Dom (zly)

Dom (zly)

niedziela, 10 maja 2015

Recenzja książki „Losy dobrego żołnierza Szwejka” - wyd. Znak

04-05-2015

Wszyscy jesteśmy idiotami, albo „pochwała głupoty”

                                   oficjalna recenzja portalu
Autor recenzji: lapsus
Autor książki: Jaroslav Hašek
Jestże, na Boga żywego, coś szczęśliwszego od tego nasienia ludzkiego, które powszechnie nazywają głuptakami, błaznami, półgłówkami, kapuścianymi głąbami? Erazm z Rotterdamu „Pochwała głupoty”
Pisać recenzję „Losów dobrego żołnierza Szwejka” to prawie tak jak zabrać się za „Pochwałę głupoty” i polecać ją czytelnikom. Są dzieła, bez których zrozumienie świata jest po prostu trudniejsze. Żyjemy jednakże w rzeczywistości, gdzie ktoś może znać 50 tomów przygód jakiegoś wilkołaka albo seksualnego maniaka, a o Erazmie z Rotterdamu nie wiedzieć nic. Podobnie może nie wiedzieć nic o Jaroslavie Hašku, bo o Szwejku to raczej będzie wiedział, że to taki grubasek z poczciwym uśmiechem z etykietki piwa na półce w „Żabce”. No to może warto przypomnieć, że są dzieła jak słupy milowe w historii literatury i że właśnie takim dziełem są „Losy dobrego żołnierza Szwejka czasu wojny światowej” Jaroslava Haška, wznowione niedawno przez wydawnictwo „Znak” w przekładzie Antoniego Kroha. Na okładce książki przeczytałem takie słowa Mariusza Szczygła: Kiedy proponują mi udział w jakimś publicznym spotkaniu obok Antoniego Kroha, zawsze odmawiam. Mówię, że nie wyobrażam sobie, aby ministrant miał się wypowiadać przy papieżu. Kim jest Szczygieł wiem całkiem dobrze, kim jest Kroh właśnie się dowiaduję, czyli rzecz całkiem a propos.

Oczywiście nie będę zachęcał, polecał, to trzeba znać i już. W szkołach tłukli nam do głów różne głupoty a klasyki światowej mało, dużo za mało. Znaliśmy Szwejka głównie z filmu Karela Steklego z niezapomnianą rolą Rudolfa Hrusínský'ego. To on na lata, a może na wieki, stworzył wzorzec Szwejka, który można by umieścić w Sevres. O Szwejku myślimy Rudolfem Hrusínským.
I niech tak pozostanie. Nie wyobrażam sobie, by ktoś mógł przebić tę filmową kreację powieści Haška, a widziałem ich już całkiem sporo. Właśnie ona doskonale obrazuje, czym jest fenomen Szwejka.

Czy Szwejk był idiotą? Odpowiem: lubił siebie. Lubił siebie takim, jakim był. Erazm pisze: Pytam ja, czy może kochać kogoś ten, kto sam siebie nie cierpi? Czy może żyć w zgodzie z innymi, kto sam ze sobą jest niezgodny? Czy może być komuś miły, kto sam dla siebie jest przykry i uciążliwy? Myślę, że tak nie będzie twierdził nikt, chyba że od samej Głupoty byłby głupszy. Żyjemy w świecie szyderców, zwanych współcześnie „hejterami”, w świecie tych, którzy zawsze wiedzą lepiej. Powiecie: „przecież Szwejk też zawsze wiedział lepiej, gdy na pytanie sądowych lekarzy, ile jest 12 897 razy 13 863, odpowiedział, że 729”. No prawda, ale Szwejk nie hejtował. I nigdy się nie dowiemy, czy wierzył w głupstwa, które wygadywał, czy też robił to z rozmysłem, by doprowadzić absurd otaczającego świata do jakiegoś megaabsurdu, który już się nie obroni.

Szwejk jest metodą. „W tym szaleństwie jest metoda”, że polecę klasykiem. Jest to sposób na radzenie sobie z grozą świata ogarniętego wojną. Otóż okazuje się , że można mieć to gdzieś, można bezczelnie nie przejmować się rolą, można iść pokornie i z uśmiechem na rzeź i przetrwać. Głupocie świata przeciwstawić swoją głupotę i idiotyczny uśmiech. W takich momentach bohater Haška staje się wampirem, który wysysa z wojny i tragedii cały jej bezsens. No ale przecież już od dawna wiemy, że „Czesi to śmiejące się bestie”.

