Dom (zly)

Dom (zly)

środa, 26 marca 2014

Z okazji 100 Pana Hrabala

Menzel i Hrabal - spółka bardzo odpowiedzialna w szczególności dla fanatyków czeskich klimatów

Najpierw były "Perły na dnie" z 1965 roku - film składający się z czterech nowel. Jedną z nich realizuje zaledwie 28-letni Menzel - jest to opowiadanie z debiutanckiego tomu "Perełka na dnie" (1963) pod tytułem "Śmierć pana Baltazara". W momencie swojego oficjalnego debiutu Hrabal miał 49 lat, należał zatem do innego pokolenia niż Menzel; przede wszystkim pisarz pamiętał krótki okres wolności między 1918 a 1939. W swojej twórczości wielokrotnie będzie powracał do tamtego okresu jako do "złotego okresu" swojego życia.
"Śmierć pana Baltazara" to pozornie sielankowa historyjka - oto rodzinna, niedzielna wyprawa na wyścigi motocyklowe, której towarzyszą swobodne rozmowy o niczym, zabarwione nonsensownym humorem; panuje atmosfera błogiego relaksu na łonie natury. Za chwilę rozegra się tragedia. To typowe połączenie dla hrabalowskiej poetyki. Jedno jest pewne - już w tym filmie widać, że Menzel doskonale czuł prozę autora "Zbyt głośnej samotności". Ciekawostką w tym filmie jest pojawienie się stryja Pepina, autentycznej postaci, której Hrabal poświęcił swą pierwszą powieść - "Cierpienia starego Wertera". W filmie "Perły na dnie" pojawia się też sam Hrabal - to postać mężczyzny wychodząca ze swojego mieszkania na praskiej Libni, które poetycko nazywał "Na Grobli Wieczności". W scenerii starej kuźni przerobionej na mieszkanie rozgrywa się wiele utworów mistrza czeskiej prozy.
Drugim filmem spółki Hrabal - Menzel są już oskarowe "Pociągi pod specjalnym nadzorem" z 1966 roku. Nie jest to mój ulubiony film tego duetu, zresztą sama książka też nie przypadła mi do gustu tak bardzo jak pozostałe dzieła mistrza Bohumila. Co zatem zadecydowało, że właśnie ten obraz stał się symbolem czeskiego kina lat sześćdziesiątych? Wydaje mi się, że chodzi tu o uniwersalny temat, jakim jest wojna i specyficzne, "szwejkowskie" podejście do zagadnienia. Tak to już jest, że filmy muszą być w pewnym sensie przewidywalne, aby dotrzeć do szerokiej publiczności. Odniesienie do tradycji Haszka pozwoliło uniknąć problemów interpretacyjnych.
Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, na ile to, co działo się w kulturze czeskiej w pierwszej połowie lat 60-tych, miało wpływ na wolnościowy zryw narodu czeskiego w 1968, dość że efektem tych nastrojów jest wg mnie najdoskonalsze dzieło spółki - "Skowronki na uwięzi". Jest to adaptacja opowiadania z tomu "Sprzedam dom, w którym już nie chcę mieszkać" zatytułowanego "Dziwni ludzie". Na terenie huty pracują wspólnie mężczyźni poddani resocjalizacji poprzez pracę, dawni "burżuje" i więźniarki schwytane podczas nielegalnej próby przekroczenia granicy. Dzieli ich tylko płot i czułe oko anioła stróża, czyli więziennego strażnika. Potrzeba bliskości i uczucia jest silniejsza niż strach przed karą - między resocjalizowanym młodzieńcem a więźniarką rodzi się uczucie. Film ukończono w 1969, już po objęciu władzy przez radzieckiego namiestnika Gustawa Husaka. Przez 20 lat leżał na półce, by 1990 roku zdobyć nagrodę Złotego Niedźwiedzia na festiwalu w Berlinie. Wspaniałe aktorstwo, śmiech poprzez łzy, specyficzny hrabalowski humor czynią ten obraz najbliższym przekazowi literackiemu Bohumila Hrabala.
