ma to źródło w osobistych dylematach autora, związanych z jego reżyserską profesją. Jest to zawód uzurpujący sobie prawo do igrania ludzkim losem, co może rodzić pokusę diabolicznej pychy.

Odgrywanie ról może być jednak także formą psychoterapii. Już u zarania teatru widz przeżywał uczestnictwo w tragedii jako własne doświadczenie, by oczyścić swą duszę ze zalegających złych emocji. Potraktujmy zatem „Dwanaście słów” nie jak obrazoburczą i prowokującą prozę, ale jak dzieło zwracające się ku istocie sztuki – doznania głębokich stanów emocjonalnych, które pozwolą odbiorcy na posprzątanie swoich podświadomych lęków i obsesji. „Dwanaście słów” nadaje się ku temu doskonale, bowiem utkana jest z religijnych wyobrażeń, mitów i archetypów, które reprezentuje tutaj afrykańska historia Fryderyka.

Mógłbym się dopatrywać wad tej książki. Że Kolski nie jest pisarzem, że to widać, że scenariuszowy przebieg dialogów zmusza czytelnika do filmowego myślenia. Myślę, że języki i indywidualne mowy bohaterów są wyraziste i dobrze współgrają, ale to chyba zasługa myślenia scenariuszowego, bo jednak funkcja opisowa została tu mocno zredukowana, co nigdy literaturze nie robi dobrze, gdyż to właśnie opis tworzy klimat opowieści. Jeśli jednak przymkniemy oko na ten niewątpliwie ważny element literackiego rzemiosła, to zobaczymy jak istotnym i oryginalnym dziełem jest „Dwanaście słów”.

Czytając cały czas kojarzyłem sobie powieść Kolskiego z obrazami z „Antychrysta” von Triera. Nie wiem, czy dobrze odczytałem intencje autora, ale mroczny, szatański urok Fryderyka i silna emanacja pierwiastka kobiecego, który chce zdominować męski, była dla mnie najistotniejszym elementem. Kolejnym motywem łączącym te dwa dzieła jest tragiczna przeszłość bohaterów, skazująca ich na szaloną podróż w głąb podświadomości. I ta natura, która nie daje spokoju, która wciąga, która wyciąga z nas, co pierwotne.

Ciekaw jestem, czy Jan Jakub Kolski przeniesie kiedyś na ekran swe najbardziej obrazoburcze dzieło, które łączy jego wczesną fascynację magiczną siłą natury z późniejszymi mrokami „wieku męskiego”? Czy jest możliwe, żeby taki film w ogóle powstał? Czy byłby równie wybitny jak książka?

czwartek, 21 listopada 2013

Recenzja powieści "Ostatnie rozdanie" Wiesława Mysliwskiego - wyd. Znak





Życie jest sztuką pamięci

Notes. Dziś przedmiot nieco anachroniczny, zastąpiony przez elektroniczne nośniki danych. W „digiświecie” nawet taki notes zbyt wielki, a w dodatku się rozlatuje. „Ostatnie rozdanie” jest także książką nieco anachroniczną. Wiesław Myśliwski zachowuje się tak, jakby obce mu były wszelkie przepisy na bestseller, ignoruje wszelkie powieściowe zasady, a przede wszystkim - o zgrozo - pisze książkę o rozlatującym się notesie. Boże, dzięki Ci za Wiesława Myśliwskiego i jego twórczość! I za to, że mogłem przeczytać jeszcze jedną jego powieść!

Z takich modnych ostatnio określeń wpada mi w związku z tą książką takie - „slow reading”, coś na wzór „slow food”, że zamiast się spieszyć, zwalniamy, żeby móc się lepiej skoncentrować. W wypadku książki Wiesława Myśliwskiego to sama powieść skłania czytelnika do takiego właśnie „powolnego czytania”. Czyżby nestor polskiej epiki był paradoksalnie arcynowoczesnym, doskonale wyczuwającym tendencje na rynku księgarskim, graczem?

Powyższy trop wcale nie jest wcale tak irracjonalny, jak mogłoby się z pozoru wydawać. Sam tytuł nawiązuje do gry w karty - „Ostatnie rozdanie”. Narrator, człowiek, o którym dowiadujemy się w trakcie powieści całkiem wiele, a jednak cały czas nie wiemy nic, grywa w pokera niemal zawodowo, choć najważniejsze są te partie, które rozgrywa z szewcem Mateją o marne stawki. To one są symbolem przemijania i pozornie zmarnowanych chwil, które w ogólnym rozrachunku okazują się najważniejsze. Podobnie jak symboliczne jest prucie odzieży, któremu nasz bliski i nieznajomy zarazem bohater oddaje się, ucząc się krawiectwa w zakładzie Radzikowskiego.

Bohater odniósł sukces. Powinien być z siebie zadowolony. Nie jest. Rozpadający się notes mówi mu o wszystkim, czego w życiu nie zrobił, o tym jak mało ważne są rzeczy, do których tak wielką wagę na co dzień przywiązywał. Czas przepływa nam przez palce, a my nie umiemy dostrzec tego, co istotne. Nie potrafimy zrozumieć sami siebie, a co dopiero świata, który nas otacza. Nie mniej wszystko jest ważne. Czasem prosty gest wart więcej niż kariera, sława, sukces. Tylko jak zrozumieć tę banalną w sumie prawdę?

