Dom (zly)

Dom (zly)

sobota, 31 grudnia 2016

Recenzja książki Leszka Gnoińskiego "Republika. Nieustanne tango" - wyd. Agora

Była sobie Republika

                                                                   oficjalna recenzja


„Jestem lżejszy od fotografii,
z których będziesz mnie teraz wycinać,
będę milczał - i tak jestem martwy”
fragment tekstu piosenki „Odchodząc” zespołu Republika, słowa Grzegorz Ciechowski

Piosenka „Odchodząc” pochodzi z ostatniego studyjnego albumu Republiki zatytułowanego „Masakra” z 1998 roku. Było to trzy lata przed śmiercią Grzegorza Ciechowskiego. Nic wtedy nie wskazywało, że lider i wokalista legendarnej grupy odejdzie przedwcześnie i zostawi po sobie puste miejsce w sercach fanów. „Republika” to monografia Leszka Gnoińskiego, która podejmuje próbę uporządkowania tego, czym zespół był dla historii polskiego rocka.

Myli się ten, kto podchodzi do tej książki jako epitafium dla legendarnego lidera. Grzegorz Ciechowski jest jednym z bohaterów tej opowieści, przywoływanym na równi z pozostałymi członkami zespołu, a Leszek Gnoiński nie pisze jego historii „na kolanach”, jest obiektywny i oddaje całą złożoność sytuacji, które spotykały zespół na przestrzeni ich działalności.

Pamiętam to bardzo dobrze – Perfect, Maanam, TSA, Lady Pank. Każdy z nas miał swojego idola. Fani Republiki byli najbardziej kontrowersyjni. Mówiąc „kontrowersyjni”, mam na myśli, że manifestując swoją sympatię dla tego zespołu w latach 80-tych, można było najłatwiej oberwać na szkolnym korytarzu. Fanów Republiki cechował ten szczególny rodzaj masochizmu, że lubili wzbudzać tego typu emocje. „Republika – syf muzyka” słyszało się najczęściej w tych plemiennych podziałach, które w tamtym czasie miały podobny charakter do tych, które dziś określamy mianem kibolskich. Takie emocje wzbudzał wtedy polski rock, a wzbudzał, ponieważ za tym zjawiskiem szła najwyższa jakość.

Co do samej Republiki jestem dziś głęboko przekonany, że był to najbardziej oryginalny muzycznie zespół tamtego okresu. Kiedy inni wpisywali się w określone muzyczne nurty lub, tak jak Lady Pank, naśladowali zespoły zachodnie, to Republika szukała własnej drogi. Nawet elementy podejrzane u innych, jak flet Ciechowskiego u Iana Andersona z Jethro Tull, były twórczo wykorzystane dla oryginalnego brzmienia zespołu. Do tego dochodziły wyjątkowej urody teksty Grzegorza, który był wybitnym poetą, oraz perfekcyjnie dopracowany wizerunek sceniczny – do dziś jest to jeden z najbardziej wyróżniających się pod tym względem polskich zespołów w całej historii rocka.

Leszek Gnoiński w swojej monografii nie ogranicza się do samej Republiki. Opisuje zespół w sieci powiązań i interakcji, dzięki czemu uzyskujemy obraz całej sceny rockowej lat 80-tych i 90-tych. Właśnie scena muzyczna jest obiektem głównego zainteresowania autora – mniej tutaj plotek, sensacji, jeśli już to pojawiają się one w kontekście wpływu, jaki tematy obyczajowe miały na muzyczne osiągnięcia muzyków, podobnie jest z anegdotami. Ewidentnie nie mamy tutaj parcia na „Pudelka” a rzetelną robotę dziennikarską, która zostawia to, co prywatne dla innych, powiedzmy uczciwie, mniej rzetelnych.

Jednak to nie wszystko – poziom edytorski to poziom mistrzowski. Piękne zdjęcia, których mamy tutaj całe bogactwo, zdobią przepięknie wydaną Księgę. Fakt ten nie dziwi, biorąc pod uwagę fakt, że „Republika” wyszła spod skrzydeł Agory, wydawnictwa, które stawia na najwyższą jakość. I taka jest ta książka – prawdziwa i piękna jako całość. Tylko w ten sposób można było sprostać dbałości estetycznej członków tej legendarnej grupy, która dążyła zawsze do perfekcji w każdym aspekcie.


