Dom (zly)

Dom (zly)

piątek, 18 kwietnia 2014

"Dziady" cz.III - na Wielki Piątek

Scena : Salon warszawski

„Mickiewicz, czyli wszystko” tak został zatytułowany wywiad-rzeka z Jarosławem Marią Rymkiewiczem. Te słowa najlepiej określają, kim Mickiewicz jest także dziś. Jeśli spojrzymy na stronę językową, że , jak mówił Wittgestein, „granice języka są granicami mojego świata”, to jasny staje się wpływ autora „Pana Tadeusza” na polską tożsamość. Jeśli za podstawowy czynnik kulturotwórczy uznamy język( „na początku było słowo”), to musimy dojść do wniosku, że dziś mówimy językiem Mickiewicza. To właśnie romantyczna poezja wpłynęła najbardziej na to, co możemy określić jako polskość. Jeśli posiadamy przywilej posługiwania się polską mową to, aby ją zrozumieć, aby zrozumieć sami siebie, aby zrozumieć geopolityczne uwarunkowania świata, w którym żyjemy, powinniśmy zrozumieć Mickiewicza. Bez względu na to, co myślimy o samym twórcy, co myślimy o jego twórczości.

Oczywiste jest, że absolutny prymat Mickiewicza, jeśli chodzi o Polskę, budził naturalną skłonność ku dekonstrukcji i dekonspiracji. Każda zmiana odbywa się w opozycji. Gdy dziś dochodzimy do wniosku, że to , co polskie, trzeba zmienić na to, co europejskie i uniwersalne, że polskość trzeba wyjałowić z jej podstawowych treści i nauczyć ją polskiego na nowo, europejsko i nowoczesno, wycierać i wyjaławiać Mickiewicza będzie się tym mocniej, tym uporczywiej. Trzeba zdemobilizować tego demona tradycji, tego językowego potwora. Wyrwać Mickiewicza z korzeniami z polskiej świadomości, wyegzorcyzmować jego ducha w pogoni za utopią zapomnienia. Świat pusty Mickiewicza nie potrzebuje. Pozostaje więc tylko pomnik, obrazek z sali polonistycznej, kilka ulic, kila patronatów szkół, gdzie jego widmo straszy zamiast nowych wieszczów pustynnych.

Ostatnio w pracach uczniowskich natknąłem się na analogię między sceną „Balu u Senatora” , gdzie autor mówił o podziale, który odpowiada dzisiejszej scenie politycznej. PO- kolaboranci, Senator- Tusk, PiS – patrioci. Kupa śmiechu? W zgodzie z poststrukturalistycznymi teoriami tekstu jako pretekstu wcale nie. Kilka lat temu uczniowie na maturze odczytywali Telimenę jako feministkę, choć biedny wieszcz pojęcia o feminizmie raczej mieć nie mógł. Trzeba było uznać te pokrętne teorie. Kiedy uczeń napisał o „Senatorze – Tusku” opór był znacznie większy. Poprawność polityczna kazała uwzględnić feminizm, ale gdy strona prawa, czyli dobra była PiSem, a lewa, czyli zła Platformą, to już nie było tak kolorowo i różowo. Głównie z powodu nastawienia.

Ale wg mnie uczeń miał rację. Mickiewicz jest żywy, żywy jest jego duch. Dziś chcielibyśmy zabić tego upiora.

Potem pójdziem, krew wroga wypijem,
Ciało jego rozrąbiem toporem:
Ręce,nogi goździami przybijem,
By nie powstał i nie był upiorem.”

Sam sobie taki los przepowiadał. Ale żyje do dziś i do dziś jest aktualny. Odsądzany, kastrowany na lekcja języka polskiego. Ale ducha Mickiewicza nie dali rady przebić osinowym kołkiem, bo rozszczepił się w języku i zasiał ziarno.

Aż w nocy przyszedł diabeł mądry i tak rzecze:
«Niedaremnie tu Pan Bóg rozsypał garść żyta,
Musi tu być w tych ziarnach jakaś moc ukryta;”

Tak rozsiały się w nas nieśmiertelne słowa Mickiewicza i teraz nie tak łatwo będzie tę polską zmorę ukatrupić. A przychodzi on do nas w chwilach najważniejszych, gdy trzeba myśleć dalej niż koniuszek własnego nosa, gdy Mordor, jak chce Ziemowit, naciera, stukając kopytkiem do naszych jaźni i próbuje wyjałowić to , co nas integruje i każe za kardynałem Wyszyńskim powiedzieć „non possumus” W ostatecznym rozrachunku liczy się tylko „Pan Tadeusz” - „panta deus” - „wszystko Bóg”.
I od wieków polskiej historii zawsze był tutaj salon, zawsze byli ci, co zapatrzeni we własny interesik i potrafiący wykorzystać koniunkturę, umieli służyć carskim namiestnikom. Świat „Dziadów” jest podzielony. Spektakl staje się misterium ścierania się sił światła i ciemności. Coś jakby „Gwiezdne wojny” tylko 150 lat wcześniej, w czasach, gdy jeszcze nie marzono tak powszechnie o kosmicznych podróżach i podbojach. Ale świat Mickiewicza jest nieco bardziej zniuansowany, trochę na zasadzie ludowego porzekadła, że „Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek”. Wieszcz wie doskonale, że z „ciemną stroną” mocy nie da się iść na kompromis. W tym względzie Mickiewicz nie pozostawia nam złudzeń także i w dzisiejszym rozumieniu – nie można wartości sprzedać za pieniądze, stanowiska czy sławę. Niby brzmi powyższe zdanie jak truizm, ale przyjrzyjmy się, co takie stanowisko oznacza w praktyce. Otóż w świecie, w którym żyjemy, jest miejsce na wszystko – biznes, karierę, sukces. Problem zaczyna się wtedy, gdy zapominamy o wartościach, o pracy dla ojczyzny, o rodzinie, o tym , co stanowi o naszej tożsamości. Jeśli pojęcie patriotyzmu zaczyna nas mierzić i tokujemy wciąż o „bogoojczyżnianych ciemnogrodzianach” i że samemu i sobie trzeba zrobić dobrze, to znów odzywa się do nas natrętne widmo Mickiewicza, wychylające się z lamusa historii, że Polska od wieków miała swoje miejsce w świecie, choć gnębiona , zawsze niepokonana i że tym , co sobą reprezentowała stawała przez wieki całe w poprzek planów tyranom tego świata. Tak winno być i dziś. I choć wydaje się, że to, co nie udało się przez lata zaborów, okupacji, komuny, dziś, w wolnej, demokratycznej Polsce, staje się ciałem, to przecież wierzę, że duch Mickiewicza jest w nas rozrzucony jak ziarno w bajce Goreckiego i wykiełkuje tysiąckrotnym plonem. Że nie dopadnie nas obojętność i alienacja „nowoczesnego” świata. Bo przecież nikt z własnej woli nie chce chodzić w kajdanach.

