Dom (zly)

Dom (zly)

czwartek, 17 grudnia 2015

Recenzja książki "Którędy szedł anioł" Jana Balabana - wyd. Afera


Anioł, co skrzydła miał szare
14-12-2015

 
Anioł, co skrzydła miał szare 
 
Jan Balaban zmarł na serce. Jan Balaban zmarł w Ostrawie. Jan Balaban zmarł w 2010 r.. Miał zaledwie 49 lat. Książka „Którędy szedł anioł” wydana została w 2005 roku i jej akcja dzieje się w Ostrawie. Dziś dzięki wydawnictwu „Afera” możemy wkroczyć w tę krainę z szarości, bowiem w powieści dominuje ten kolor w swych wielu odcieniach. Czy fakt, że „Anioł” został napisany pięć lat przed śmiercią autora, miał na tę szarość wpływ? Nie wiem. Ale o tym myślałem.
Narratorem tej opowieści jest anioł. Anioł wędruje przez Ostrawę i spotyka ludzi. Spotyka ich na przestrzeni ich całego życia. „Którędy szedł anioł” nie ma znaku zapytania, to ktoś, kto widzi całe nasze życie. Anioł Balabana jest smutny, jego skrzydła i szata nie są białe lecz szare, są ubrudzone codziennym, monotonnym bólem i grzechem. A grzech ten nie jest z radości, nie jest ze źródła zakazanej przyjemności. Ten grzech jest z bólu.
Martin Vrana to chłopak, który mieszka na ostrawskim osiedlu. Socjalizm czechosłowacki jest szary, a życie młodego Martina jest poorane przez bruzdy codziennego mozołu. Niby nie ma tutaj wielkich tragedii, ale nie ma też perspektyw zmiany. Dzień za dniem toczy się powoli bez żadnej nadziei. Historie Martina i jego kolegów są ponure, brak w nich radości i uśmiechu – ot, codzienna demoludowa walka i brudne szyby w barach, i szare krajobrazy z wyłażącym zewsząd zielskiem. Nie było kosiarek. Były za to duże połacie bezpańskich łąk, które zarastały dziką trawą.
Rzeczywistość po 89. roku niewiele zmienia. Melancholia u Balabana jest permanentnym stanem ducha środkowoeuropejskiego, którego nie wyzwala żadna wolność. Patrzymy za okno na tę dominującą szarugę i wiemy, że w swej istocie nie zmieni się nic, choćby polityka, gospodarka osiągały najwyższe wzrosty. Nasze ciemne korytarze będzie nieustannie drążył robak melancholii. Tymi korytarzami podąża nasz anioł z szarymi skrzydłami. I takie jest źródło balabanowskiego piękna.
Hrabal by z tego radosny pean na cześć codzienności wyśpiewał, ale Balaban jest melancholijny i dekadencki. Jego poczucie pustki nie jest jednak zanurzone w beznadziei. Proza Balabana to pogodzenie. Anioł jest smutny, ale nie rozpacza. Anioł Balabana akceptuje. Co prawda nie ma się z czego cieszyć, kolejny dzień będzie taki sam jak ten poprzedni, ale to nie powód, żeby rozdzierać szaty. Trzeba po prostu wytrzymać. Zacisnąć zeby i wytrzymać.
Czasem spotykamy miłość. Miłość też jest utkana ze smutku. Miłość jak wszystko przemija. „Którędy szedł anioł” Balabana to trochę melodramat. Utkany z szarości i smutku

sobota, 12 grudnia 2015

Recenzja książki "Ekożona" - wyd. Stara Szkoła


Partia Zielonych Kobiet
09-12-2015
 

Partia Zielonych Kobiet

Autor recenzji: lapsus
Tytuł książki: Ekożona
Czego się boimy, my ludzie z początku XXI wieku? Wojny? Na pewno boimy się wojny. I Putina. Terroryzmu? Tak samo, albo bardziej niż wojny i Putina. Smogu? Smogu też. Tyranii? Nacjonalizmu? Tak, tak, tak. Straszne są te lęki. Tymczasem Michal Viewegh boi się „Ekożony”.
Michal Viewegh jest jednym z najpopularniejszych autorów w Czechach. Dużo jego utworów pojawia się w Polsce - „Wychowanie panien w Czechach”, „Powieść dla kobiet” to tylko dwa tytuły, które pokazują, że czeski pisarz chętnie porusza „kobiece” tematy. Tak samo jest w przypadku najnowszego polskiego tłumaczenia jego książki. Tyle że „Ekożona” mówi o kobiecym świecie z punktu widzenia mężczyzny, ale obserwowanego przez trzecią kobietę.