„W nowym życiu znajdziesz mi miejsce,
gdzieś na półce czy parapecie,
raz na miesiąc kurz ze mnie zetrzesz”

Ta książka pozostanie z nami obok pełnych piękna płyt Republiki i Obywatela GC.

czwartek, 29 grudnia 2016

Moja kinowa 100 w 2016 roku

Głównie moje ukochane kina "OKF Iluzja" Częstochowa  i "Nowe horyzonty" Wrocław

Styczeń
Zupełnie Nowy Testament http://www.filmweb.pl/film/Zupe%C5%82nie+Nowy+Testament-2015-719855
Nadejdą lepsze czasy http://www.filmweb.pl/film/Nadejd%C4%85+lepsze+czasy-2014-732676
Lucyfer http://www.filmweb.pl/film/Lucyfer-2014-724289
Tysiąc i jedna noc cz.1 http://www.filmweb.pl/film/Tysi%C4%85c+i+jedna+noc+%E2%80%93+cz.+1%2C+niespokojny-2015-717674
Moje córki krowy http://www.filmweb.pl/film/Moje+c%C3%B3rki+krowy-2015-722780
Cygan http://www.filmweb.pl/film/Cygan-2011-621577
Syn Szawła http://www.filmweb.pl/film/Syn+Szaw%C5%82a-2015-725060
Dziewczyna z portretu http://www.filmweb.pl/film/Dziewczyna+z+portretu-2015-493475

luty

Labirynt Fauna http://www.filmweb.pl/Labirynt.Fauna
Anomalisa http://www.filmweb.pl/film/Anomalisa-2015-673091
11 minut http://www.filmweb.pl/film/11+minut-2015-695453
Body http://www.filmweb.pl/film/Body+Cia%C5%82o-2015-714087
Umrika http://www.filmweb.pl/film/Umrika-2015-685907
Ave, Cesar! http://www.filmweb.pl/film/Ave%2C+Cezar-2016-711695

marzec

Carol http://www.filmweb.pl/film/Nadejd%C4%85+lepsze+czasy-2014-732676
Zjawa http://www.filmweb.pl/film/Zjawa-2015-586583
Zbawienie http://www.filmweb.pl/film/Zbawienie-2015-745922
Barany http://www.filmweb.pl/film/Barany.+Islandzka+opowie%C5%9B%C4%87-2015-737917
El Clan http://www.filmweb.pl/film/El+Clan-2015-737367
Zabójczyni http://www.filmweb.pl/film/Zab%C3%B3jczyni-2015-691638

kwiecień

Opowieść o miłości i mroku http://www.filmweb.pl/film/Opowie%C5%9B%C4%87+o+mi%C5%82o%C5%9Bci+i+mroku-2015-465891
Mama http://www.filmweb.pl/film/Mama-2014-709353
Mustang http://www.filmweb.pl/film/Mustang-2015-742573
Spotlight http://www.filmweb.pl/film/Spotlight-2015-723550
Nieobecność http://www.filmweb.pl/film/Nieobecno%C5%9B%C4%87-2014-733695
Scena ciszy http://www.filmweb.pl/film/Scena+ciszy-2014-718529
Historie rodzinne http://www.filmweb.pl/film/Historie+rodzinne-2012-664932
Cienie zapomnianych przodków http://www.filmweb.pl/film/Cienie+zapomnianych+przodk%C3%B3w-1964-102851
Cały ten cukier http://www.filmweb.pl/film/Cienie+zapomnianych+przodk%C3%B3w-1964-102851

Maj

Opiekun http://www.filmweb.pl/film/Opiekun-2015-742272
Wszystko gra http://www.filmweb.pl/film/WSZYSTKOGRA-2016-751665
Nasza młodsza siostra http://www.filmweb.pl/film/Nasza+m%C5%82odsza+siostra-2015-724413


