Dom (zly)

Dom (zly)

czwartek, 24 lipca 2014

Kierunek Wrocław, kierunek NH, kierunek - spotkania literackie

Jak co roku ruszam do Wro na NH. Od 29. Podstawa to warsztaty. Tym razerm zalogowałem się na kurs dramy. Sam jestem ciekawy jak będzie i czy bedzie bolało?

O ile pojawię się 28. to Cormac wg Franco, czyli ekranizacja mojej ulubionej powieści "Dziecię Boże" i najnowszy Jodorovski - "Taniec rzeczywistości".

Filmy? Co się da. Chcę zacząć z rana 29. od "Bezpańskich psów" Tsaia. Muszę o 19 na spotkanie z Wojciechem Tochmanem - to mój ulubiony reportażysta (dlatego nie obejrzę znowu Palfiego, już mam zaległość z Taxidermią). Potem w nocnym szaleństwie VHS jest metoda, czyli samczy zachwyt nad Sylwkiem w szczycie swej formy - "Cobra".

30. W ciemno biorę "Historię mojej śmierci", gdzie Casanova spotyka Draculę, potem spotkanie z ą Olgą Tokarczuk i na deser Dracula 3D Argento.

31. Zrobię wszystko, by obejrzeć "Moebiusa" Kim Ki Duka. "Boyhood" - może da radę, wszyscy chwalą. Zaczajam się też na post-apokalipsę w ruskim stylu, czyli "Trudno być Bogiem" Germana. Na deser Alice Cooper - Super Duper.

1. Z rana - 9.45 - jak się udo Jodorovski i jego "Taniec z rzeczywistością". "Turysta" - no cóż, że ze Szwecji. W Polsce tata to też śmieć. Potem "Porwanie Michaella Houllebecqa" , bo Houllebecq. Dla Masło "Między nami dobrze jest", bo nie dla Jarzyny i tego całego teatralnego g..... No i "Wielka noc" - czeski dokument o praskich menelach, bo Praga i menele.

2. Wegry w tym roku to "Biały Bóg" Kornela Mundruczo. O 19. Ziemowit Szczerek w Mediatece i może "Mary is happy" na Rynku, bo gość ma takie nazwisko, co go nikt normalny nie umie powtórzyć.

3. Może jakieś filmy nagrodzone? Ale na pewno "Oilfields Mines Hurricanes" bo Islandia i Cage i cisza.

Tyle, a co się udo, to się udo. Nara.





Recenzja książki Marka Nowakowskiego "Dziennik podróży w przeszłość" - wyd. "Iskry"

                                                                      LC recenzja
                                                                              
Dobranoc, Marku...

