Dom (zly)

Dom (zly)

poniedziałek, 16 listopada 2015

Recenzja "Pabiteli" Bohumila Hrabala - Czuły Barbarzyńca Press

Bawidułki Pana Hrabala
12-11-2015
 

Bawidułki Pana Hrabala

Rok 1964 był wyjątkowy dla Bohumila Hrabala. Pisarz skończył 40. rok życia, ale debiutował zaledwie rok wcześniej tomem „Perełka na dnie”. Jednak to wydani właśnie w 1964 roku „Pabitele” w pełni ukazali poetykę czeskiego twórcy. W tym czasie wszystko w życiu Hrabala nabrało wyjątkowego tempa – sukces jego pierwszych wydanych oficjalnie opowiadań otworzył mu drogę do świata literackich zawodowców, drogę, która trwała do końca jego życia, drogę, której owocem były arcydzieła takie jak „Zbyt głośna samotność” czy „Pociągi pod specjalnym nadzorem”.

Kim są tytułowi „Pabitele”? Mówiąc najprościej to gaduły, ludzie, którzy płyną słowotokiem opowieści, anegdot, absurdalnych skojarzeń. Pabitele to kataryniarze słowa, ludzie nawijający swe legendy czy ktoś chce ich słuchać czy nie. Pierwowzorem takiego „nawijacza” był stryj Pepin, autor przepięknej historii o szopie praczu z tomu „Postrzyżyny”. Jego monologi są tematem jednego z pierwszych dłuższych utworów Hrabala - „Lekcje tańca dla starszych i zaawansowanych”. Ale nie tylko stryj Pepin parał się ową „gadulszczyzną”. Przykładem może być Hantia ze „Zbyt głośnej samotności”, czyli pakowacz makulatury z ulicy Spalonej Jiři Paukert, którego wcześniej Hrabal sportretował jako barona Münchausena, czarującego przypadkową publikę słowami. Zresztą galeria „pabiteli” w utworach Bohumila Hrabala jest przeogromna. Sam pisarz twierdził, że pisarzem nie jest, że jest jedynie zapisywaczem, że kradnie swe historie tym knajpianym gadułom, którzy do dziś tłumnie zamieszkują strony jego dzieł.

„Pabitelstwo” jest demokratyczne, nie trzeba mieć doktoratów i ukończonych fakultetów, aby stać się gawędziarzem hrabalowskiego pokroju. To nie są racjonalne wywody, w tych opowieściach śmiech miesza się z tragedią, a absurd ze śmiertelną powagą. Tu czytelnik nie znajdzie mądrych bon motów i odpowiedzi na pytania trapiące ludzkość od zarania dziejów. Tutaj język zamienia się w wir, w niesamowity taniec, od którego kreci się w głowie. „Pabitele” to żywioł mowy potocznej, mowy zwykłych ludzi. A że Hrabal mawiał, że „ci ostatni są u niego pierwszymi” to właśnie takich bohaterów spotkamy we wznowionej po pół wieku od swej premiery książce.

...pabitel to człowiek, przed którym piętrzy się nieustannie ocean natarczywych myśli. Jego monolog płynie bez przerwy..., Pabitel jest narzędziem języka..., Pabitel przeważnie niczego nie czytał, za to dużo widział i dużo słyszał, Pabitela przepełnia zachwyt nad światem widzialnym, Podczas gdy mądrzy i roztropni dezynfekują się starannie, pabitel pachnie człowieczeństwem, Pabitele dowodzą, że życie warte jest przeżycia. Tak pisał o pabitelach Hrabal w swoim eseju „Kim jestem?”. I takie są te opowiadania.

Były one wydawane w polskim przekładzie w różnych zbiorach - Bar „Świat”, Aferzyści..., Legenda o pięknej Julci..., ale nigdy w swym pierwotnym kształcie z 1964 roku, kształcie, który przenosi nas w inny wymiar i inną epokę, w kształcie, który odkrywa dla nas świat tych zwykłych, niezwykłych ludzi. Dziś „pabiteli” jakby mniej. I dlatego warto.

piątek, 6 listopada 2015

Recenzja książki "Wieloryby i ćmy" Szczepana Twardocha - Wydawnictwo Literackie

Twardoch – Roczniki 
zdjęcie lubimyczytac.pl
 

Twardoch – Roczniki

Porobiło się. Żeby tak przed 40. swe dzienniki publikować, rolę mentora sobie przypisywać, rolę nestora sobie nadawać? A na zdjęciu junak młody, jak w piosence „Malcziki”, której polski tekst stworzył Kazik Staszewski:

Płomienne zorze budzą mnie ze snu
Giełdowy ranek, informacji szum
Z radiem na uszach i wartości swej
W pełni świadomy, świadomy, że hej.