Lata siedemdziesiąte, czasy rządów wspomnianego Gustawa Husaka, to dla Hrabala trudny okres. Przyjmuje postawę spolegliwą wobec komunistycznych rządów i szerokim łukiem omija drażliwe tematy. Tak powstają "Postrzyżyny" przeniesione na ekran w 1980 roku. Jest to utwór poświęcony matce pisarza Marie Hrabalowej. To utwór pełen miłości i fascynacji jej osobą. Trzeba wspomnieć, że Bohumil był nieślubnym dzieckiem Marie, usynowionym przez kierownika browaru w Nymburku - ta postać także jest ważna dla całości filmu. Kobieta w "Postrzyżynach" reprezentuje żywioł, odwagę, pragnienie przygody; mężczyzna zaś zdrowy rozsądek, powagę, stateczność. Jednak oboje ukazani są w sposób ciepły, ma się wrażenie, że to nie walczące ze sobą przeciwne wartości, ale świat uzyskujący doskonałość poprzez wzajemne dopełnienie. Ciekawostka - Hrabalowi dostało się po głowie parasolką podczas pokazu filmu w "Stanach Zadowolonych"; obecna na seansie feministka zarzuciła mu poniżenie kobiety w scenie, gdy bohaterka zostaje ukarana przez swego męża za obcięcie warkocza (tytułowe "postrzyżyny").
W 1983 roku powstaje film "Święto przebiśniegu". Hrabal zamieszkał wtedy na wsi o nazwie Krsko, położonej kilkadziesiąt kilometrów od Pragi. Ten film jest moim zdaniem najbliższy piwno-biesiadnemu wyobrażeniu o czeskiej rzeczywistości. Cenię ten film za humor i lekkość tematu, choć i tu nad sielskim klimatem unosi się widmo tragedii.
Aleksander Kaczorowski - polski znawca Hrabala - pisze o "Postrzyżynach" i "Święcie przebiśniegu", że były to obrazy przesłodzone, zanadto konformistyczne w stosunku do ciężkiej rzeczywistości tamtego okresu w Czechosłowacji. Dla mnie ten brak zainteresowania polityką, objawiający się w podpisaniu lojalnej wobec reżymu "Antykarty", nie stanowi dużego problemu. Obydwa utwory zasługują na uwagę poprzez to, że pokazują ludzi starających się żyć tak, jakby na świecie nic złego się nie działo, mimo że tragedia jest o krok.
I w końcu "Obsługiwałem angielskiego króla" - film wg mnie nie tak dobry jak poprzednie, bo powstał po śmierci Hrabala. Myślę, że nieobecność pisarza podczas powstawania scenariusza spowodowała, że film stracił odrobinę z klimatu charakterystycznego dla poprzednich dzieł. Jest to poza tym utwór dotyczący najważniejszych pytań epoki o faszyzm i komunizm. Menzel poszedł w tę bardzo uniwersalną stronę i trochę pozostawił samemu sobie głównego bohatera - pana Dziecię. Filmowi brakło tego charakterystycznego dla Hrabala pochylenia się nad zwykłym człowiekiem, nad którego głową przetaczają się burze historii.
Menzel i Hrabal to skrajnie różne osobowości - Hrabal plebejski i kochający piwo monogamista, wierny do końca swojej Pipsi; Menzel - abstynent, podróżujący po świecie dżentelmen, miłośnik płci przeciwnej. Obaj przez cały czas trwania znajomości byli do siebie zdystansowani, zawsze do siebie na "Pan". Cóż - nierzadko bywa, że z połączenia tak różnych żywiołów powstaje coś wartościowego, takiego jak spółka Hrabal i Menzel.

