Dom (zly)

Dom (zly)

niedziela, 16 sierpnia 2015

Recenzja filmu "Legenda Kaspara Hausera" Davide Manuliego -"czytajowa" prapremiera 23.09. 2015

Io sono Kaspar Hauser

Pewien szewc w Norymberdze Roku Pańskiego 1828 znalazł na ulicy chłopca w chłopskim stroju. Jedyne słowa, jakie początkowo wygłaszał ów młodzieniec, brzmiały: „Chciałbym być kawalerzystą, jak mój ojciec”. Później okazało się, że nazywa się Kaspar Hauser i ma 16 lat. Trzymany był przez lata w piwnicy przez zakapturzonego mężczyznę. Nie jadł nic, próćz chleba i wody. Był wybitnie uzdolniony. Okazało się, że na jego życie czyhają jakieś tajemnicze, mroczne siły. Pierwszy zamach na życie się nie powiódł, drugim razem, zwabiony obietnicą wyjaśnienia tajemnicy swego pochodzenia, Kaspar został śmiertelnie ugodzony nożem. Zmarł w wieku 21. lat. Legenda mówi, że w żyłach Kaspara Hausera płynęła królewska krew.

Kaspar inspirował swą legendą twórców. Paul Verlaine poświęcił mu wiersz „Kaspar Hauser śpiewa", W 1908 powstała powieść Jakuba Wassermanna pt. „Kaspar Hauser czyli dziecię Europy”. W 1974 roku Werner Herzog, najbardziej romantyczny z żyjących rezyserów, nakrecił film „Zagadka Kaspara Hausera”. Tych inspiracji jest dużo więcej, a jedną z najciekawszych jest najnowsza - technowestwern Davide Manuliego „Legenda Kaspara Hausera” z 2012.

Kaspar w ujęciu Manuliego jest DJ'em, który zostaje wyrzucony przez fale przypływu. Muzyka DJ'a Vitalica wprowadza nas w trans tej baśni, gdzie wiele wskazuje, że bohater jest przybyszem z kosmosu, lub, jak kto woli, z Niebios – w tym hermafrodytycznym wcieleniu Silvia Calderoni. Tak przynajmniej twierdzi Czarny Szeryf (Vincent Gallo). Na wyspie X rządzi zła królowa. To ona pełna jest bojaźni przed tajemniczym przybyszem i wysyła swego „białego” zabójcę (w tej roli także Vincent Gallo). Czarno-biała konwencja taśmy filmowej zostaje wpisana w tę wybitną kreację, swoistą aktorską schizofrenię Gallo, który jednoczy w tym filmie cechy bohatera negatywnego i pozytywnego.

Technobaśń, technowestern – ale nie gra konwencjami jest tutaj najważniejsza. Najważniejsza jest romantyczna legenda i nadzieja. Nadzieja na to, że niemozliwy na tym świecie tryumf dobra, żyje w nas, w naszych pragnieniach. A największym wyrazem ludzkich pragnień jest sztuka, by każdy z nas mógł powtórzyć za bohaterem filmu: „Io sono Kaspar Hauser”.

piątek, 7 sierpnia 2015

Częstochowskie klimaty na lapsusofilu. Recenzja książki "Zależności" Łukasza Suskiewicza - wyd. Forma

Proza kompulsywna - „Zależności” Łukasza Suskiewicza.
                               próbuję rozmawiać z Łukaszem o jego prozie, foto Aleksandra Mieczyńska


„Zależności” Łukasza Suskiewicza były dla mnie od początku zagadką. W opinii na LC ograniczyłem się do kilku zdawkowych zdań pochwalnych, bo książka mi się podobała.

„Powieść-rozrachunek. Rozrachunek z bycia synem, rozrachunek z bycia matką, rozrachunek z bycia ojcem. Ta sama historia, opowiedziana setki razy, upleciona ze stereotypów, ale zawsze świeża, zawsze drażliwa, zawsze osobista. Narracje dziecka, matki i ojca przeplatają się w tym wewnętrznym monologu głównego bohatera. Jest to głównie kolaż negatywnych emocji, za którymi kryje się stare jak świat pytanie: dlaczego tak być musiało?”. Taki był mój komentarz do książki. Zdawkowa opinia, która była, na tyle bezpieczna, żeby nie narażać się na nieoczekiwane kontry.