Szczepan Twardoch dużo ryzykuje tą książką. „Wieloryby i ćmy” wydane przez Wydawnictwo Literackie to zapis prywatnych sytuacji i refleksji autora, które zostały dokonane w latach 2007-2015. Nie wiemy, jak wyglądała selekcja tekstów do tych „Dzienników”, bo nie wiemy, czy, i na ile, autor ingerował w swoje prywatne notatki. Nie wiemy, czy autor pisał swe teksty na bieżąco, czy wracał we wspomnieniach swych do dawniejszych okresów. Nie wiemy nic. Ale książka stała się faktem i junacka twarz prozaika wita nas dziś z każdej witryny księgarskiej.

„Wieloryby i ćmy” są ryzykowne według mnie z jednego, zasadniczego powodu – autor zawiesił sobie poprzeczkę bardzo wysoko, każda z jego powieści od „Wiecznego Grunwaldu” począwszy jest ważnym wydarzeniem. Czy „Dzienniki” są wystarczająco dobrym materiałem literackim, takim, który sprosta wybitności jego poprzednich dzieł? Naprawdę nie wiem. Mogę się przyłączyć do chóru niezadowolonych, ale chyba nie chcę.

Nie chcę traktować Twardocha jako pisarza, który ma swoje „pięć minut” i próbuje na tym coś ugrać. Bo to i lansik mercedesem mi tu na myśl przychodzi, i jakieś dziwne poczucie gwiazdorzenia, modnych ciuchów, popisów medialno-celebryckich. Czy to „pięć minut”, które trzeba koniecznie wykorzystać? Szkoda by było.

Bo fanem jestem prozy Twardocha gorącym. Podoba mi się wszystko, co tworzy, uważam, że daje on radę wyjątkowo mocno i jest jednym z jaśniejszych punktów na polskiej mapie kulturalnej. A w swoich wspominkach trzyma mnie Twardoch na dystans. O ile w swoich „fikcjach” pozwalał mi podejść do siebie wyjątkowo blisko, to w „prawdzie” jest taki jakiś pomnikowy, godny, rzeknę: godny naśladowania. Młody gość a jakimś starczym uwiądem dotknięty. Coś mi tu nie gra. Ekstremalne i bezkompromisowe jazdy, które Twardoch serwował czytelnikowi w swojej prozie, w „Wielorybach i ćmach” są praktycznie nieobecne. Przejażdżki, spacery, obiadki i trunki. Niestety taka jest ta książka, która jest dla mnie rozczarowaniem.

Dlaczego zatem można, bo nie „trzeba” ale właśnie „można”, nową książkę Twardocha przeczytać? Bo Twardoch potrafi pisać, bo jest inny niż w powieściach i nawet w wywiadach, bo zdradza nam trochę prywatne tło swych dzieł i pokazuje, że licho czai się wszędzie, no i że jego idolem jest Sandor Marai, co akurat mi osobiście pasuje. Warto dla snów i warto dla tej prawdy, dzięki której autor może odwiedzać restauracje i jeździć dobrym wozem, że do szczęścia brakuje nam tych „450 pengo” , o których wspomina Marai, że tych „450 pengo” na miesiąc, tych około 8 tysięcy miesięcznie, zabraknie mimo wszystko każdemu.

Bo trzeba jakoś żyć, będąc pisarzem. I dla tego stwierdzenia warto przeczytać „Wieloryby i ćmy”, że tak naprawdę wszyscy biegamy, a niejednokrotnie podlimy się, żeby mieć na to nasze permanentne niezaspokojenie. I to jest dla mnie ta „Eureka!”. Prawda oczywista, zdawać by się mogło, ale z jakim trudem wypowiedziana.

A że Jacek Dehnel z pokolenia 30-latków też wydał „ Dzienniki”, przypominające w smaku „beaujolais”? Cóż:

Moi koledzy ścigają ze mną się
Bo do wyścigu każden gotów jest
Moi koledzy z lepszych najlepsi
Ostatnie piętro, biura szklanych drzwi


Bo każdy myśli o tych „450 pengo” miesięcznie, choć i tak ich zabraknie.