Dom (zly)

Dom (zly)

piątek, 19 września 2014

Recenzja książki Marcina Najmana "Kulej - mój mistrz" - wyd, Ole

TRAMPOLINY MARCINA NAJMANA

W zalewie biografii wszelkiego rodzaju książka Marcina Najmana „Kulej – mój mistrz” jest dziełem absolutnie wyjątkowym. Wyjątkowość ta polega na specyficznym sposobie opisu postaci bokserskiego mistrza, Jerzego Kuleja, który jest w tej książce tłem dla zaprezentowania się autora. To Marcin Najman stoi tutaj w centrum, to Marcin Najman bryluje elokwencją i dowcipem, to Marcin Najman jest prawdziwym i jedynym bohaterem książki o Jerzym Kuleju.
Kim jest Jerzy Kulej wiemy – dwukrotny mistrz olimpijski (tylko jemu udało się to osiągnąć), jeden z najwybitniejszych polskich sportowców. Kim jest Marcin Najman? Wiedzą głównie widzowie programu Big Brother i kibice walk w formule MMA, w której pan Marcin zasłynął tym, że stoczył tam trzy boje zakończone sromotną klęską. Aktualnie autor i główny bohater książki jest częstochowskim celebrytą, człowiekiem, który dzięki wielkim zdolnościom w smarowaniu wazeliną zdobył zaufanie lewicowych władz miasta i organizuje gale bokserskie. Ostatnio przygotowuje „pożegnalną” walkę bokserskiego emeryta, Andrzeja Gołoty, który wedle książki „Kulej – mój mistrz” także jest przyjacielem Marcina Najmana i dlatego zapewne tę „naprawdę” ostatnią walkę wygra właśnie Andrzej.
Zawsze, gdy oglądałem walki Najmana, miałem wrażenie, że do ringu wchodzi przerażony. Stąd wynikał jego styl walki, rozpaczliwy, chaotyczny atak, który w przypadku równie przerażonych zawodników jak on, był kilkakrotnie skuteczny. Ale największym atutem Najmana jako zawodnika było to, ze pokochał boks bez wzajemności i uczynił z tego walor – będąc słabym bokserem, rozgrywał to medialnie w taki sposób, że stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich pięściarzy na zawodowym ringu. Stał się wzorcem dla wszystkich tych, którzy będąc pozbawieni talentu i chęci do pracy, zaopatrzeni jednocześnie w bogaty zapas ambicji, mogą kreślić swoje drogi na „szczyt”. Czego „szczyt” pozostaje w tym wypadku kwestią drugorzędną.