Czerwiec

Babka http://www.filmweb.pl/film/Babka-2015-735131
Walser http://www.filmweb.pl/film/Walser-2015-745428
Śmierć w Sarajewie http://www.filmweb.pl/film/%C5%9Amier%C4%87+w+Sarajewie-2016-757321
Kosmos http://www.filmweb.pl/film/Kosmos-2015-730157
Film o pankach http://www.filmweb.pl/film/Film+o+pankach-1983-192308
Zad wielkiego wieloryba http://www.filmweb.pl/film/Zad+wielkiego+wieloryba-1987-11911
Alicja po drugiej stronie lustra http://www.filmweb.pl/film/Alicja+po+drugiej+stronie+lustra-2016-690291

Lipiec

"Blokada http://www.filmweb.pl/film/Blokada-2015-747676
Przyjaźń czy kochanie? http://www.filmweb.pl/film/Przyja%C5%BA%C5%84+czy+kochanie-2016-726610
Wojna http://www.filmweb.pl/film/Wojna-2015-732095
Lolo http://www.filmweb.pl/film/Lolo-2015-729830
Pitbull. Nowe porządki http://www.filmweb.pl/film/Pitbull.+Nowe+porz%C4%85dki-2016-747433
Facet na miarę http://www.filmweb.pl/film/Facet+na+miar%C4%99-2016-748574
Czarny mróz http://filmaster.pl/film/la-helada-negra/
Cień Chomisso I http://filmaster.pl/film/chamissos-schatten/
Świt http://www.filmweb.pl/film/%C5%9Awit-2015-757655
Kołysanka do bolesnej tajemnicy http://www.filmweb.pl/film/Ko%C5%82ysanka+do+bolesnej+tajemnicy-2016-757320
No home movie http://www.filmweb.pl/film/No+Home+Movie-2015-746262
Hot sugar http://www.filmweb.pl/film/Hot+Sugar+i+jego+zimny+%C5%9Bwiat-2015-740039
Cmentarz wspaniałości http://www.filmweb.pl/film/Cmentarz+wspania%C5%82o%C5%9Bci-2015-743084
Freak Orlando http://www.filmweb.pl/film/Freak+Orlando-1981-136443
Eisenstein w Meksyku http://www.filmweb.pl/film/Eisenstein+w+Meksyku-2015-707019
Miles Davis i ja http://www.filmweb.pl/film/Miles+Davis+i+ja-2015-701612
Dzieciństwo wodza http://www.filmweb.pl/film/Dzieci%C5%84stwo+wodza-2015-709737
Wieczna poezja http://www.filmweb.pl/film/Wieczna+poezja-2016-749213
Awaria http://www.filmweb.pl/film/Awaria-2016-768983
Korporacja http://www.filmweb.pl/film/Korporacja-2015-702904
Ja Olga Hepnarova http://www.filmweb.pl/film/Ja%2C+Olga+Hepnarova-2016-659452
Śmierć Ludwika XIV http://www.filmweb.pl/film/%C5%9Amier%C4%87+Ludwika+XIV-2016-764213
Orchidee http://www.nowehoryzonty.pl/film.do?typOpisu=&id=8766&ind=typ=cykl&idCyklu=642
Południe http://www.filmweb.pl/film/Po%C5%82udnie-1983-112814

Sierpień

Zjednoczone stany miłości http://www.filmweb.pl/film/Zjednoczone+stany+mi%C5%82o%C5%9Bci-2015-729537
Neon Demon http://www.filmweb.pl/film/Neon+Demon-2016-677753
Kwiat wiśni http://www.filmweb.pl/film/Kwiat+wi%C5%9Bni+i+czerwona+fasola-2015-743050
Śmietanka towarzyska http://www.filmweb.pl/film/%C5%9Amietanka+towarzyska-2016-742862
Boska Florence http://www.filmweb.pl/film/Boska+Florence-2016-731317
Neonowy byk http://www.filmweb.pl/film/Neonowy+byk-2015-748473
Komuna http://www.filmweb.pl/film/Komuna-2016-734392