W ostatnich utworach Marek Nowakowski powraca do początków swojej twórczej działalności. Tak było w przypadku jego poprzedniej książki „Pióro”, poświęconej literackim początkom pisarza, gdzie opisywał środowisko literackie lat sześćdziesiątych i czas swojej pisarskiej młodości. „Dziennik podróży w przeszłość” sięga jeszcze głębiej, aż do czasów dzieciństwa i lat młodzieńczych, które przypadały na czas budowy komunistycznego państwa w oparciu o stalinowskie wzorce.
„Dziennik podróży w przeszłość” jest książką wspomnieniową, ciekawą o tyle, że Marek Nowakowski opisuje w niej te momenty ze swojego życia, o których wiemy najmniej – czas, gdy był zaangażowany w działalność Związku Młodzieży Polskiej. Pisarz przedstawia tutaj swoje młodzieńcze rozerwanie pomiędzy świat peryferii, ludzi z marginesu, tych wszystkich odrzuconych, którzy stanowili żywą inspirację dla jego książek oraz wiodące na pokuszenie młodego człowieka wizje nowej, świetlanej przyszłości, serwowanej przez stalinowski system. Ta książka jest swego rodzaju rachunkiem sumienia, który uczynił pisarz pod koniec swojego życia. Marek Nowakowski pokazał nam tutaj nieco inną twarz – twarz młodego, zagubionego człowieka, którego wciągają tryby historii. Pokazuje też, jak trudno dobrze wybrać człowiekowi bez tożsamości, który jest pozbawiony oparcia rodziny i przyjaciół, który jest zdany jedynie na nowy, wspaniały ład. Marek miał to szczęście, że miał oparcie w rodzinie i przyjaciołach. Znamy go dziś jako publicystę „Gazety Polskiej”, a jego książki wciśnięto na półkę z napisem „pisarze prawicowi”. Prawdy w tym tyle, że Marek nigdy nie napisał nic pod dyktando, że zawsze stał na marginesie i stamtąd obserwował rzeczywistość. Wiedział, że tylko taka perspektywa może pokazać prawdę o otaczającym świecie. Ta prawda o świecie była dla autora „Księcia Nocy” najważniejsza. Zawsze jej szukał, wyczulony na oficjalną „grę pozorów”, wyczulony na to, co niektórzy nazwali „ketmanem”, nie uznawał gry z władzą jako metody na przetrwanie. Wiedział po prostu, że z diabłem się nie paktuje.
W postscriptum do „Dziennika...” pisał: Dopiero po wielu latach doszedłem do wniosku, jak bardzo byłem przez tamten czas zdewastowany... Nie zdołałem tego, co napisałem, wypiętrzyć, unieść wysoko, jak marzyłem... Grzązłem tak często, zapadałem się głęboko. To były koszty. Już do końca nie dam rady. Szkoda. Zmarł w maju tego roku, przeżywszy 79 lat. Te smutne słowa, kończące jego książkę, to trudny testament dla tych, którzy pozostali. Po śmierci Marka długo zastanawiałem się, kto z żyjących jest w stanie poświęcić swą sławę, salonowy blichtr, by pisać o tym, co najważniejsze bez względu na mody i poklepywanie po plecach przez „salonowych piesków” z „opiniotwórczych” mediów. Nie znalazłem zbyt wielu nazwisk – może Witold Gadowski, może Eustachy Rylski. Brak Marka uświadomił mi, jak wielką stratą jest to, że nie napisze już żadnej książki. Dlatego „Dziennik podróży w przeszłość” pozostanie dla mnie książką roku 2014.
Poznałem go dwa lata temu. Maj, wieczór – pięknie było. Po spotkaniu autorskim w Częstochowie poszedł z nami na wódkę. Nawet nie spodziewaliśmy się tego. Uczynił ten wieczór magicznym i niezapomnianym. Snuł opowieści, ale i słuchał z uwagą. Patrzył na ludzi, obserwował. Wokół kręciły się różne dziwne persony – takie wprost z kart jego książek - z którymi nawiązywał kontakt i komentował nam ich świat. Świat wykluczony, świat obok nas, zaprzątniętych samymi sobą, niewidzącymi nic ponad koniec własnego nosa. On widział, bo umiał patrzeć, mimo jego 79 lat wzrok miał od nas lepszy. Dziękuję Ci, Marku, za ten jeden wieczór, którego nigdy nie zapomnę. Dla mnie potrafiłeś wypiętrzyć i unieść wysoko, bo zawsze umiałeś dostrzec hrabalowską perełkę na dnie. Tu będziesz żył w swoich opowieściach i wierzę, że słyszysz te słowa. Dobranoc.


niedziela, 6 lipca 2014

Recenzja książki "Agrigento" - wyd. Książkowe klimaty

                                               oficrec
Niezwykle rzadko mamy do czynienia z literaturą grecką. Chodzi mi rzecz jasna o współczesną literaturę grecką, bo Grecja z Homerem, Safoną i Sofoklesem jest kolebką literatury europejskiej. Dlaczego, mimo takich wzorców i korzeni, greccy pisarze nie są rozpoznawalni na dzisiejszej mapie kulturalnej Europy? Czy brak tam twórców, którzy mogliby zainteresować współczesnych odbiorców poza granicami samej Grecji? Czy prócz nazwisk Kazantzakisa i Kawafisa nie ma już nikogo, kto przypominałby nam dziś o świecie tej tradycji? Wydawnictwo „Greckie klimaty” pokazuje nam, że ten kryzys greckiej literatury jest zjawiskiem fałszywym i zawinionym niejako przez naszą ignorancję, a jako dowód podaje nam powieść Kostasa Hatziantoniou, zatytułowaną „Agrigento”.

Agrigento to niewielkie miasto położone na południu Sycylii. Lata jego chwały przypadały na V wiek przed naszą erą, gdy nazywało się Akragas. Było to także rodzinne miasto wybitnego filozofa Empedoklesa. To tutaj przybywali Grecy, którzy osiedlali się na południowych obszarach współczesnej Italii. To stąd kultura grecka promieniowała na całe terytorium Cesarstwa Rzymskiego, tworząc najpełniejszą syntezę tego, co dziś określamy mianem kultury śródziemnomorskiej.

„Agrigento” jest wprost wymarzoną książką na wakacje dla tych, którzy lubią południowe słońce i krajobrazy. Spokojna narracja może być doskonałym uzupełnieniem letnich podróży. Jeśli literatura może dopełniać rzeczywistość, to jest to właśnie taka książka – pełna spokojnego klimatu i szumu morza przy zachodzie słońca. Nie ma tutaj pogoni za wydarzeniami, refleksja egzystencjalna i filozoficzna jest pogłębieniem tego klimatu, nie znajdziemy tutaj przemądrzałych wywodów, których miejsce winno być w książkach naukowych. Przy tym wszystkim „Agrigento” jest pełnym i bogatym oddaniem śródziemnomorskiej duchowości, którą dzięki książce bardziej czujemy niż analizujemy.