Podobnie jest z książką Najmana. I nie chodzi mi o to, że na 102. stronie Jurek Kulej zadzwonił do swojego Marcinka „o wpół do SIUDMEJ rano”. Najman, jak już tu wspomniałem, był w swoim życiu bokserem, zawodnikiem MMA, celebrytą z Big Brothera, promotorem gal bokserskich. Teraz został pisarzem. Z książki wynika, że ponad wszystko był jednak przyjacielem Jerzego Kuleja. I pewnie, jakim był sportowcem i pisarzem, takim był i przyjacielem. Kulej – przyjaciel był dla Marcina Najmana trampoliną, dzięki której mógł on wybić się spośród tłumu przeciętniaków. Taką trampoliną był dla niego boks, taką trampoliną jest Andrzej Gołota, taką trampoliną jest prezydent Częstochowy, o którym wspomina z atencją nasz bohater, taką trampoliną jest Przemysław Saleta – największy wróg Najmana.
Każda porządna książka musi mieć swojego czarnego bohatera. Takim bohaterem jest w książce „Kulej – mój mistrz” Przemysław Saleta. Wspominane są tutaj rozmowy Marcina Najmana ze swym mentorem, w których Mistrz bezradnie kręci głową, gdy słyszy kolejne słowa na temat Salety – Salety podstępnego, Salety nieuczciwego, Salety bez zasad, Salety niemęskiego. Najman błyszczy jak statua ze złota przy nikczemnej figurze swego odwiecznego rywala, jak w klasycznym westernie – najpierw przyjaciela potem zdrajcy i wroga. Najmana otaczają sami przyjaciele, ale postać Przemysława Salety uświadamia czytelnikom, kim bylibyśmy bez wrogów.
Oprócz wątku Salety wszystkie trampoliny Najmana, z Jerzym Kulejem na czele, są ukazane w świetlistej łunie pozytywnych relacji z Marcinem Najmanem, który rozjaśnia je wszelkiego rodzaju komplementami. Najważniejszą umiejętnością pana Marcina jest bowiem sztuka wazeliniarstwa, którą rzeczywiście opanował po mistrzowsku. Jego dzieło wręcz ocieka lukrem, jest pełne zachwytów nad wspaniałymi ludźmi, którzy mieli niewątpliwe szczęście spotkać na swej drodze tę cudowną postać, jaką jest Marcin Najman.
Celowo nie poświęciłem tutaj wiele miejsca tytułowemu bohaterowi książki, tytułowemu, bo jak powiedziałem głównym bohaterem jest tutaj sam autor. Mimo wszystko uważam książkę „Kulej – mój mistrz” za ważne zjawisko. Nie ze względu na wartość literacką czy biograficzną, ale dlatego, że książka ta osiąga wyżyny, jeśli chodzi o socjologiczne zobrazowanie zjawiska celebryctwem zwanego. Otóż celebryta, jako osoba sama w sobie nie przedstawiająca zbyt dużej wartości, potrzebuje trampolin, które wyrzucą ją na orbitę medialnego zainteresowania. Książka „Kulej – mój mistrz” jest doskonałym instruktażem jak takie trampoliny znajdować i wykorzystywać do swoich celów. W tym tkwi jej wartość i ważność. Bo, jak mówi stare porzekadło, pamiętające czasy świetności Jerzego Kuleja, to nie walka, lecz chęć szczera uczyni z ciebie boksera.