Wydawało mi się, że mamy do czynienia z mrocznym obrazem polskiej rodziny, zależnościami i uwikłaniami, składającymi się na ten smutny obraz, byśmy mogli się zapytać siebie samych o nasze życie, nasze rodzinne zależności i wdrukowane ścieżki rodzinnych ról – zrzędząca matka, ojciec wędkarz-alkoholik itp. itd.. Wydawało się, że „Zależności” są o niemożliwości ucieczki, że rozerwanie tego kręgu „zależności” może jedynie doprowadzić do rozbicia atomu rodziny i wywołanie reakcji łańcuchowej, która swą falą uderzeniową, promieniowaniem cieplnym tysięcy stopni, w końcu promieniowaniem przenikliwym rodzinnych odpadów radioaktywnych zniszczyłaby struktury społeczeństwa. Wydawało mi się, że "Zależności” są o odgrywaniu standardowych ról, na które jesteśmy skazani, by zachować status quo i że to z jednej strony jest smutne, ale z drugiej tak być musi i trzeba nam się z tym pogodzić, że to pogodzenie chroniłoby egzystencję jednostki przed eskapizmem, za którym czai się samotność i alienacja wśród bliskich.

Tak mi się wydawało do momentu, gdy 5. sierpnia poprowadziłem spotkanie z autorem książki i próbowałem dopytać się, czy „Zależności” są o tym, o czym myślałem – że jest to literacki hejt na jojczącą matkę, bo o ojcu to w ogóle szkoda gadać i że jest to książka z trzewi, że Łukasz mierzy się z niej z sobą samym a swoista stereotypowość postaci jest jedynie prowadzoną przez niego grą, by schować się za pomieszaniem fikcji z osobistym doświadczeniem.
Spotkanie było dla mnie inspirujące, bo od Łukasza dowiedziałem się, że czytanie literatury przestało być dla niego inspirujące, że pisanie literatury jest zbędne, bo i tak nic nowego się nie napisze, a książek i tak jest za dużo, a „Zależności” powstały, bo powstały, co wynika z prostego faktu, że Łukasz Suskiewicz jest pisarzem kompulsywnym i w zasadzie to nic nie może poradzić na to, że napisał książkę. Zdawkowość odpowiedzi autora na moje pytania, które niepostrzeżenie dla mnie samego zamieniły się we wnioski, też mnie zainspirowała, żeby wytłumaczyć sobie logoreiczny charakter narracji „Zależności”. Łukasz to, co miał do powiedzenia, napisał w swojej książce. Kropka.

I zacząłem rozumieć, że „Zależności” nie są tak naprawdę utkane ze stereotypów ale z paradoksów, co w sumie i tak na jedno wychodzi, bo jest to opowieść o miłości. Tak – o naszej polskiej, trudnej miłości, która, jak to się mówi na śląsku, potrzebuje „luftu”; że te ucieczki, eskapizmy są po to, by móc wytrwać na rodzinnym posterunku ku chwale rodziny; że moglibyśmy być w tych swoich uczuciach bardziej nowocześni, zrelaksowani i nie na siłę, ale nie możemy; że jak pisał Kazimierz Przerwa – Tetmajer „wolę polskie gówno w polu, niźli fiołki w Neapolu”.

I tak – ojciec to niedoszły powstaniec, który za rodzinę, ojczyznę dałby się zabić, ale nikt póki co, nie dał mu szansy zginąć w chwale. Matka - „matka-Polka”, boleściwa jak „Stabat Mater”, łączy w sobie łzy pokoleń polskich matek z zaborów, powstań, opozycji, dźwiga na sobie ciężar rodziny i ugina się pod nim, ale dzielnie trwa na posterunku, by rozbite „cząstki elementarne” miały swój punkt docelowy. Syn 1 (narrator) – wydaje się, że ma to wszystko w dupie i najchętniej wyłączyłby matkę i ojca ze swojego życia, ale to tylko pozór, bo jest gotowy do przyjęcia roli „powstańca”, gdyby zaszła taka potrzeba – wysłuchiwanie żalów matki boleściwej i tłumaczeń ojca-powstańca-alkoholika wskazuje na pogodzenie, nie jest tylko masochistycznym oraniem traumy. Syn2 – zdrajca, nie znajdzie ukojenia w szwedzkim raju, w następnym pokoleniu odżyje moralno-patriotyczny genotyp, co może okazać się dla niego z jednej strony źródłem porażki życiowej, ale z drugiej szansą na odkupienie winy (ksiądz Robak).

Tak że Łukasz, jakbyś planował jakiś „kompulsywny” sequel to proponuję skoncentrować się na postaci Syna2. „Zależności” są powieścią o rodzinnej miłości, której nie są w stanie zniszczyć jej członkowie. Dlaczego nie są w stanie? Jest tylko jedno słowo, które daje sensowną odpowiedź – Polska!