Proza Jaroslava Haška to tradycja, to źródło. „Szwejk” jest promieniem oświetlającym książki wybitnych czeskich pisarzy, ale i filmowców. Bohumil Hrabal wielokrotnie powoływał się na swoje duchowe powinowactwo z prozą czeksiego klasyka. Czyniło to wielu innych. W filmach „czeskiej szkoły”, w tym wynaturzonym, groteskowym tragizmie Herza (Hrusinsky stworzył w jego „Palaczu zwłok” kreację prawie tak wybitną jak Szwejk) czy Formana także nie bez podstaw będziemy doszukiwać się „haszkowskich” przebłysków. No i przecież nikt nie stworzył tak oryginalnego światopoglądu. Możemy wszak zapytać ile ze Szwejka jest w Yossarianie z „Paragrafu 22” czy w Piszczyku z „Zezowatego szczęścia”, ale żadne plebejskie opowiastki o Sowizdrzale czy „żołnierzu-samochwale” nie są w stanie wytłumaczyć fenomenu Szwejka. Był to na owy czas zupełnie oryginalny typ bohatera, który rozpoczyna kolekcję swych naśladowców, aż po słynnego „Foresta Gumpa” włącznie, inspirując kolejne pokolenia twórców.

Dlatego trzeba sięgnąć po wznowiony przez wydawnictwo „Znak” tom „Losów dobrego żołnierza Szwejka” w przekładzie Antoniego Kroha, który odświeżył tradycyjny, bo pochodzący z lat 30. XX. wieku, przekład Pawła Hulki-Laskowskiego. Niewątpliwą zaletą tego wydania są bogate przypisy, które wprowadzają nas w realia szwejkowskich czasów. To książka, która jest żywa, książka, którą warto poznać, książka, do której wracać można po latach. Zatem – miłej lektury. Nieważne – pierwszej czy kolejnej.

poniedziałek, 4 maja 2015

Recenzja książki "Siódemka" Ziemowita Szczerka - wyd. Ha! art

30-04-2015

Siedem

Autor recenzji: lapsus
Tytuł książki: Siódemka
Autor książki: Ziemowit Szczerek
Siedem jest grzechów głównych. Siedem demonów z tych grzechów wychodzi. Siedmiu jest synów ludzkich z tych siedmiu demonów i siedmiu grzechów. I jest „Siódemka” droga do bram piekła. I jest droga ta w samym sercu Europy, w Polsce. I droga ta mityczna prowadzi z dwóch miast wielkich, polskich, choć nie wielkopolskich. Chodź z Krakowa do Warszawy w zimne dziady-listopady, dziś helołin.

Ziemowit Szczerek jest alchemikiem. „Alchemik słowa” jak u Parandowskiego (no wiecie, tego od „Mitologii”) – pomyślicie. Cóż za banał. Nie. Ziemowit jest alchemikiem jak polski szlachcic Twardowski. Słowa zamienia w czyste zloto. Słowo ciałem się staje, że zacytuję klasyka. Rzekł Ziemowit: „Przyjdzie Mordor i nas zje”. I już Paszport Polityki. I już w TVN jako główny ekspert od Mordoru zaproszony. I już ruski Mordor z ruskim Sauronem na niebiesiech ogniście, waginalnie kły swe szczerzy, żarłoczny jak kosiara – zjada i grozi. Rzekł Ziemowit, potomek króla Piasta, w linii genealogicznej prostej jak drut, jak tytułowa „Siódemka”: „Rzeczpospolita zwycięska”. I naród nasz jak rzepa krzepki, zwarty, do walki z Mordorem gotowy. I rzekł Ziemowit „Siódemka”. I naszła nas groza wojny, a raczej „wajny”. Żebysz to car, nieludzki Puto, nie żaden bożek miłości, ale Mars z prawdziwie marsowym licem w drebjezgi, w pierjod, paszoł won i ruki w wierch.

To on rys słowiańskiego syna, nie tylko poprzez godne imię Ziemowit, nosi, że mógłby ze swym „czerepem rubasznym” statystować w „Potopie” albo „Ogniem i mieczem” jako woj sarmacki gotów życie za ojczyznę oddać, wysadzić się w Kamieńcu z Wołodyjowskim i Ketlingiem pospołu.To on modę na styl „lumberjack” jako pierwszy na ziemiech polskich zasiał, pierwej nim stało się to modne. To on, gdy opisał balsam Wigor w „Mordorze”, ożywił ponownie przemyt na granicy z Ukrainą, byśmy mogli poczuć to, co on poczuł, gdy na lwowskim bruku dumał. To dzięki niemu, dzięki jego „Siódemce”, ceny eliksirów wiedźmińskich na czarnym rynku sięgają 100 euro. Wiem, że to miała być recenzja książki „Siódemka” a nie recenzja osoby Ziemowita Szczerka, wiem, ale nie umiałem się powstrzymać.