A książka Hatziantoniou to magiczna mieszanka romansu, kryminału, powieści historycznej. A wszystkie wątki snują się tutaj niespiesznie, splatają i rozwiązują bez żalu. A wśród wszystkich postaci, które tutaj znajdziemy najważniejsza jest postać Empedoklesa – starożytnego filozofa, który kochał życie. Kostas Hatziantoniou został nagrodzony za tę powieść w 2011 Europejską Nagrodę Literacką, a pięknego i pełnego nastroju tłumaczenia z języka greckiego dokonała Karolina Berezowska.

wtorek, 1 lipca 2014

Jan Nowicki i inni, czyli "Wspieraj kulturę, książki na wagę złota" - kłobuckie klimaty na lapsusofilu.


Jest taki gość, nazywa się Ość, czyli Robert "Ość" Jasiak i ten gOŚĆ zaprosił mnie 27. czerwca do Kłobucka. Ta fotka, z Beatą Bartnik i Janem Nowickim, jest jednym z pięknych świadectw tego wyjątkowego, letniego wieczoru.


Był to dzień zakończenia roku szkolnego 2013/14, z mediów wyzierała stugłowa hydra nagrań i podsłuchów, , a po-mrocznym czwartku, który lał niemiłosiernie i napełniał obawami, nastał słoneczny piątek. Pierwszym punktem imprezy było spotkanie z Janem Nowickim - wybitnym krakowskim aktorem. Pan Jan, okazał się przemiłym człowiekiem i wspaniałym gawędziarzem. Opowiadał ciepło i z uśmiechem o swoich książkach "Mężczyzna i one" oraz "Białe walce" i o tym, jak aktor został pisarzem. Nie będę o tym długo, bo całą rozmowę, którą prowadził Robert, możecie zobaczyć i wysłuchać powyżej;)  Spotkanie odbyło się w miejscowej bibliotece,  jak na akcję "Książki na wagę złota" przystało. Pani Monika Wypych, dyrektor kłobuckiej biblioteki, od samego początku wspiera działania Roberta.

Potem była pizzeria Patio, gdzie Robert jest... kelnerem. Ale nie przeszkadza mu to organizować świetnej imprezy i po godzinie 19. pizzeria prowadzona przez brata Roberta stała się miejscem literackich dyskusji. Gośćmi byli Tomasz Jamroziński, poeta i autor kryminału "Schodząc ze ścieżki" oraz  miejscowy debiutant, Kamil Hazy ze swoją książką "Krawędzie".
                                         było miło, wesoło i ładnie (jak na wyżej załączonym obrazku)


        tu już autograf dla Giny, ja też dostałem (Tomek powiedział "lubię dżiny, a najbardziej Gin z tonikiem)


                            Robert pyta, Kamil Hazy mówi o swoich "Krawędziach", a Tomek słucha


           z zapartym tchem słuchaliśmy o tym, że takie zjawisko jak "częstochowskie kryminały" nie istnieje

                                         do rozmowy włączył się Pan Jan i przyłożył

Po spotkaniu dalej miło było i się słuchało miło kwartetu Michała Rorata z klimatycznym wokalem Igi Kozackiej. Taki dżezik.
Po tym bogatym programie czekały nas jeszcze tańce w klubokawiarni "Nuta", które odbywały się pod patronatem samego Charlesa Bukowskiego jako Bukowski Book Party, więc nie wypadało nic innego jak zachować się jak Charles w swoich najlepszych kawałkach. I tak było. A wszystko ku czci książek i czytania.

Nie znam wszystkich, którzy zorganizowali tę świetną imprezę, gdzie książki były tłem dla dobrej zabawy, dlatego wybaczcie, że nie wymienię każdego z imienia i nazwiska. Czyni to sam Robert na początku filmu, który zamieściłem powyżej.

Kiedy myślę o promocji czytelnictwa to mam świadomość, że takie bezinteresowne, oddolne akcje pasjonatów literatury, ludzi takich jak Robert Ość, są bezcenne. W powodzi sztucznych tworów, promujących czytelnictwo, gdzie chodzi głównie o wyciągnięcie publicznej kasy, to tutaj odkryłem źródełko czystej pasji.  Robert zaraża swoim spontanem. Zaraził ludzi w Kłobucku. Zaraził także mnie. I jestem mu za to wdzięczny. Trzymaj tak dalej Robert!