Wrzesień

Julieta http://www.filmweb.pl/film/Julieta-2016-739982
To, co jest możliwe Integracja Ty i ja
Michał Integracja Ty i ja
Dobrze zapamiętuję Integracja Ty i ja
Człowiek http://filmaster.pl/film/human/
Destrukcja http://www.filmweb.pl/film/Destrukcja-2015-688536

Październik

Ostatnia rodzina http://www.filmweb.pl/film/Ostatnia+rodzina-2016-735683
Planeta singli http://www.filmweb.pl/film/Planeta+Singli-2016-751987
Excentrycy http://www.filmweb.pl/film/Excentrycy%2C+czyli+po+s%C5%82onecznej+stronie+ulicy-2015-739774
Ja, Daniel Blake http://www.filmweb.pl/film/Ja%2C+Daniel+Blake-2016-759290
Dziewczyna z pociągu http://www.filmweb.pl/film/Dziewczyna+z+poci%C4%85gu-2016-746043

Listopad

Wołyń http://www.filmweb.pl/film/Wo%C5%82y%C5%84-2016-724694
Jestem mordercą http://www.filmweb.pl/film/Jestem+morderc%C4%85-2016-753545
Pali się, moja panno http://www.filmweb.pl/Pali.Sie.Moja.Panno
Miłość blondynki http://www.filmweb.pl/Milosc.Blondynki
Pociągi pod specjalnym nadzorem http://www.filmweb.pl/Pociagi.Pod.Specjalnym.Nadzorem
Diabelski wynalazek http://www.filmweb.pl/film/Diabelski+wynalazek-1958-208947
Stokrotki http://www.filmweb.pl/film/Stokrotki-1966-117957
Palacz zwłok http://www.filmweb.pl/film/Palacz+zw%C5%82ok-1968-106296
Zaćma http://www.filmweb.pl/film/Za%C4%87ma-2016-742974
Prosta historia o morderstwie http://www.filmweb.pl/film/Prosta+historia+o+morderstwie-2016-753119

Grudzień

Nieznajoma dziewczyna http://www.filmweb.pl/film/Nieznajoma+dziewczyna-2016-745336
Ederly http://www.filmweb.pl/film/Ederly-2015-728602
Człowiek z marmuru http://www.filmweb.pl/film/Cz%C5%82owiek+z+marmuru-1976-1123
The Rolling Stones:Ole!Ole!Ole! http://www.filmweb.pl/film/The+Rolling+Stones+Ol%C3%A9+Ol%C3%A9+Ol%C3%A9-2016-773525
Hiszpański temperament http://www.filmweb.pl/film/Hiszpa%C5%84ski+temperament-2014-688941
Paterson http://www.filmweb.pl/film/Paterson-2016-759639
Siedem minut po północy http://www.filmweb.pl/film/Siedem+minut+po+p%C3%B3%C5%82nocy-2016-714492
Dusigrosz http://www.filmweb.pl/film/Dusigrosz-2016-771154

wtorek, 27 grudnia 2016

Recenzja powieści "Klasztor" Zachara Prilepina - wyd. Czwarta Strona

„I tak warto żyć”
                                                                   oficjalna recenzja


Sołowki to najstarszy gułag, który w epoce sowieckiej stanowił pierwowzór dla innych tego typu instytucji, gdzie zsyłano ludzi, by zamęczać ich systemowo ku chwale komunistycznego molocha. Najpełniej opisał to zjawisko Aleksander Sołżenicyn w swoim wiekopomnym dziele „Archipelag Gułag”. Zachar Prilepin, współczesny pisarz rosyjski, żołnierz walczący w Czeczenii i krytyk Putina, wraca do samego źródła „archipelagu”, do owianych mroczną legendą Wysp Sołowieckich, gdzie na terenie średniowiecznego monastyru powstało pierwsze miejsce komunistycznej kaźni.

„Klasztor” wpisuje się w temat „literatury obozowej” w oryginalny sposób. Wielkie dzieła tego nurtu powstawały w drugiej połowie XX wieku i miały charakter rozliczeniowy wobec okrucieństw tamtego czasu. Wydawało się, że nie sposób nic nowego powiedzieć na ten temat i można jedynie powielać opisy zbrodni i okrucieństwa, aby pamiętać o tamtych czasach. „Klasztor” nie jest jednak opowieścią o kaźni. „Klasztor” jest opowieścią o życiu za wszelką cenę. „Klasztor” jest peanem na cześć życia nawet w najbardziej ekstremalnych warunkach. „I tak warto żyć” można by zacytować słowa znanej piosenki.