„Siódemka” jest o polskiej „Highway to Hell”, o drodze do zatracenia, o naszych tańcach chocholich, o mazurach, obertasach, o dostojnych polonezach z blachy pancernej, w których się wozimy jak dzień dniem, jak noc nocą. „Siódemka” jest o polskich demonach, ale nie o tych naszych swojskich Rokitach i Borutach, co to na ludową modłę strugane zdobią wiejskie obejścia, żeby się z nimi po cichu, z ogarkiem ręce, poukładać. „Siódemka” jest o tych demonach strasznych i prawdziwych: o Asmodeuszu i Mamonie, o Lucyferze i Belzebubie, o Szatanie i Lewiatanie, o Belfegorze. „Siódemka” jest o tych złych duchach, które wyparły nasze swojskie diabełki, o demonach Wschodu i Zachodu, które rozpanoszyły się wokół mitycznej „siódemki' i tam swój sabat diabelski uczyniły.
I z trzema tropami się do tej pory, jeśli chodzi o „Siódemkę”, spotkałem. Trop pierwszy to trop Gombrowicza, że to takie z gebą wojowanie, z gębą rubaszną, polską, gębą z sajdingu, polbruku i dachówki. Trop drugi, że to takie surrealistyczne podchody jak w „Małej apokalipsie” czy „Kompleksie polskim” Konwickiego, takie z demonami postkomuny rozliczenie, rozkmina o postpolskim karnawale w technikolorze z lat 90. do teraz. W końcu, co już tu było pisane, że to chochole podrygi, złote rogi i urwane sznury Wyspiańskiego. Ale może pójdźmy dalej jeszcze, że to Mickiewicz i jego „Dziady” w rytmie Helloween- party jak z przedstawienia Radosława Rychcika z Teatru Nowego w Poznaniu – z tymi popkulturowymi kliszami, z tą denominacją „sztuki wysokiej”. A może pójdźmy jeszcze dalej, że to i Mickiewicz i Słowacki ironicznie obrabiający mu tył, z tym sabatem, diabłami na Łysej Górze jak z „Kordiana” i sarmackim pasem opasany. A może pójdźmy jeszcze dalej, że to kolejne kręgi piekła, że to apokalipsa wprost wywiedziona z Dantego, by swe demony pokonać? Skojarzenia. Uczyniono z tego poważny zarzut tej książce, że jest wtórna lubo też wciórna; jakby to Gombro skwitował, że „pyszna rzecz i można by ją z masełkiem podać”, ale to już było. Te wkręty ala Szczerek są dla mnie piękne. Ten rejwach konwencji i koncepcji dokładnie oddaje to, co o Polsce napisano, ale nikt tego nie uczynił o Polsce współczesnej (no może poza Dantem, ale to przecież Dante). Ziemowit Szczerek powołał się sam i sam sobie pozwolił, mówiąc, że skoro chętnych brak, to będziecie mieć takie piekło, taką wojnę, taką apokalipsę, na jaką zasługujecie.

Podstawową kwestią pozostaje, czy Szczerek zamula. Taką tezę postawił Jacek Wakar w „Tygodniku kulturalnym”. I tu mnie boli, bo o ile Sobolewska chwali, to ona jest dobra, ale Wakar mówi prawdę. Zawsze czekam, co powie Wakar. Wakar ponury, znużony. Zatem, czy „Siódemka” zamula, czy nie zamula? Nie zamula, momentami spowalnia, momentami staje w miejscu, by naraz ruszyć z kopyta po polskich drogach, po wertepach, po cudnych i cudacznych manowcach. Taka jest ta diaboliczno-oniryczna powieść drogi, polskiej drogi, polskiej morgi i mordęgi, że tylko siadać i czytać.

 A potem na koń, na trakt królewski 777, „road to heaven” i w te pędy pędzić przez sarmacki karnawał tych krajobrazów, co kopyściami szmiry udekorowane, ale nie angielskie, nie kreolskie, ale nasze, nasze polskie. Czy z Mickiewicza, czy z Gombrowicza, czy z Dantego. Na koń!