Dom (zly)

Dom (zly)

środa, 22 maja 2013

Recenzja książki Andrzeja Czyżewskiego "Piękny dwudziestoletni" - biografia Marka Hłaski

                                                                oficjalna LC recenzja
                                                                             

Wybielanie Marka Hłaski



Pamiętam film dokumentalny poświęcony SPATiF-owi. Jerzy Urban, wspominając w nim Marka Hłaskę, opwiadał dosyć smutną anegdotę: pijany Hłasko przyprowadził do lokalu dziewczę, której wcześniej obiecał małżeństwo. Gdy rozkręcił się towarzysko, zapomniał o swojej partnerce, a gdy ta odnalazła go w końcu, udał, że jej nie poznaje i dodatkowo zbluzgał najgorszymi słowy, wśród których to najpopularniejsze na literkę „k” było jednym z najdelikatmiejszych. Urban podsumował swoją wypowiedź stwierdzeniem, że Hłasko był typem aktora, że wszystko, co robił w życiu, było rodzajem teatru. Pytałem nawet Marka Nowakowskiego, który musiał pamiętać tamte czasy, czy to w ogóle możliwe, aby takie okrucieństwo miało miejsce. Marek potwierdził, sugerując, że sława Hłaski była sławą „poety przeklętego”, który szedł pod prąd społecznym normom, a życie myliło mu się z tym, co pisał.
„Piękny dwudziestoletni. Biografia Marka Hłaski” Andrzeja Czyżewskiego to pięknie wydany tom wielkich gabarytów (wielki szacunek dla wydawnictwa Prószyński i S-ka za tak piękny egzemplarz – dla miłośników Hłaski już samo to powinno wystarczyć, aby nabyć tę księgę). Między twardymi okładkami znajdziemy wiele zdjęć, odbitki listów i dokumentów, wiele wypowiedzi przyjaciół, znajomych. Znajdziemy też komentarz samego autora, który pragnie czytelnikowi wyjaśnić, jaki Marek Hłasko był naprawdę. Ogromny materiał, około 5oo stron ma nas przekonać, że między prawdą i legendą istnieje przepaść, przez którą musimy się przedostać, jeśli chcemy poznać prawdę o wybitnym pisarzu.
Marek Hłasko jest jednym z moich ulubionych twórców. Od czasu, gdy w liceum wpadł mi w ręce egzemplarz „Pięknych dwudziestoletnich” - taka mała, pobrudzona książeczka z drugiego obiegu, ksero wydania paryskiej Kultury, zaczytywalem się jego prozą. Guru był większym niż Stachura, niż Bursa, niż Wojaczek. Ale zawsze była i nadal pozostanie dla mnie ważna legenda Marka Hłaski. Przynajmniej ta legenda, którą chciał opowiedzieć o sobie sam Marek. Tak to już jest z „poètes maudits”, że żyją nie tylko w swych książkach, ale także w historii swojego życia.
Andrzej Czyżewski jest kuzynem Marka Hłaski i widać jak bardzo się starał, by opowiedzieć o Marku spoza tej tragicznej legendy polskiego Jamesa Deana. Efekt jest taki, że brniemy poprzez drobiazgowo zebrany materiał i dowiadujemy się wielkiej liczby szczegółów, losy Marka Hłaski coraz bardziej nam się normalizują, a legenda ucieka. Chyba nie o taką prozaiczną rzetelność mi chodziło, bowiem każdy kto literaturę zna i kocha winien wiedzieć, że nie zawsze świat realny i przedstawiony koegzystują sobie higienicznie i bezpiecznie obok siebie. I właśnie taką książkę, może nie-biografię, ale właśnie coś w okolicach teoretyczno-literackiego non-fiction marzy mi się przeczytać, jeśli chodzi o życie, fikcje i twórczość Marka Hłaski – książkę, która pokazałaby jak to się wszystko wzajemnie przenikało.
Nie znaczy to wcale, że „Piękny dwudziestoletni” jest książką chybioną. To ważne i przebogate kompendium na temat życia i twórczości Marka Hłaski. W sam raz do teleturnieju „Wielka gra”. Jednak w tym kompendium coś ważnego zostało zatracone.


piątek, 10 maja 2013

Recenzja książki "Nie ma jednej Rosji" Barbary Włodarczyk


                                                                                                          
                                                                                               oficjalna recenzja

Rosjo, naprawdę jaka jesteś, nie wie nikt?