niedziela, 9 marca 2014

Recenzja powieści Jana Pelca "...będzie gorzej" - wyd. Czarne

  
                                           oficjalna recenzja serwisu "lubimyczytac.pl"

Olin, bohater powieści „...będzie gorzej” Jana Pelca, nie chce zostać robotnikiem w fabryce w Czechosłowacji doby Gustava Husaka. Wypowiada wojnę swojej rodzinie, systemowi, nawet samemu sobie. Jego życiową postawą staje się bezkompromisowe dążenie do wolności. „...będzie gorzej” jest kontrkulturowym eposem, wpisującym się w tradycję Kerouaca, Ginsberga, Keseya i jest tych nazwisk bez wątpienia godny. To jedyna mi znana próba takiego pisarstwa, pochodząca spoza „żelaznej kurtyny”.
W krajach tak zwanej „demokracji ludowej” pojęcie wolności ściśle związane było z polityką. Ludzie pozbawieni prawa do prywatności, nieustannie inwigilowani przez system nie mogli decydować o swojej drodze życiowej. Wszystko, co prywatne, podlegało kontroli. Takim państwem była Czechosłowacja czasów Gustawa Husaka. Po przełomie „Praskiej Wiosny” w 1968 roku nastał mroczny czas tak zwanej „normalizacji”. To właśnie na ten czas przypada akcja „...będzie gorzej”.

„Normalizacja” miała wszystkich Czechów sprowadzić do wymiaru tak zwanego „czechaczka” - przeciętniaka, który po zaspokojeniu swoich podstawowych potrzeb nie ma już ochoty na marzenia, bunty, przygody, podróże. Knedle, piwo i bajki o Rumcajsie muszą „czechaczkowi” wystarczyć za całe uniwersum życiowych możliwości. Kto nie pasuje do tego wymiaru naraża porządek socjalistycznej ojczyzny. Olin nie jest bohaterem z bajki o Żwirku, bardziej o Muchomorku. Olin nie chce być porządnym, zwykłym Czechem. Rzuca szkołę, ignoruje obowiązek pracy, porzuca w końcu rodzinę, by przystąpić do subkultury „hipów”. Jednak nadzieje na piękne marzenie o wolności „dzieci kwiatów” pryskają jak bańka mydlana. Świat czeskiego undergroundu epoki Husaka to codzienna walka, to autentyczny margines, gdzie schodzi się krok po kroku na samo dno moralne – człowiek w walce o przetrwanie nie cofnie się przed niczym, przed kradzieżą, prostytucją, nawet przed zbrodnią. W tym świecie nie ma żadnych kompromisów, a krótkie, brudne życie jest normą straceńców.

Powieść Jana Pelca bije czytelnika, często wywołuje brak zgody na słowa i opisy, niedowierzanie, że można zgodzić się na takie życie, a jednocześnie mitologizować ową rzeczywistość. Jest to też powieść o cenie, jaką się płaci za wolność. Wszyscy bohaterowie są tutaj życiowymi straceńcami bez przyszłości. Trochę im współczujemy, ale często się ich brzydzimy. To nie jest odkrywanie, że, jak u Hrabala, „cud zdarza się co dnia”. „Cud” Pelca to zaczerpnięcie haustu powietrza po wynurzeniu się z szamba.
Pelcowi udało się tutaj zawrzeć doskonale dwoistość natury czeskich buntowników, którzy z jednej strony są zmęczeni moralnie, często mają dosyć wolności, co może prowadzić do prób samobójczych albo zakładu psychiatrycznego. Z drugiej strony nikt tak jak ci straceńcy nie potrafi docenić piękna świata i chwili, radości z prostego faktu codziennych narodzin, które następują po otwarciu oczu.

Książka Jana Pelca jest pełna przygód i radości. Jest także pełna bólu. To apoteoza życia na krawędzi. „...będzie gorzej”, książka, którą prezentuje nam wydawnictwo „Czarne”, to pierwsze pełne polskie wydanie tego legendarnego już dzieła. Jest to coś zupełnie innego niż świat Hrabala, takich Czech i Czechów nie znajdziemy też w reportażach Mariusza Szczygła. Gorąco polecam tę książkę, która została znakomicie przetłumaczona przez Jana Stachowskiego. To prawdziwe wydarzenie, dziw bierze, że dopiero teraz dostajemy polską wersję tego wybitnego dzieła.
Czy ktoś wiedział, że „włóczędzy Dharmy” byli także w Pradze?
Tytuł recenzji jest cytatem z książki Bohumila Hrabala „Czuły barbarzyńca”

