Dom (zly)

Dom (zly)

środa, 13 lutego 2013

Recenzja książki Szymona Hołowni "Last minute"


Moje rekolekcje AD 2012

oficrec

Kiedyś niezwykłym wyczynem było pokonać glob w 80 dni – pamiętamy powieść Verne'a. Dziś wystarczą raptem 24 godziny. Żyjemy coraz szybciej, a tempo najnowszej książki Szymona Hołowni, „Last minute. 24h chrześcijaństwa na świecie”, pokazuje nam pewien paradoks – otóż pragniemy coraz większej ilości bodźców, sportów ekstremalnych, bicia rekordów w skokach spadochronowych i zejścia w największe głębiny, ale to zawrotne tempo przybliża nas coraz szybciej ku nieuchronnemu. Czy w tym kołowrocie nie zatracamy czegoś ważniejszego od chwil uniesień?
Najnowsza książka Szymona Hołowni to podróż w najodleglejsze zakątki świata, by odszukać najmniejsze drgnienia pulsu chrześcijaństwa. Zwiedzimy zatem Filipiny, egzotyczne zakątki Papui Nowej Gwinei, zobaczymy jak funkcjonuje religia chrześcijańska w Australii, na wyspie Guam, czy w Hondurasie. Podróże Szymona Hołowni to także galeria ciekawych postaci, które za życiową drogę obrały życie i słowo Chrystusa. Mamy zatem spotkanie z kandydatem do papieskiego tronu - kardynałem Madriagą, księdzem US Navy, byłą polską siatkarką, która obecnie zajmuje się tłumaczeniem Biblii dla papuaskich plemion, polskim księdzem w Turkmenistanie, gdzie liczba wiernych katolików nieco przekracza sto osób, w końcu z koptyjką Miriam, na którą w Egipcie wydano wyrok śmierci za zmianę wyznania.
Szymon Hołownia w swoich książkach ma świadomość potrzeby atrakcyjnego przekazu dla ważnych treści – tak było w „Monopolu na zbawienie”, tak jest też w „Last minute. 24h chrześcijaństwa na świecie". W najnowszej książce ujrzymy naprawdę fascynujący kolaż geograficzno-kulturowych opisów, rozmów, które są według mnie najistotniejszą częścią książki, własnych refleksji oraz fotografii i ilustracji wspaniale ubogacających tę wielce oryginalną podróżniczo-reporterską książkę. I tylko jedna rzecz w tym atrakcyjnym formalnie wymiarze książki zdaje się niepokoić czytelnika – czy tytuł „Last minute” odnosi się do sytuacji religii chrześcijańskiej na świecie?
Coś w tym jest. Nie ma w książce Hołowni tryumfalnej wizji Wielkiego Światowego Kościoła. Czasem jest tego Kościoła bardzo mało, jak w Turkmenistanie czy Australii. Ale jest w tej książce przeświadczenie, że ilość nie przechodzi w jakość, że żywym świadectwem tego Kościoła są ludzie, którzy nie oglądając się na dyskusje, opinie, stanowiska, czynem świadczą o tym, czym jest przesłanie Chrystusa w XXI wieku – świadczą to nieraz ciężką pracą, poświęceniem, ale przede wszystkim radością, wynikającą z nadziei, jaką daje przesłanie Ewangelii. Co więcej – chrześcijaństwo według Hołowni nie ma tylko katolickiego oblicza, a rozmowa z Matką Olgą z prawosławnego klasztoru w Bussy to wg mnie jeden z najpiękniejszych fragmentów książki (o tym, że Hołownia potrafi wzruszać, wiadomo nie od dziś).
Szymon Hołownia musiał objechać świat dookoła, żeby pokazać polskim czytelnikom, że chrześcijaństwo to nie tylko Ojciec Rydzyk i Rodzina Radia Maryja, nie tylko ognie piekielne, przed którymi ocalić nas może jedynie egzorcyzm księdza Natanka, że podróżujący chrześcijanin to nie tylko zacięte rysy i wypowiedzi Wojciecha Cejrowskiego i że w ogóle to nie warto rozmawiać. Czytając tę książkę możemy wyjść poza fałszywą perspektywę naszego grajdołka i zrozumieć, że chrześcijaństwo to słowa, ale przede wszystkim czyny milionów ludzi dobrej woli, dających świadectwo przesłaniu Ewangelii.

czwartek, 7 lutego 2013

Kultura hejtu1. Czytaj-podrywaj - kilka słów o wczorajszej zadymie


Kultura hejtu

Szum związany z tym filmem jest nieludzki. Nieludzki nie tylko dlatego, że duży, ale to już istne chłeptanie młodej, niewinnej krwi. Takimi ofiarami są autorzy, a w zasadzie autorki spotu „Czytaj – podrywaj”, promującego szlachetną ideę czytelnictwa poprzez erotyczną zachętę.

Podstawowa zasada brzmi „przywalić”. Ale komu? No przecież – idealistom, miłośnikom literatury, Franza Kafki i Anny Kareniny. Im ofiara niewinniejsza, tym nienawiść przyjemniejsza – mówi stare hejterskie porzekadło.

Nie wiem , z jakiej okazji powstał ten wdzięczny filmik, mniejsza z tym. Ważny jest cel, jakim jest promocja czytelnictwa. I to nie byle jakiego czytelnictwa, ale literatury z „najwyższej półki”. Dziewczyna mówi o Tołstoju i Kafce, chłopak z usterką czyta potężne tomisko Herberta.

I to wkurza. Niech się ktoś odważy wspomnieć powyższe nazwiska, a już jest skazany na lincz, w sytuacji, gdy miażdżąca większość ma poglądy drugiego chłopaka bez usterki – typowego troglodyty, nieokrzesanego chama, który gardzi Tołstojem i Kafką, a co dopiero Herbertem. Tenże reprezentuje społeczeństwo konsumpcyjne – nie chce rozmawiać o literaturze, wali otwartym tekstem, że guzik go to obchodzi, że jak mawiają nieokrzesani młodzi ludzie, ma on „centralnie wyrąbane na to wszystko” i tylko marzy mu się zaspokojenie chuci gdzieś pokątnie, na imprezie.

Wymowa spotu jest zatem jasna i konkretna – dziewczyna wybierze chłopaka z usterką i Herbertem. Sama przysiądzie się do jego stolika, pozostawiając bezradnego chłopaka bez usterki i bez seksu. Natomiast rozpoczety dialog na temat czeskiego pisarza , Franza Kafki, ma szansę zaowocować długimi rozmowami na temat, z szansą na łóżkowy happy end.

Dziewczyna wie, co dobre. Wie, że „skóra, fura i komóra” nie zastąpią jej długich, wieczornych rozmów o Tołstoju, zamiast podskakiwania w rytm „Ona tańczy dla mnie” na sobotniej dysce. Współczesna Lotta wybierze frika Wertera zamiast uziemionego w materializmie Alberta.

I to was tak drażni, hejterzy! Czujecie, że kończy się czas beztroskiej konsumpcji, że trzeba będzie ruszyć tyłek i iść do biblioteki, nauczyć się wypełniać rewersy, dowiedzieć się, co to znaczy sygnatura, przeglądać katalogi i literackie czasopisma. I to powoduje, że na forach toczycie pianę nienawiści na Bogu ducha winnych krakowskich studentów.

Ja tymczasem ładuję do plecaka „Finneganów tren” , „Ulissesa” , trzy pierwsze tomy „W poszukiwaniu straconego czasu”, „Ziemię jałową”, Pereca i Rilkego i ruszam do najbliższej kafejki. Coś czuję, że będę miał branie!