Bo takie jest życie Artioma Gorianowa, głównego bohatera „Klasztoru”. Pasmo udręk i tortur przeplatane jest pięknymi momentami i pięknymi ludźmi, a wszystko to wyostrzone smakiem surowego archipelagu sołowieckich wysp. Kasza smakuje tu sto razy bardziej, i ryba, i gliniasta kromka chleba. Jednocześnie każde cierpienie powszednieje, a receptą na przeżycie jest myśl, że istnieje przemijanie, że za chwilę ten ból ustanie, a może zdarzy się coś pięknego. Takich pięknych doświadczeń Prilepin opisuje dość dużo – piękne rozmowy, piękna literatura, piękna rosyjska dusza i jej metafizyka. Widać gołym okiem, że Zachar Prilepin przeżył w swym życiu niejedno ciężkie doświadczenie i nauczył się, że „i tak warto żyć”.

W „Klasztorze” zdarza się też piękna miłość do wysokiej funkcjonariuszki obozu – Galiny Kuczerienko. Autor umiejętnie kontrastuje drastyczną scenerię obozu ze zmysłowym uczuciem dwojga ludzi, stojących po przeciwnych stronach. Oboje uciekają w uczucie i seks przed okrutnym światem czekistów i więźniów, którzy są gotowi zabić za najmniejszą przyczyną. Gułagowy romans w pewnym momencie staje się wiodącym tematem utworu.

Powieść Prilepina ma swój autentyczny pierwowzór – autor zainspirował się historią swego dziadka. Ten epicki, także pod względem rozmiarów, utwór nawiązuje do najlepszych wzorców powieści XIX-wiecznej z Fiodorem Dostojewskim i Lwem Tołstojem na czele i trzeba przyznać, że nawiązuje godnie, tworząc uniwersalny wymiar tego obcego i odległego nam świata. Powieść wymaga czasu i skupienia, nie da się tutaj nic przyspieszyć i oszukać. W tę historię trzeba wejść i się jej oddać, ale trud ten będzie wynagrodzony.

Za olbrzymi trud i podjęcie wyzwania, jakim było polskie wydanie tej powieści, należą się podziękowania dla wydawnictwa „Czwarta Strona” oraz  tłumaczki, Ewie Rojeckiej-Olejarczuk.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Recenzja książki Marka Sindelki "Zostańcie z nami" - wyd. Afera

Tutaj mieszka Pan Kafka
                                                             zdjęcie - wyd. Afera

Kim jest ten obcy? Kim jest ten drugi człowiek, którego widzę jak za szybą? Samotny i odległy, często wrogi. Kim jestem ja? Czym jest moje ja? Samotne i nieznajome. Jakie są relacje między mną i światem? Czy świat jest piekłem innych ludzi? Pytania mnożą się jak rozsypane spaghetti. Turlają w różne strony i układają przedziwne wzory, wobec których pozostaję bezradny. Mieszkam w środku Europy, miejscu, gdzie w kółko zadaje się pytanie – kim jestem? Kim są inni ludzie? W sercu Europy mieszka Pan Kafka. Ale od stu lat tak niewiele się zmieniło. I w tomie opowiadań „Zostańcie z nami” Marka Sindelki powraca znów – nie po raz pierwszy i zapewne nie po raz ostatni, to pytanie.

Co jest takiego w tej Mitteleuropie, że rodzi schizy? Że nie potrafi jakoś normalnie, zdroworozsądkowo, że ma ten swój odwieczny problem z komunikacją. Jak to łatwo powiedzieć – problem z komunikacją. Problemu z komunikacją nie ma wszak, gdy nie ma komunikacji. Dobra komunikacja to zgoda na brak komunikacji. Bo język nie jest po to, żeby się porozumieć, język jest najgorszym kłamcą, który nic nie potrafi oddać. Służy tylko do okłamywania innych.