Pamiętacie „Nóż w wodzie” Polańskiego? - ten trzeci, który na doczepkę podróżował z pewnym małżeństwem, nieźle między nimi namieszał. Można powiedzieć, że namieszał nieodzownie. W „Ekożonie” miesza ta trzecia, ta trzecia zwana doulą, ta która tańczy z wilkami, ta, która pomaga odbierać poród, ta, która uczy karmić piersią. Wszystko w zgodzie z ekologią.

Mojmir jest panem, znanym literatem. W historii był pierwszym znanym władcą Państwa Wielkomorawskiego, Czechem-protoplastą. Hedwiga jest szarą myszką. Tak się wydaje Mojmirowi. Pozory mylą. Do świata Mojmira i Hedwigi wkracza „doula”. Hedwiga za jej sprawą dostrzega, że żyje w złotej klatce, której Panem jest Mojmir. Sytuacja szybko się zmienia. Deus ex machina tych przemian jest doula-przewodniczka. Kobieta według „douli” jest wodą, jest żywiołem. Mojmir myśli, że żyje w świecie, nad którym panuję, że rzeka kobiecości u małżonki jest przez niego uregulowana i nie zmieni nic w ich pożyciu. Jakże się myli.

Wszyscy znamy te programy o ogrodach, o teoriach wychowania, o naturalnej energii, radiestezji, magii. Krótko mówiąc – programy dla pań to spora część telewizyjnej działalności. Niby sobie chodzimy spokojnie, bądź niespokojnie, bo nie możemy obejrzeć meczu, na który czekaliśmy cały dzień, a tam już kiełkuje zamysł. Zamysł, żeby wszystko zmienić, żeby uszczęśliwić świat, żeby go naprawić. A my chcemy tylko chwili spokoju, zimnego piwa w lodówce i meczu. Nic z tego.
A że kobieta rzeką jest, no to jak się jej nie pobuduje wałów przeciwpowodziowych, nie postawi tam i zbiorników retencyjnych, to kobieta owa gotowa zalać cały uporządkowany nasz świat. Inżynierowie dawali do tej pory radę, ale pojawiły się „inżynierki”? „inżynierczynie”? i stwierdziły, że powódź to stan naturalny i nie należy z nim walczyć. A my brodzimy w obcym nam morzu, ratując, co się da, ale bez przekonania do sensowności tych działań.

O tym pisze Viewegh. A pisze jak na niego przystało, czyli lekko, zwiewnie, że tak naprawdę nie czujemy tragedii, że w hierarchiach naszych relacji staliśmy się jakimś niewiele znaczącym, niekoniecznym elementem. Jak puzzel z innej układanki. Michal Viewegh pisze o tym beztrosko i z poczuciem humoru. Pisze, w tak lekki i charakterystyczny sposób, że jesteśmy niepotrzebni. Czy to strach? Za późno na strach: Partia Zielonych Kobiet już przejęła ster i prowadzi nasz okręt na błękitną lagunę, gdzie nie będzie piwa i meczów.

Czuję, że woda podchodzi mi pod sam nos... Bulbulbul...

wtorek, 8 grudnia 2015

Recenzja powieści "Uległość" Michela Houellebecqa wyd. WAB

Oczywistość


Nowy Houellebecq nie taki nowy, ale adekwatny, przeczytany bowiem zaraz po zamachach w Paryżu. Byłem nieźle zjechany po piątkowym melanżu, kiedy w nocy obudziły mnie informacje z radia. W tygodniu żałoby i wnerwienia pojawiła się „Uległość”. Czytałem i uspokajałem się stopniowo. Dzięki, Michel! Nigdy mnie nie zawiodłeś.

