Dom (zly)

Dom (zly)

czwartek, 30 kwietnia 2015

Recenzja książki "Pijane banany" Petra Šabacha -wyd. Afera

28-04-2015

Miłość w blasku ceczek

Już na wstępie mojej recenzji zdradzę, że nie zdradzę, co owe tytułowe „ceczka” znaczą. Szanowny czytelniku - żeby się tego dowiedzieć musisz sięgnąć po najnowszą książkę Petra Šabacha pod intrygującym tytułem „Pijane banany”. A żeby się lepiej czytało, i recenzję i książkę, polecam odpalić „jutuba” i wprowadzić się w klimat czechosłowackich lat 80. Na początek Petr Kotvald i Stanislav Hložek w utworze „Holky z naši školky”. Z tego, co pamiętam, utwór gościł na naszej Liście Przebojów Trójki.
Do mnie Czesi przybyli pierwsi. Przychodzili z Wrocławską Pieszą Pielgrzymką, bo tak się złożyło, że mieszkam pod Jasną Górą. I tak zaczęły się wizyty w przygranicznym Nachodzie, wypady do Pragi i innych miast. Była połowa lat 80. W Czechosłowacji było tanio i wszystko dostępne – salami, szok, krojone w plasterki; wódka i piwo w każdym kiosku. No i Kofola. Targaliśmy z powrotem całe plecaki dobra wymienianego za tureckie dżinsy. Rządziło się, bo każdy Polak był wtedy w Czechosłowacji Rokefellerem i chyba Czesi nas wtedy bardziej znielubili niż w 68. Polski Pan, lat 16/17, na hotelach, salonach popijał Smirnoffa Becherovką i miał jedną myśl w głowie – Czechy są ładne. Pełne czekolady Studenckiej i lentilek. I taniego piwa.
A w domu była „Żena za pultem” czyli „Kobieta za ladą” i piosenka „Gdyż masz w chalupie orkiestrion” z serialu „Chalupaři” czyli „Pod jednym dachem”, „czeskie filmy” non stop, bo coś w nich urzekało, ale nie było do końca wiadomo co - „Jak utopić doktora Mraczka?”, „Straszne skutki awarii telewizora” czy „Adela jeszcze nie wieczerzala”, dużo tego było i nie było tam wojny, nie było Klosów ani Czterech pancernych. I była też czechosłowacka Jedynka z anteny naziemnej, z tymi wszystkimi hospodami i biesiadami. I było to dobre.
Twórczość Petra Šabacha to także „czeskie filmy”. Na motywach jego prozy chętnie kręci jeden z najbardziej znanych obecnie czeskich reżyserów Jan Hřebejk. „Pod jednym dachem” czy „Bigbeatowe lato” są filmami dobrze znanymi nie tylko w Czechach. „Pupendo” z 2009 jest filmową adapatacją „Pijanych bananów”.
„Pijane banany” są dobre. Choć, szczerze mówiąc, nigdy ich nie próbowałem. Nie wiedziałem, że istnieją jeszcze takie czeskie rarytasy. Honza ma szesnaście lat i miesza w Pradze w latach 80. W Czechosłowacji władzę pełni breżniewowski namiestnik Gustav Husák, a wśród młodych ludzi rządzą ceczka – tak przynajmniej twierdzi autor książki Petr Šabach. Czym są ceczka, jak już powiedziałem, nie zdradzę, musicie zatem przeczytać tę książkę, bo tam to jest wyjaśnione, a póki co możecie sobie posłuchać piosenki Michala Davida o tym czechosłowackim fenomenie.
Normalizacja. Jakiś dziwny letarg, gdy oficjalne media podają, że Czechosłowacja jest piękną krainą, gdzie spełnia się socjalistyczny sen o równości w postaci knedli i piwa, tego szwejkowskiego minimalizmu. Ze Żwirkiem i Muchomorkiem, Makową Panienką i Krecikiem, Sąsiadami, którzy zawsze wszystko spaprają, ale i tak są zadowoleni z życia. Bo Czesi to śmiejące się bestie. Kto tak powiedział? Heydrich, Goebels, a może Hrabal? Normalizacja – koszmar sprowadzania wszystkiego do wspólnego mianownika. Eliminacja-emigracja jak się znormalizować kogoś nie da. I ten naród, przedziwny i perfidny, daje się uśrednić, daje się sprowadzić. Niby wszystko idzie wedle prawideł Husáka sterowanego przez towarza Breżniewa, ale pamiętajcie: Czesi to śmiejące się bestie! Ci jowialni, uśmiechnięci mieszczanie jak z powieści Haszka, zahibernowali w sobie gen niepokoju – to, co nas przeraża u Haszka właśnie, u Hrabala, czy Formana; to, co płynie do nas z poetyki Franza Kafki, że pod absurdem codzienności czają się demony.
Ten absurd codzienności doskonale oddał Šabach w swej powieści, poświęconej wspaniałym latom 80. Niby wszystko tutaj takie swojskie, beztroskie, ale widać u wszystkich bohaterów swoiste zawieszenie, niemożność, bezwład i oczekiwanie. To świadoma poetyka Šabacha. Trzeba się do tych treści przebijać, ale są one wyraźne. Widać je przede wszystkim w dojmującym poczuciu absurdu egzystencji, w powszechnym, niby wesołym, ale depresyjnym alkoholizmie bohaterów. Ale mimo całej melancholii „Pijane banany” są jednak pełne nostalgii, tęsknoty za czechosłowackim normalizacyjnym spleenem lat młodzieńczych, bo jest to powieść o tym, dlaczego kochamy komunę. Za marzenia. Za to, że byle kałuża przypominała nam morze, że byle podróbka była jak namiastka nieba, i że była miłość w tych błyskach ceczek. I że te marzenia nam odebrano. Ale nie dowiecie się, czym są ceczka, jeśli nie przeczytacie tej powieści w całości, do samego końca.
Na koniec ukłon w stronę wydawnictwa Afera i Julii Różewicz. To piękne i potrzebne przekłady. Ale ważna jest także forma, jaką „Afera” nadaje tym skromnym przecież objętościowo utworom. Książki tego wydawnictwa są cudnymi miniaturami, które dają piękno i uśmiech. Z takimi cackami (ceczkami?) spotkałem się, gdy zacząłem kupować Hrabala w oryginale. Dziś mam na półce kilka książek Afery i prezentują się one śliczniej niż niejeden opasły tom, który sili się na monumentalne syntezy, a faktycznie jest przyciężki. Książki wydawnictwa Afera i sama książka Šabacha są skromnym arcydziełem, zarówno pod względem treści jak formy. A słowo „skromny” niech będzie dla tego utworu najlepszym komplementem.