Ostatnio miałem przyjemność recenzować książkę Wacława Radziwinowicza „Gogol w czasach Google'a”. Recenzję zatytułowałem „Bez pół litra Rosji nie razbierjosz”. Na okładce zbioru reportaży Barbary Włodarczyk „Nie ma jednej Rosji” widzimy sobowtóry znanych postaci z rosyjskiej historii, między innymi samego Lenina – twórcę Wielkiej Rewolucji, którego zabalsamowane zwłoki możemy do dziś „podziwiać” w mauzoleum na Placu Czerwonym. Aleksander Karbyszew, sobowtór „wiecznie żywego” Lenina i bohater tego reportażu, po ciężkim, wielogodzinnym dniu pracy wyciąga w swoim skromnym, moskiewskim mieszkaniu flaszkę, kiszone ogórki i zwraca się na koniec do Barbary Włodarczyk słowami: „Biez wodki Rossii nie rozbieriosz”. Taki mimowolny, niezamierzony cross-over – bynajmniej nie podejrzewam sobowtóra Lenina, a tym bardziej autorki reportażu, o plagiat. Broń Boże!
Teren Rosji to kopalnia tematów, nic więc dziwnego, że polscy dziennikarze dużo miejsca poświęcają właśnie temu obszarowi. Wydane w ostatnim roku książki Wacława Radziwinowicza, Jacka Hugo-Badera i Barbary Włodarczyk są na to najlepszym dowodem. Popularność tej literatury świadczy także o tym, że Polaków bardzo interesuje to wszystko, co dzieje się na wschód nie od Edenu (niestety), ale od polskiej granicy. Jest w tym zainteresowaniu pomieszanie fascynacji i lęku, jest w tym zainteresowaniu pytanie, które można zapisać parafrazując słowa pewnego znanego szlagieru: Rosjo, naprawdę jaka jesteś, nie wie nikt?
Barbara Włodarczyk to autorka cyklu telewizyjnych reportaży zatytułowanych „Szerokie tory”, które możemy oglądać od czasu do czasu w naszej ukochanej telewizji publicznej. Są one emitowane w takich godzinach, że przeciętny śmiertelnik, o ile nie jest bezrobotny, nie ma szansy ich obejrzeć, ale co wytrzyma konkurencję pyskujących sobie polityków lub superinteligentnych seriali? Udało mi się jednak kilka z nich zobaczyć i mogę stwierdzić jedno – są świetne. Charakteryzuje je pewien zupełnie specyficzny, rzekłbym słowiański, rodzaj ciepła. Barbara Włodarczyk nie wciela się w nich w rolę sędziego, mimo że niejednokrotnie podejmuje trudne tematy. Nawet nacjonalistycznego rzezimieszka o uroczym pseudonimie Tasak potrafi obdarzyć matczynym, choć smutnym spojrzeniem. W swoich reportażach jest kobieco czuła i chyba to wyróżnia ją spośród tłumu dziennikarskiej twardzielni. Dzięki temu to, co tworzy, czy w dziedzinie filmu dokumentalnego, czy literatury faktu, zyskuje walor owej słowiańskiej rzewności, swoistego rozczulenia nad ludzkim losem – niezależnie czy jest to los rosyjskiego oligarchy, czy bezdomnego dziecka.
Tom „Nie ma jednej Rosji” pokazuje kraj pełen skrajności i mentalnych oksymoronów – to już znamy. Ale czy komuś udało się opowiedzieć o ludziach w tak totalnym frikolandzie, jakim jest współczesna Rosja? Niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z prominentną dyktatorką mody, czy ludźmi z domu, który nie jest na pewno „domem spokojnej starości”, czy z pierwszym czarnoskórym rosyjskim radnym, który pomaga kobietom, czym naraża się mużczinam tępo spoglądającym znad półlitrówki, to u Barbary Włodarczyk zawsze są to ludzkie losy. Bo „bez pół litra Rosii nie rozbierjosz”. I będzie się to powiedzenie snuć się jak odwieczna mantra, a może przekleństwo. I dopiero, gdy spojrzeć na zagubionego w tym świecie paradoksów, często ogłuszonego wódką człowieka, otwiera się przed nami ta rosyjska dusza boleściwa.
Barbara Włodarczyk pokazuje nam w swojej książce to, czego nie pokaże nam kamera w jej filmowych reportażach. Odkrywa przed nami czysto ludzki kontekst bohaterów tak ukształtowanych, często bezradnych wobec samych siebie i wobec swoich wyborów. Autorka pokazuje nam, że „nie ma jednej Rosji”, bo Rosja to ludzie, których spotyka na swojej drodze - w kraju, który zdaje się o tych ludziach nie pamiętać, bo zajęty jest budowaniem swojej potęgi. Na zewnątrz politura, wszystko musi ładnie wyglądać, a wewnątrz rozdarta dusza i dramat.