Aby się samemu ze sobą dogadać... bo z innymi nie sposób, w ogóle nie ma mowy, żeby się dało coś więcej powiedzieć niż, dajmy na to, „kup litr mleka”. Ale i tu jest problem, bo jaki litr mleka? W kartonie, w butelce, odtłuszczone, bez laktozy? Głupie mleko może stać się źródłem naszego powszedniego nieszczęścia, skrzywdzenia drugiego, nie sprostania jego jakże banalnym oczekiwaniom. Ale przecież najgorsze kłamstwo tkwi w czynieniu dobra, bo tak odbywa się najczęstsza manipulacja – nęcenie, wodzenie na pokuszenie, wszelkie moralne korupcje, nepotyzmy i kolesiostwo. Aby się samemu ze sobą porozumieć zatem, potrzeba snu. Ze snu dopiera przychodzą do nas refleksy naszych lęków i pragnień. To tam dochodzi do deziluzji naszego dobrego samopoczucia. Mitteleuropa mówi o naszych snach. Kafka mówi o snach naszych. Sindelka także mówi o naszych snach.

W tych opowiadaniach jest tęsknota za samym sobą, ukrytym za iluzją własnego obrazu, wizerunku, który kłamie o nas najbardziej i jest to najbardziej perfidne kłamstwo, które przykrywa najmniejszą odrobinę prawdy.

Ale dlaczego Mitteleuropa bierze się za bary z kłamstwem? I to tak mocno. I od zawsze. Myślę, że ze strachu. Boimy się tutaj, że te kłamstwa są po coś, że nie są taktyką, by przetrwać, jakimś ułatwieniem w absurdzie, ale że wiodą nas w głąb lasu, gdzie sami będziemy sobie kopać doły; że kłamstwa te wiodą nas w otchłanie masowych mogił – przez wieki zniewalanych i eksterminowanych na margines historii.

Pan Kafka puka do naszych drzwi każdego dnia i przypomina o wrogości świata, który nie daruje nam zwykłego życia. Takie są opowiadania z tomu Marka Sindelki, które mi Pana Kafkę przypominają w tym świecie permanentnej iluzji. Wybaczcie, że nie opisze tych tekstów jeden po drugim. Są różne i niektóre nie do końca o tym, ale przedstawiłem swoje wrażenie, które jest ponad treścią i sensem poszczególnych tekstów.

piątek, 16 grudnia 2016

O "Górze Tajget" Anny Dziewit- Meller

Sięgnąłem po tę książkę ze względu na Lubliniec i historię, którą poznałem po 15-stu latach pracy w tym mieście. Dopiero niedawno trafiłem na ten cmentarz, gdzie spoczywają ofiary eksperymentów medycznych Ernsta Buchalika. W tym roku został rozebrany budynek na terenie szpitala, gdzie działy się te straszne rzeczy - medyczne testy na żywych i bezbronnych organizmach dzieci, które nie były ucieleśnieniem ideału rasy panów, ale mogły się przydać. Mogły być chociaż na tym krótkim dystansie swego życia użyteczne dla pełnej krwi Aryjczyków.

Anna Dziewit-Meller pochodzi z Katowic. Śląsk wobec wojny i hitleryzmu to osobna historia,  umiejętnie przedstawiona w "Górze Tajget" - ludzie wobec dylematów, które ich przerastają, próbujący normalnie żyć w cieniu zbrodniczego systemu, który ich moralnie w siebie uwikłał. Dziewit przedstawia tę sytuację z wyczuciem i należytą złożonością.

Ale pozostaje tabu, pozostaje wstyd i milczenie. Pozostaje lubliniecki, dziś pięknie odrestaurowany, Zamek, gdzie dokonywano selekcji dzieci. Pozostaje cmentarz z białymi tabliczkami, na których napisy dziś trudno przeczytać.