sobota, 1 marca 2014

Recenzja książki "Guguły" Wioletty Grzegorzewskiej - wyd. Czarne

                                                                oficjalna recenzja
                                                                           

Guguły” są debiutem prozatorskim Wioletty Grzegorzewskiej, pisarki pochodzącej z wioski położonej na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Opowiada ona w swoim zbiorze krótkich form prozą o dzieciństwie, dorastaniu, o dobrych i złych stronach bycia małą dziewczynką w małej wiosce. „Guguły” to niedojrzałe owoce, to czas dojrzewania, okres intensywnego zbierania doświadczeń życiowych, ale także okres cudownego, magicznego bycia w świecie, który coraz bardziej otwiera się na człowieka.
Czas akcji: głównie lata 80. Miejsce akcji: wieś Hektary. To konkretne usytuowanie „Guguł” wcale nie oznacza biograficznych konsekwencji. To główny walor tej prozy, mimo iż utkana z osobistych doświadczeń, opowieść nie traci uniwersalnego charakteru. Ów uniwersalny wymiar zyskuje autorka głównie dzięki wprowadzeniu świata dziecięcej wyobraźni, tej magicznej perspektywy, która jakże często bywa pułapką pisarzy zapatrzonych w prozę Schulza. Wioletcie Grzegorzewskiej udało się uniknąć nadętej oniryczności. Udało się jej zachować równowagę między magią opisów stanów wewnętrznych a chropowatością świata zewnętrznego.
Wioletta Grzegorzewska w oryginalny sposób wpisuje się w nurt „literatury wiejskiej”. Grządkę tę uprawiało wielu rodzimych pisarzy: Tadeusz Nowak, Julian Kawalec, Edward Redliński ze swoją „Konopielką”, czy Wiesław Myśliwski z wielką powieścią wiejską „Kamień na kamieniu”, a ostatnio Marian Pilot i jego uhonorowany nagrodą Nike „Pióropusz” - przykłady można mnożyć, sięgając bliżej i dalej, jednak temat polskiej wsi jest często omijany przez pisarki. Wydaje się, że wiejskość nie pasuje do tworzonego aktualnie obrazu nowoczesnej kobiety. Nawet jeśli odniesiemy się do prozy Olgi Tokarczuk to zobaczymy „baśniowy” opis świata, który przykrywa skutecznie warstwy życiowego błota. Wioletta Grzegorzewska w swoich opowiadaniach nie unika szarości, choć jest to szarość czysta, bo wyszorowana popiołem.
Świat mitów tworzy u Grzegorzewskiej wiejska religijność – pomieszanie pogańskich wierzeń z katolickimi obrzędami. Elementy te widziane oczyma dziewczynki są oderwaniem od szarości domowej izby i podwórka. Autorka mogła tutaj wpaść w prześmiewczą manierę, która dziś święci swoje wielkie dni. Nic z tego – świat wierzeń i obrzędów jest u Wioletty światem, na który się czeka, który przynosi ze sobą transcendentny wymiar cudowności, odejścia od prozy ku poezji. To umiejętne balansowanie na pograniczu liryki i epiki nie pozwala czytelnikowi na narracyjne znużenie.
Dużo tych pułapek czyhało na Wiolettę Grzegorzewską – oprócz wyżej wymienionych istniała przecież tak silna u niewiast potrzeba społecznego zaangażowania, gdzie marzenie o literaturze ustępuje marzeniu, żeby poboksować się z niesprawiedliwą rzeczywistością. Pewnie takie motywy czy pola interpretacyjne znajdziemy także w „Gugułach”, ale nie to mnie urzekło w książce wydanej przez Czarne. Od jakiegoś czasu szukam częstochowskich klimatów literackich, pojawia się tego coraz więcej na półkach księgarskich, ale na ogół rozbijam sobie oczy i część mózgowia odpowiedzialną za czynność czytania o nieprzekonującą próbę zostania pisarzem. W wypadku Wioletty Grzegorzewskiej, debiutantki silnie z Częstochową związanej, nie mam wątpliwości, że mamy do czynienia z książką absolutnie wyjątkową. Mam nadzieję, że to dopiero początek i że Wioletta jeszcze wiele razy obdaruje czytelników swym talentem.