„Otóż to jacy stoją na narodu czele!”

Wysocki

„ Powiedz raczej:na wierzchu. Nasz naród jak lawa,
Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa,
Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi;
Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi.”

Powyższe motto jest wciąż aktualne. Dlaczego nie potrafimy tego zmienić?



środa, 16 kwietnia 2014

Recenzja książki "Leksykon miast intymnych" Jurija Andruchowycza - wyd. Czarne

                                                                           oficrec
                                                                               
 Miejsca w sercu

      Jurij Andruchowycz popełnił podręcznik do geografii - „Leksykon miast intymnych”, tak nazywa się ta książka. Wygląda rzeczywiście jak podręcznik akademicki – ascetyczna geometria szaty graficznej i jej pokaźny rozmiar może zaskoczyć czytelnika ukraińskiego pisarza. Czyżby autor szalonej „Moscoviady” i „Dwunastu kręgów” postanowił zamienić swą groteskową obrazowość na naukową rzetelność?
Polacy szczególnie upodobali sobie reportaż jako gatunek literacki. Gdy po 1990 roku świat stanął dla nas otworem, próbujemy zjeździć, zwiedzić, poznać, podbić świat na wszelkie możliwe sposoby. Nadrobić zaległości z półwiecza izolacji. Takim jednym ze sposobów wyrównania braków jest „Leksykon...” Andruchowycza. I niech nie zwiedzie was „akademicki” format. A że Jurij Andruchowycz nie Polakiem jest, a Ukraińcem? To tym lepiej!

Już w swoim wstępie Andruchowycz zwierza się czytelnikom, że jego naukową inspiracją były „Nowe Ateny” Benedykta Chmielowskiego i legendarne zdanie koń, jaki jest, każdy widzi. „Leksykon”, jaki jest, nie wiadomo, a pozory mogą zmylić, bo jest to książka osobista i, jak wskazuje sam tytuł, intymna. Andruchowycz podróżuje pamięcią po miastach, które odwiedził w ciągu swojego życia. Miasta ułożone są w sposób alfabetyczny i jest tutaj pewien problem, bowiem alfabet ukraiński różni się nieco od polskiego i na przykład taka Genewa, czyli ukraińska Женева, jest trochę w innym miejscu, ale nie tak znowu bardzo, bo w polskim alfabecie Ż jest pod koniec, a w ukraińskim bliżej początku, więc wszystko prawie się zgadza. Ale tak naprawdę nie ma to większego znaczenia, bo słowo „intymny” w tytule wskazuje, że jest to przewodnik po wspomnieniach i emocjach, po chwilach przeżytych w różnych miejscach.
Reportaż ma wiele odmian – od rzeczowej i bogatej w fakty relacji, przez wzbogacony o literacką fikcję „wielki” reportaż w stylu Kapuścińskiego, po zakręcone gonzo, któremu bliżej do świata fikcji niż do dziennikarstwa. Według mnie Andruchowycz proponuje nam nowy podgatunek reportażu – reportaż emocjonalny. Czy taki wewnętrzny ogląd świata daje czytelnikowi nową jakość? To wszystko zależy od twórcy – w przypadku ukraińskiego pisarza tak jest w istocie. A jest tak tym bardziej, że Andruchowycz potrafi każdemu z haseł nadać osobny rys, a w jego książce mieszają się refleksje, opisy, anegdoty i wspomnienia.

Twórczość Jurija Andruchowycza poznaliśmy dzięki Andrzejowi Stasiukowi i wydawnictwu Czarne. To właśnie podróżnicza pasja Stasiuka stała się motywacją do napisania tej książki, bowiem świat podróży polskiego pisarza to inna Europa, Europa aspirująca do miana tej „prawdziwej”, tej znanej z lekcji geografii. Europa Stasiuka, który także kilkakrotnie pojawia się na stronach „Leksykonu...”, jest Europą, która też wnosi, która nie chce się wstydzić, że jest taka wschodnia i taka biedna. Andruchowycz idzie o krok dalej, miesza Paryż i Chust, Londyn i Bałakławę, ale także Nowy York i Hajsyn, ale także Guadalajarę i Połtawę, i Kraków, i Lublin, i Warszawę.

Ukraiński pisarz patrzy na te wszystkie miasta oczami Ukraińca, ale te miasta odbijają też i jego oblicze, widzi zatem siebie w tych obcych miastach, w tych różnych kontekstach, które składają się na wielokrotny portret środkowego Europejczyka, podróżnika w poszukiwaniu samego siebie.