Jest rok 2022, mija 12 lat od roku 2010 i 10 od 2012. We Francji na drugą siłę polityczną wychodzi Bractwo Muzułmańskie z charyzmatycznym przywódcą islamskim Mohamedem Ben Abbesem. Dochodzi do II tury wyborów, gdzie kandydat arabskiej większości zmierzyć się ma z reprezentantem Frontu Narodowego. Wydarzenia te śledzimy z perspektywy Francoisa, wykładowcy literatury na Sorbonie, specjalisty od Huysmansa, wielbiciela dobrej kuchni, pięknych kobiet i świętego spokoju. Dochodzi do kulturowego przełomu. Jak przyjmą to ludzie „kulturalnego” Zachodu, ludzie pokroju Francoisa?

Będzie dobrze, mówi Houellebecq. Wydanie Jego książki zbiegło się z atakiem terrorystycznym na redakcję Charlie Hebdo. Zupełnie przypadkowo książka ta uśmierzyła pesymistyczne nastroje po tej tragedii, bo przecież nic się nie stało, Francuzi, nic się nie stało. Skoro świat nasz tak dynamicznie się zmienia, skoro to, co tradycyjne odchodzi w przeszłość, czemu mielibyśmy bać się nowego? Ostatnio Andrzej Stasiuk w wywiadzie-rzece mowił o tym, że męski świat odchodzi w przeszłość, że nadchodzi era kobiet. Zresztą nie tylko Stasiuk tak mówi, większość intelektualistów-artystów jest z tym pogodzonych. Dlaczego nie miałaby nadejść era islamu?

Byłem wkurzony nie tylko na terrorystów, zabijających bestialsko dzieciaki w klubie Bataclan. Byłem wkurzony na tych wszystkich światłych, dobrych, tolerancyjnych, którzy otwierali, także w moim imieniu, swe ramiona i zapraszali, by ku nam zmierzały miliony wyznawców Allaha, uciekających przed innymi wyznawcami Allaha. Bo islam niejedno ma imię. Dlaczego tak trudno to zrozumieć? Przecież islam w Europie wcale nie musi mieć maski terroru i śmierci. Mohamed Ben Abbes w powieści Houellebecqa jest światłym, kulturalnym człowiekiem. My przedstawiamy ich jako krwiożercze bestie, ale zapominamy, że ekstrema jest potrzebna , by zainicjować pewne przemiany. Tak jak bohaterowie każdej rewolucji, ba, każdej poważnej zmiany. Ale z czasem dochodzi do stabilizacji. Ekstrema wysadzi się w powietrze albo zajmie ciepłe posadki w służbach. No i luz, no i bardzo dobrze.

Na czym mielibyśmy oprzeć swój opór? Chrześcijaństwo? I tak jest w odwrocie, a jeśli nawet ktoś wierzy, to bezbronna twarz papieża Franciszka mówi wszystko. Lewica? Laicka inteligencja? Tradycja oświecenia? W „Uległości” popierają Ben Abbesa. Pamięć nacjonalizmu, faszyzmu, generalnie II wojny światowej jest zbyt świeża, by Europa wybrała opcję narodową. Poza tym nikomu nie chce się tutaj walczyć, więc jesteśmy podani na tacy. Nasza kultura nie jest w stanie niczego przeciwstawić, bo w nic nie wierzy. Uwierzyliśmy w dobro, ale zapomnieliśmy, że nasze dobro zawsze wyrastało z biedy i ucisku narodów Afryki i Azji. Swoją uległością zatem spłacamy dług za wieki ciemiężenia. Sprawiedliwie i mądrze.

W rezultacie, skoro powiedzieliśmy A planem multi-kulti, musimy powiedzieć B i sprostać oczekiwaniom naszych kolonizatorów. Oni odpłacą nam się tolerancją dla naszych słabości (alkohol) i kulturową autonomią w ramach islamu oczywiście. Jedynie przyzwyczajenia kulinarne trzeba będzie trochę zmienić, ale przecież i tak już jesteśmy przeżarci kebabami. Wyobraź sobie – burki w bramach, burki na ulicach, burki pod kopcem Kościuszki. Kobiety w islamie są szczęśliwe, mężczyźni tym bardziej. Patriarchat to naturalny porządek rzeczy, poligamia jest w przyrodzie stanem najczęściej spotykanym, więc o co ci chodzi. Będziesz miał swój harem, choćby malutki, będziesz znała swe miejsce na ziemi ku chwale Allaha i nie będziesz już więcej zaprzątać głowy swej niepotrzebnymi problemami. To my wyrażamy na to wszystko zgodę, nasz świat przeminie i nie ma o co kruszyć kopii. Ludzkość przetrwa tak, czy siak.