czwartek, 23 kwietnia 2015

Recenzja książki Jakuba Woynarowskiego "Martwy sezon" - wyd. Ha!art


Matematyka umierania

Komiks. Komiks według Schulza. A przecież wszyscy kochamy Schulza. I ten jego „realizm magiczny”, który rozpoczyna się w małym miasteczku, by przechodzić w wewnętrzne światy wyobrażone. By opowiadać dawne i te same historie poprzez mit i archetyp. Jakże ciekawą zatem i nowatorską rzecz stworzył Jakub Woynarowski, laureat zeszłorocznego Paszportu Polityki. „Martwy sezon” to jego komiksowa adaptacja prozy Brunona Schulza, wydana przez Ha!art.
Adaptacje. Ta najbardziej znana to oczywiście film Wojciecha Jerzego Hasa. Adaptacja magiczna i teatralna, pełna magicznych rekwizytów podróż do wewnętrznych światów. „Ulica Krokodyli” braci Quay, chociaż jest to animacja, idzie w stronę teatru lalek, przywołując topos „theatrum mundi”, gdzie człowieka się jednocześnie degraduje do roli manekina i zarazem uwzniośla do funkcji ożywiacza martwego świata. Obydwa te dzieła są silnie z poetyką Brunona Schulza związane. Estetykę tych filmów można śmiało nazwać „schulzowską”.