piątek, 12 września 2014

Recenzja książki Gezy Ottlika "Szkoła na granicy" - wyd. WAB

                                                             http://lubimyczytac.pl/

Szkoła opresji

Géza Otllik nie jest dobrze znany polskim czytelnikom, chociaż to już trzecie wydanie „Szkoły na granicy” w naszym kraju. Jak słusznie zauważa autor posłowia do „Szkoły...”, Peter Eszterhazy, urodzony w 1912 Ottlik pokoleniowo lokuje się między Sandorem Maraiem (1900) a noblistą Imre Kerteszem (1928). Doświadczenie tych trzech twórców przypada na gwałtowny czas przemian XX wieku. Pierwszy z nich, Marai, powraca do klimatu belle époque, opisuje upadek „starych, dobrych” czasów, także monarchii austro-węgierskiej, która do dziś dla wielu Węgrów stanowi chlubny okres w ich historii. Kertesz koncentruje się na największej tragedii w dziejach ludzkości, jaką niewątpliwie jest Holocaust. Ottlik w swoim opus magnum, jakim bez wątpienia jest „Szkoła na granicy”, buduje most między tymi dwoma momentami. Tworzy on obraz tego, co doprowadza do świata bezwzględnych dyktatur. Ważnym faktem jest to, że książka powstała tuż po II wojnie światowej, ale została wydana dopiero po bolesnych dla Węgrów wydarzeniach 1956 roku.
Tematem powieści węgierskiego pisarza są wspomnienia ze szkoły wojskowej. Wojsko i szkoła – dwa systemy opresji, mające na celu przekształcić dziecko w dorosłą i świadomą jednostkę, zostały tutaj połączone, tworząc wyjątkowy świat doznań młodego człowieka wobec machiny dorosłego świata. Autor na pewno znał takie książki, jak „Przygody dzielnego wojaka Szwejka” Haszka czy bardzo zbliżoną tematycznie powieść Roberta Musila „Niepokoje wychowanka Torlessa”. Ważna jest tutaj także wspólnota geograficzna – wszyscy z wymienionych pisarzy pochodzą z Europy Środkowej, choć są różnej narodowości: Węgier – Ottlik, Czech – Haszek i Austriak – Musil. I to nie są jedyni twórcy, pochodzący z tego regionu, którzy w poruszali temat opresji systemu wobec jednostki. Wszak jest to tradycja Franza Kafki z jego „Procesem” na czele. Geza Ottlik świadomie i w wyjątkowy sposób wpisuje się w tę tradycję.
Akcja powieści przypada na lata 20. XX wieku. Ottlik sięga do swoich własnych doświadczeń, by stworzyć syntezę świata opresji, który jest tutaj utożsamiony z wkraczaniem w dorosłość. Być dorosłym znaczy dla autora być pogodzonym z okrucieństwem i bezwzględnością świata, który traktuje człowieka jako narzędzie. Młodzi ludzie w „Szkole na granicy” muszą zatracić własne przekonania, muszą zacząć żyć z maską, którą zakładają im przełożeni. Tylko wtedy narzędzie będzie skuteczne, tylko wtedy narzędzie będzie przydatne. Wszystko to sprawia, że „Szkoła na granicy” staje się sugestywnym zapisem relacji między jednostką a systemem oraz przemian zachodzących w człowieku, który szybko staje się częścią tego systemu i przestaje działać według własnych przekonań. To system tworzy człowieka, nie psychika, osobowość czy normy moralne – mówi czytelnikom Géza Ottlik.
Mimo tak silnego przekonania o braku wolności, książka Ottlika jest bardzo subtelnym opisem świata dyktatury. Właśnie ta delikatność, niedomówienia, swoisty brak dramatyzmu czyni ów opis wyjątkowo silnym. Trzeba przebić się przez warstwy normalności, obojętności, by dotrzeć do istoty przesłania Ottlika. Paradoksalnie właśnie przez to może się ono okazać wyjątkowo mocne. System wcale nie musi tutaj oznaczać całkowitej rezygnacji z samego siebie. To swoisty psychologiczny dualizm między tym, kim jestem dla świata, a tym, kim pozostaję dla samego siebie. Tragiczne jest właśnie owo uświadomienie sobie, że to, co moje, w pewnym momencie zostaje zatracone i nie jest tego w stanie powstrzymać żadna wolność.
Géza Ottlik nie był płodnym twórcą. Prócz zbioru opowiadań i popularnej wśród miłośników gry w karty książki na temat brydża nie wydał prawdopodobnie nic więcej. „Szkoła na granicy” jest dziełem jego życia, książką z jednej strony osobistą, sięgającą do własnych przeżyć, z drugiej strony - bardzo prawdziwą syntezą świata opresji. Nie jest to jednak książka mroczna, niosąca z sobą jedynie negatywny obraz świata. Jest tutaj miejsce na przyjaźń i nostalgię. Jest tutaj przekonanie, że nawet mroczna, opresyjna rzeczywistość może być pokonana przez siłę wzajemnych, międzyludzkich relacji, które tworzą podskórny i wewnętrzny ale przecież najistotniejszy sens tego świata.