Piękny jest u Myśliwskiego wątek miłosny, który jest miłosny, a jakby całkiem obok tej miłości. Jakby ta miłość była czymś niemożliwym, jakby prawdziwa miłość była tylko marzeniem o niej, jakby jej istota płynęła z niemożliwości zaistnienia, jakby samo życie sprowadzało ją do funkcji czegoś pośledniejszego, biologicznego, społecznego, wszystkiego co skazuje ją na niespełnienie. Wzajemne przyciąganie i odpychanie pierwiastka męskiego i kobiecego. I może wydawać się to strasznie staroświeckie, niemodne, wytarte, ale sposób, w jaki mówi o tym Myśliwski jest tak cudownie anachroniczny, że aż wyjątkowy, dziś już niespotykany. Jakbyśmy zdążyli już z tą nieszczęsną miłością zrobić już wszystko, ale nie to, co powinniśmy.

Powieść Myśliwskiego to notes, zbliżenia, skojarzenia i dygresje. Ledwie ujdziemy kilka kroków do przodu, zaraz musimy wracać, zbaczać, wchodzić w boczne uliczki naszego życia. Kluczymy w tym modnym dziś „slow reading” we wszystkich kierunkach nie więcej niż 50 stron dziennie. Razem z bohaterem wahamy się i podejmujemy decyzje, które i tak okazują się bez znaczenia. „Ostatnie rozdanie” to głównie powieść o działaniu ludzkiej pamięci, bowiem tylko ona pozostanie z nami do samego końca.

sobota, 16 listopada 2013

Recenzja książki "Zasady śmiesznego zachowania" Emila Hakla - wyd. Afera

I
                                                                                
                                                               oficjalna rycerzja

O ZASADACH I KWASACH ŚMIESZNOŚCI

Ach, ci niepoprawni Czesi! Tylko by się śmiali! I to z takich poważnych spraw jak śmierć! Kpiny sobie robią zamiast znicze palić! Piszę te słowa 1 listopada koło południa. Jest ładna pogoda. Słonecznie. Zupełnie nielistopadowo.  A najładniej jest tego dnia na cmentarzach. Dużo ludzi. A najładniej jest wieczorem. Zawsze na cmentarz chodzę po zmroku. Jak płoną znicze. Podobno Czesi nie lubią cmentarzy, pogrzebów. Pisał o tym Szczygieł  w jednym z felietonów. Podobno Czesi nie lubią śmierci. Ale chętnie o niej piszą. Pisze o niej na przykład Emil Hakl w swej powieści „Zasady śmiesznego zachowania”. Chwila przerwy – dla nastroju oglądam na fejsie groby wielkich pisarzy. Najładniejszy jest ten Hrabala.
Poczytałem sobie o odbiorach tej książki, że to niby o niedojrzałości. I tak pomyślałem, że wszystkie powieści, które mi się podobają, mają niedojrzałych bohaterów. Bohaterem jest facet koło pięćdziesiątki – w zestawieniu z ową niedojrzałością trudno sobie wyobrazić coś bardziej zniechęcającego... Poznajemy go na paralotni, gdzie bujając w obłokach – w przenośni i dosłownie – snuje wewnętrzny monolog rozdarty między przeszłością a niepewnością ludzkiego losu. Druga część, tytułowe „Zasady śmiesznego zachowania”, to doświadczenie choroby, cierpienia i umierania, które jest związane z odchodzeniem ojca. Ostatnia część tryptyku to trzech panach w łódce nie licząc prochów ojca, które wedle ostatniej woli zmarłego mają zostać rozsypane w morzu – jak na prawdziwego Czecha przystało jest to marzenie o dostępie do morza – jeśli nie za życia, to przynajmniej przez wieczność.
Śmieszność jest u Hakla podstawowym sposobem patrzenia na świat. Jest także mechanizmem samoobrony przed bezsensem istnienia. Pokazując absurdalność zmagań ze światem, autor ten mroczny świat rozbraja. Hakl pokazuje śmieszne miłości, śmieszne śmierci i w gruncie rzeczy śmieszne życia. Cała groza i dramatyzm naszej egzystencji bierze się z wagi, jaką do niej przywiązujemy. Cierpienie jest zatem efektem egocentryzmu, jakiegoś masochistycznego podniecania się samym sobą zawieszonym w próżni. Zapominamy tym samym, że nasza cywilizacja to tak naprawdę piramida miliardów ludzkich prochów, które pozostały po naszych przodkach. Można zatem popłakać sobie, że to wszystko takie bez sensu, ale może lepiej się z tego  pośmiać. Okazuje się wtedy, ze bycie ma sens, bo chwile radości są bezcenne. Ceną, jaką za takie znieczulenie się płaci  jest notoryczna niedojrzałość. No bo na co się wcielać, dorastać, przejmować? Radosny nihilizm to w końcu jakieś wyjście.
Hrabal kiedyś napisał, pewnie kogoś cytując, jak to miał w zwyczaju: „Czesi to śmiejące się bestie”. Te „bestie” potrafią śmiać się zarówno z siebie, jak i z tych wszystkich „śmiertelnie” poważnych tematów. Hakl pięknie wpisuje się w tę groteskową tradycję, dlatego jest to książka, która nie zawiedzie amatorów czeskich smaków. Warto podkreślić staranność edytorską wydawnictwa „Afera”, bo ICH książki są po prostu pięknymi przedmiotami – szczególnie książki Hakla i Hulovej na półkach księgarskich, mimo skromnych rozmiarów, prezentują się wyjątkowo. Warto powiedzieć, że odważne tłumaczenie Julii Różewicz pozwoli nam przejechać się po wewnętrznym świecie głównego bohatera w stylu godnym najlepszych zjazdowców świata, a wyobrażam sobie, że nie było to łatwe zadanie.