Możemy zadawać sobie pytania o symbole i sensy, nie będziemy natomiast o samego Schulza.
„Martwy sezon” jest daleki od prozy autora z Drohobycza. Woynarowski nie określa swego dzieła mianem adaptacji. Na okładce książki czytamy: „na motywach twórczości Brunona Schulza”. Świat Schulza jest tutaj zatem bardziej inspiracją, a samo dzieło osobistą wariacją na temat. Zresztą słowo „komiks” także jest podważane przez samego autora. Woli on mówić o „opowieści graficznej”, gdyż słowo to lepiej oddaje ducha jego twórczych działań, jest bardziej „uni-”.

U Woynarowskiego nie ma bohatera, nie ma tradycyjnie rozumianej akcji, nie ma chmurek ani napisów komentujących obrazek. Są natomiast zdania. Zdania wyrwane z Schulza. Zdania wyrwane Schulzowi. I to słowo – wyrwane – najlepiej oddaje, co „komiks” Woynarowskiego uczynił z prozą tego pisarza. To, co tworzy Jakub Woynarowski, jest na wskroś współczesne, choć próbuje być uniwersalne. Mikro i makro kosmosy geometrii wynikają z siebie, by opisać zjawisko destrukcji, obumierania. Z pustki do pustki. Świat Woynarowskiego to kosmos, wszechświat. Świat Schulza był wewnętrzny. To, co u Schulza biegło do środka, u Woynarowskiego pędzi w nicość. To, co u Schulza było konkretne i jednostkowe, u Woynarowskiego staje się puste i pozbawione znaczenia.

Nie podobał mi się ten matematyczny kogel-mogel, którym Woynarowski dla mnie Schulza uśmiercił. Wyciągając, to, co uniwersalne, autor „komiksu” poleciał w kosmos, ale nie był to kosmos z opowiadań autora „Martwego sezonu”.

piątek, 10 kwietnia 2015

Recenzja książki Andrzeja Sowy "Ocalony. Ćpunk w kościele" - wyd. Znak

08-04-2015

Ocalony – nawrócony

Nie chcę cię częstować śmiercią
życie piękniejsze jest niż śmierć
każdą swoją żywą częścią
wybieram życie

Z Andrzejem Sową spotkałem się w moim miejscu pracy. Do szkoły zawodowej w Lublińcu przyjeżdżał wtedy granatowy samochód oklejony kolorowymi serduszkami. Wśród uczniów Pan Andrzej wzbudzał żywe zainteresowanie, z daleka widać było, że ma z młodymi ludźmi bardzo bezpośredni kontakt. Zajęcia profilaktyczne, dotyczące narkomanii, cieszyły się dużą popularnością, a ich autor wprowadzał w szkolne mury niezwykłe ożywienie. Kiedy pojawiał się na swoich zajęciach atmosfera w szkole zmieniała się – widać było, że młodzież dyskutuje, jest poruszona tym, co usłyszała. Bohater tej recenzji zwraca uwagę samym swoim wyglądem – dredy do pasa, kolorowe koszulki, bojówki i niegasnący humor i energia. Ostatnio zobaczyłem Andrzeja Sowę kilkakrotnie w popularnych programach telewizyjnych. Promował książkę, zawierającą wspomnienia z całego swego życia.
O tobie wiem że mieszkasz w bardzo długim bloku
I to już chyba „Lśnienie”
Prawie nikogo nie znasz wokół
Twoja samotność gorsza niż więzienie...