środa, 3 września 2014

Recenzja książki Joanny Dziwak "Gry losowe" - wyd. Ha!art

       
oficjalna recenzja portalu  Lubimy czytać

Męczył mnie ten termin. Wszędzie słyszałem tylko: hipster to, hipster tamto, hipster tu, hipster tam. Ale gdy prosiłem: dajcie mi hipstera!, odpowiadała głucha cisza. Zrozumiałem dopiero, gdy na Facebooku zobaczyłem memy ze strony „Hipsterski maoizm”. Autorką strony jest w połowie Joanna Dziwak. Joanna Dziwak jest także autorką „powieści” „Gry losowe”, „powieści” wydanej przez Ha!art – najbardziej hipsterskim z hipsterskich wydawnictw na naszym rynku księgarskim.
Hipsterstwo strony „Hipsterski maoizm” objawia się kontrkulturowym sprzeciwem wobec elit politycznych. Ostrze szyderstwa jest wymierzone w polityków wszelkich ugrupowań i przekonań. Skłania to odbiorcę do wniosku, że hipster jest zbuntowany wobec wszystkiego, co ma wpływ na masę, w której przyszło mu żyć. Jednak hipster nie uważa, że jego bunt ma jakikolwiek sens, więc pozostaje na poziomie dowalania memami. Jednym z głównych elementów memowych jest „piąteczek”, czyli moment, gdy i ci z PiS, i ci z SLD i ci z PO, ba!, nawet sam Putin i Angela Merkel, udają się na melanż. Wedle „Hipsterskiego maoizmu” najlepsze melanże odbywają się u Olka Kwaśniewskiego.
Ale zostawmy już „Hipsterski maoizm”. „Gry losowe” bowiem z polityką nie mają wiele wspólnego. „Gry losowe” są o współczesnych artystach, którzy, chcąc nie chcąc, są poniekąd niezdefiniowanymi hipsterami. Są różni - wiekowo, płciowo nieraz bardzo odlegli, ale łączy ich Internet. Czy ktoś widział kiedyś Internet? Nie pamiętam, czy to cytat z książki „Gry losowe”, która opowiada o podwójnej fikcji – fikcji twórczej spotęgowanej przez fikcję Internetu. Pokazuje, jak bardzo pogubiliśmy się w świecie, w rzeczywistości, gdzie każdy staje się twórcą, gdzie byle szczyl, przyprawiający wąsy Komorowskiemu, panu prezydentowi, staje się artystą współczesnym, hipsterskim, niezależnym prawie od nikogo, niezależnym prawie od samego siebie
Arkadiusz Pszczoła. Wiedzie nas autorka od alfabetu łacińskiego, że litery to świat kobiecych schiz, przez świat cyfr arabskich, które symbolizują pozorny sukces marketingowy męski, lecz także uniwersalnie romansowo-internetowy, aż do cyfr rzymskich, które są porządkiem Arkadiusza Pszczoły. Arkadiusz Pszczoła jest mi bliski. Pewnie jest bliski wielu adeptom sztuki pisania, którzy wchodzą w „smugę cienia”. Jest mi bliski wiekowo i bliski wykształceniowo. Ma, rzecz jasna, wiele przypadłości świra. Podstawową jego przypadłością jest to, że świruje. To znaczy nie potrafi mieć normalnych relacji ze światem. Tą cechą przypomina nas wszystkich. Wszystkich, którzy prawdy o świecie i relacji międzyludzkich szukają w Internecie. Oprócz tego jest polonistą, jest po czterdziestce i pisze wiersze, które publikuje w Internecie.
A wszystko to opisane z wyczuciem narracji fejsa. Teksty są jak podpisy pod memami. Lekko i wesoło, chociaż tak naprawdę smutno, wiedzie nas ta narracja od Los Angeles do Bytomia. Bo świat to jednak globalna wioska. Globalna wioska, gdzie jednak wszyscy są tak cholernie samotni, że wierzą w Internet i w fejsa, i w lajki na fejsie. Że bez tej pompy ssąco-tłoczącej nie daliby rady już istnieć, bo tak naprawdę nie potrzebują drugiego człowieka. Bo boją się, że ci inni są tak samo popieprzeni, jak i on sam, ona sama.
„Gry losowe” stawiają znak równości między wygranymi i przegranymi. Niwelują to, co do tej pory stanowiło o sensie kultury, że na przykład ktoś dostał Nobla albo Nike, bo i tak sens tego jest sensem doraźnym i niepewnym. Encyklopedie, których już nikt nie kupuje, pękają w szwach od różnych laureatów, a o Wikipedii to już w ogóle szkoda mówić. Tak zatem każdy stał się twórcą, ale odbiorców nie starcza, a jak starcza, to jest to jeszcze bardziej podejrzane, bo kim są ci, którzy zamiast tworzyć, czytają? I czy w ogóle można im w związku z tym ufać?
Pojechała Masło Dziwak. Zarzut to czy pochwała? Sam nie wiem. Ja to lubię. Czyli nie jest to książka natrętnie oryginalna. Ale co dziś jest natrętne i oryginalne zarazem? Internet?
„Gry losowe” są z pozoru książką błahą. Może się prześlizgują, może zbyt szybko się czytają, może nie zgłębiają. Ale czy nie taki charakter ma świat „fejsbukowych” doznań? „Gry losowe” są pytaniem o rolę kultury w dobie Internetu. Pytaniem ważnym, pytaniem ciekawym. Czy wystarczająco głębokim i na poziomie? A co dziś jest wystarczająco głębokie i na poziomie? Internet?