Napisane kompulsywnie, bez żadnej kontroli, więc się nie gniewaj, Łukasz. Zresztą mam nadzieję, że skoro nie „czytasz”, to tego też nie przeczytasz. Z podziękowaniem za książkę, która się nie poddaje (jednoznacznej interpretacji).

niedziela, 2 sierpnia 2015

Recenzja filmu Stephane'a Brize'a "Miara człowieka"

Człowiek w kryzysie wartości

Kino społeczne na dobre wraca na ekrany. Widziałem filmy greckie, hiszpańskie, w końcu francuskie, mierzące się z problemami społecznymi. Ale nie widziałem filmów polskich. Wniosek – w Polsce nie ma problemów społecznych, albo nikt nie chce oglądać kolejnych filmów o „biednych Polakach”. A przecież filmy o „biednych Polakach” powstają, a o problemach społecznych nie. Przychodzi mi na myśl „Ewa” Adama Sikory – w sumie naprawdę dobry film o problemach ludzi na Śląsku – która przeszła niemal bez echa. Z polskiej perspektywy widać, że wszyscy się brutalnie dorabiają , bogacą i mają się generalnie dobrze. Wybory moralne zeszły na plan dalszy. Zatraciliśmy to, co charakteryzowało polskie kino czasów Zanussiego czy Kieślowskiego, to co określano mianem „kina moralnego niepokoju”. Uznaliśmy jako społeczeństwo wilcze prawa wyzyskiwaczy. Cóż – pozostaje nam oglądać filmy francuskie.

Dwa takie filmy widziałem ostatnio - „Dwa dni, jedna noc” braci Dardenne z Marion Cotillard oraz „Miara człowieka” Stephane'a Brize'a z Vincentem Lindonem. Pierwszy to historia kobiety, która w krótkim czasie, tytułowe „Dwa dni, jedna noc”, musi przekonać swoich kolegów do tego, by zrzekli się premii, by mogła zachować pracę. Film, który w polskich warunkach „chodzenia po trupach do celu”, jest chyba odbierany jako pożałowania godne zjawisko, więc nie będę się nad nim długo rozwodził. Drugi film - „Miara człowieka” - opowiada o walce bohatera, który stracił pracę z wrednym aparatem urzędniczo państwowym, który tak strasznie chce mu pomóc, że doprowadza do desperacji.

Głównym bohaterem „Miary człowieka” jest Thierry. Można go określić jako zwykłego człowieka. Thierry rok wcześniej stracił pracę i widzimy go w sytuacji, gdy chce od nowa uporządkować swoje życie, jednak to , co oferują mu rozmaite instytucje, to raczej utrudnianie niż realna pomoc. Aparat biurokratyczny, urzędy pracy wg Brize'a to fikcja, która powstała dla nowych urzędników a nie dla realizacji celów, do których została powołane. Thierry, w tej roli świetny Vincent Lindon, nagrodzony za tę rolę w Cannes, stara się za wszelką cenę zachować godność, nie poddać się machinie odczłowieczania, jest grzeczny i uczciwy, rozmawia szczerze o tym, co go boli. Jednak jako bezrobotny stoi na straconej pozycji, nikt tak naprawdę nie traktuje go serio.

Sytuacja zmienia się, gdy otrzymuje pracę ochroniarza w supermarkecie. Thierry znów wchodzi do gry, odzyskuje swoje miejsce w hierarchii, tyle że cena, którą musi za to zapłacić jest duża. Thierry staje się podobny do tych, którzy wcześniej stawali na jego drodze jako przedstawiciele systemu. Thierry zaczyna rozumieć, że chcąc zachować pracę i status społeczny, będzie musiał zmienić swój sposób myślenia, inaczej ustawić życiowe priorytety. Czy istnieje granica, której nie możemy przekroczyć, w trosce o ekonomiczny byt swój i swojej rodziny?- pytają nas twórcy filmu.

„Miarę człowieka” oglądałem w natchnieniu. W mojej glowie odżyły filmowe pierwowzory Thierry'ego z filmów Kieślowskiego i Zanussiego. Reżyser w subtelny sposób oddał intymny świat bohatera- jego rodziny, relacji ze zdolnym synem, dotkniętym porażeniem mózgowym - przez co uniknął niebezpieczeństwa dydaktyzmu i pouczanki, na zasadzie - „fe, nieładnie”. Wierzymy bohaterowi granemu przez Vincenta Lindona i to jego kreacji film zawdzięcza tę siłę autentyczności.

A mnie pozostał żal, że w Polsce nie umiemy, zapomnieliśmy jak opowiadać prawdziwe historie. Cóż, żyjemy na „zielonej wyspie” i mamy się dobrze, więc o co mi w ogóle chodzi? Jest dobrze, jest dobrze i o co ci chodzi – śpiewał Muniek. Śpiewał tak wiele lat temu, a ja chodziłem po wrocławskim Rynku i widziałem dużo ludzi zadowolonych, usmiechniętych, dobrze ubranych i odżywionych. I widziałem dużo ludzi zabiedzonych, smutnych, żebrzących, którym chciałem powiedziecieć - „zejdźcie mi z oczu!”.