Zaintrygowany sięgnąłem po książkę „Ocalony. Ćpunk w kościele”. Chciałem poznać bliżej historię tego człowieka, który promieniował niesamowitą pozytywną energią. Uczestniczyłem w jednych zajęciach, prowadzonych dla nauczycieli. Było to jednak dla mnie zbyt mało, by zrozumieć pedagogiczny fenomen Andrzeja Sowy. Książka dała mi szansę zbliżyć się do przesłania i charyzmy autora i uważam, że warto po nią sięgnąć. „Ocalony. Ćpunk w kościele” to autentyczne świadectwo nawrócenia, wyjścia z ciężkiej choroby, jaką jest narkomania w jej zaawansowanym stadium. To historia o tym, jak Pan Bóg rzuca nam koło ratunkowe w momencie, gdy wydaje ci się, że jest już po tobie.
Twoje kolejne kłamstwo
Masz koszulkę z Kurtem
I nawet ci do twarzy
nawet ci do twarzy z trupem
Poproś go niech ci dziś powie chociaż słowo
Mógłbym ci zaśpiewać
Dobrze umrę lepiej sprzedam

Andrzej Sowa w swojej książce jest taki jak w życiu – kolorowy i energiczny. Jego język jest prosty i bezpośredni, ale jednocześnie pozbawiony nachalnego dydaktyzmu. Młodzi ludzie łatwo identyfikują się z takim bezpośrednim przekazem. W języku Sowy nie brakuje dosadności a nawet wulgarności, by opisać doświadczenie uzależnienia od narkotyków. Frontman zespołu „Maria Nefeli”, który wygrał jeden z jarocińskich festiwali, pokazuje jak ulotne potrafią być ludzkie wyobrażenia o sławie i sukcesie, gdy płyną z otumanionej narkotyczną wizją wyobraźni. Patrzący na swe życie z dystansu autor, zdziera iluzoryczną powłokę, za którą czai się koszmar samotności, prowadzącej do śmierci.
Dla ciebie śmierć to pestka
Życie to zabawka
A każda twoja blizna
Każda igła i strzykawka
Jeszcze jedna marność
kolejna łatwizna

Andrzejowi Sowie udało się wyjść z tragicznej pułapki narkotyków, którą sam na siebie zastawił, igrając ze swym życiem, traktując je jakby było ową „zabawką” z piosenki Grabaża. Nie udałoby się to jednak bez nawrócenia, a sam fakt uporania się z nałogiem autor określa mianem cudu uzdrowienia. Dziś Andrzej Sowa jest pełnym sił witalnych mężczyzną, kochającym mężem i ojcem, czerpiącym pełnymi garściami z piękna i radości życia. Jego książka „Ocalony. Ćpunk w kościele” to jedyne w swoim rodzaju wyznanie grzechów, specyficzny rodzaj publicznej spowiedzi z całego życia, dokonanej po to, by ustrzec młodych ludzi przed iluzją, którą obiecują narkotyki czy alkohol.
Odwrócone krzyże
Orgazm na pentagramach
Swastyki w twojej głowie są gorsze niż na ścianach
To fatalna iluzja
Gówniana fatamorgana
Mógłbym ci zaśpiewać
Dobrze umrę lepiej sprzedam

Sięgnijcie zatem po tę książkę, książkę, która jest do bólu szczera i płynie z potrzeby przestrogi dla tych, którzy mają zamiar zaryzykować. Świadectwo Andrzeja Sowy jest z jednej strony refleksją na temat uzależnienia i narkomanii, ale z drugiej jest opowieścią pełną nadziei dla tych, którzy żyją w przekonaniu, że nic już nie ma sensu. Za ilustrację dla recenzji książki „Ocalony. Ćpunk w kościele” wziąłem piękny tekst z piosenki „Pidżamy porno” pt. „Pryszcze”.
Czerwone pryszcze już nie psują mi twarzy
Sam też stoję trochę z boku
Wiem że dobrze jest być
I dobrze jest mieć
Mieszkam w bardzo długim bloku