środa, 8 maja 2013

Recenzja książki Veita Heinichena "Śmierć na liście oczekujących"


Kryminał o częściach zamiennych

oficrec


Tylko jedna skromna ocena na LC i to mojego autorstwa. Oj, fani kryminału, kiepsko z wami, bo „Śmierć na liście oczekujących” Veita Heinichena to naprawdę mocna sensacja i to z ważnym przesłaniem.
Tematem tej bardzo ciekawej powieści jest handel częściami zamiennymi i pewnie już się domyślacie, że nie chodzi o części zamienne do samochodu, czy innych urządzeń mechanicznych. Oczywiście chodzi tutaj o handel organami ludzkimi, które często są pobierane w sposób nielegalny od osób z biednych krajów. Proceder ten przybrał w ostatnim czasie na sile i na pewno jest to książka cały czas aktualna, choć pierwsze wydanie miało miejsce ponad dziesięć lat temu. I może szkoda, że wcześniej polski czytelnik nie miał do niej ułatwionego dostępu. Pamiętamy przecież aferę „łowców skór” z 2002 roku. Gdyby książka Heinichena w miarę szybko trafiła na nasze półki księgarskie, byłaby świetnym komentarzem także do tamtych wydarzeń.
Powieść „Śmierć na liście oczekujących” to bardzo mocna proza kryminalna, niepozbawiona drastycznych opisów i „smaczków” z dziedziny transplantologii. Przy tym wszystkim nie brak tu humoru, nie tylko tego czarnego. Intryga jest prowadzona wielowątkowo, ale sprawnie. Akcja książki toczy się w portowym mieście Triest, w piękne lato i autor nie szczędzi czytelnikowi także turystycznych atrakcji. Jeszcze jednym smaczkiem może tutaj być fakt, że miejsca akcji są splotem bałkańsko-rumuńsko-włoskim. Wszystko jest tu podane z umiarem i we właściwych proporcjach, co powoduje, że książkę odebrałem jako bardzo szlachetną rozrywkę z dreszczykiem.
Ale jest jedna rzecz , która tworzy wartość dodaną tej powieści, że nie jest to jedynie kryminalna rozrywka w dobrym stylu. To opis luksusowej kliniki, gdzie superspecjaliści pomagają ludziom w odzyskiwaniu urody, ale także nielegalnie, za grube pieniądze, ratują życie bogatym kosztem ubogich, którzy są bezwzględnie eksploatowani jako dawcy. Ludzie ci – najlepsi lekarze - są bohaterami tabloidów, kolekcjonerami sztuki, właścicielami pięknych koni, ale wszystko to uzyskali dzięki haniebnym, niszczącym życie biedaków przeszczepom. Ludzie ci, aby żyć w luksusie, nie cofną się przed niczym. Ich światopogląd cechuje pogarda dla „zwykłych” ludzi. Dzięki zarobionym pieniądzom i luksusowi są piękni i niezwykli. Tylko to się dla nich liczy. To przecież pytanie o granice chciwości, która cechuje dzisiejszą, zlaicyzowaną i materialistyczną kulturę europejską .
Dlatego zachęcam tym bardziej do przeczytania tej świetnej książki, która przeszła gdzieś obok, wcale niezauważona. Poszukajcie zatem „Śmierci na liście oczekujących” - najpewniej znajdziecie ją na stronie wydawnictwa Noir sur Blanc.