Dobrze, że ta książka powstała, bo trzeba nam pamięci a nie wstydu.

wtorek, 6 grudnia 2016

Recenzja książki "O pisaniu" Charlesa Bukowskiego - wyd. Noir sur Blanc

„Rób nieporządek w chaosie”

Bukowski pisał wiersze, pisał prozę, pisał fikcję, pisał o swoim życiu. Bukowski pisał, pisał, pisał. Wszystko, co robił, służyło pisaniu, bo pisał o wszystkim, co robił. Bukowski pisał też listy. Nieważne - dupczył, pił, grał na wyścigach, harował przy dorywczych pracach – zawsze miał z tyłu głowy pisarstwo.

Pisał ich sporo, tych listów, by kontaktować się z wydawcami, ludźmi pióra, by załatwiać sprawy związane z pisaniem. Abel Debrito w zeszłym roku postanowił opracować i wydać tom, który pokaże Bukowskiego i wybór jego epistolografii. Wybór, o tyle ciekawy, że stanowi praktycznie przekrój przez całe twórcze życie autora „Ham on Rye”. Możemy dziś go poznać dzięki wydawnictwu Noir sur Blanc i przekładowi Marka Fedyszaka.

Bukowski w tym tomie „mówi jak jest”, nie owija w bawełnę, ale nie jest tak drapieżny jak w swoich tekstach czysto literackich. Często przyjmuje postawę obronną, próbuje tłumaczyć swoją literacką wściekłość i ordynarność. „Nie odcinajmy się od rzeczywistości autocenzurą świętoszka” - mówi w pewnym momencie, delikatnie ale stanowczo dystansując się od ataków na jego prozę.

Bukowski w swojej prozie „mówi jak jest” i nie bierze jeńców. W listach też tak próbuje. Szczególnie mocno obrywa się kolegom po piórze. Bukowski oprócz Celine'a nie darzył zbyt wielu sympatią. No, może jeszcze lubił kompletnie u nas nieznanego Johna Fante, ale i jemu się w pewnym momencie dostaje za swoje. Z tym, że gdy pisze bezpośrednio do innych pisarzy, np. Henry'ego Millera, to już nie wali ze swych grubych dział. Możliwe, że dlatego ich nie lubił, bo go onieśmielali ci wszyscy mędrcy pióra? Nie był w stanie podjąć z nimi polemiki na innym poziomie niż jego ból jego świata, a wiedza na temat literatury była fragmentaryczna i chimeryczna zarazem.

Listy Bukowskiego, podobnie zresztą jak poezja, są bezpośrednie, wręcz kompulsywne. Tak też wyraża się o swoim pisaniu – wszystko, co najlepsze jest wypowiedziane w pierwszym momencie, gdy myśl się rodzi, mimo błędów i niedokładności. Nie warto tego poprawiać, bo słowa tracą wtedy swoją moc. Właśnie dlatego tyle tutaj błędów i poprawek. Ale także rysunków. Nie znaliśmy go z tej strony, ale te listy momentami zmieniają się w komiksy.

„Nieporządek w chaosie robisz mi” albo „Robisz mi nieporządek w chaosie” - jak kto woli. Właśnie tak robi mi pisanie Bukowskiego. Te listy są „nieporządkiem w chaosie” jego twórczości. Nie ma metody, nie ma warsztatu, nie ma myślenia. Jest dzieło. Czysty ekstrakt emocji i prawdy. Nie ma pracy – pisze o tym, że nigdy nie traktował swego pisania jak pracy. I to jest najważniejsza „myśl” jak dla mnie. Chcesz być dobry, nie myśl, nie bój, nie kombinuj, tylko rób to, co daje ci radość. Nie dla nagrody, nie dla pozycji. Po prostu dobrze się baw i swój „rób nieporządek w chaosie”. A wygrasz w świecie bez recept.

wtorek, 29 listopada 2016

Recenzja filmu "Zaćma" w reżyserii Ryszarda Bugajskiego

Zaćmy naszej historii

Oglądając „Zaćmę” Ryszarda Bugajskiego nie mogłem uwolnić się od porównań z „Idą” Pawła Pawlikowskiego. Podobieństwa są liczne – jest temat kościoła w komunistycznej Polsce, jest motyw żydowskiej ubeczki, jest postać siostry zakonnej żydowskiego pochodzenia. Brak jest motywu polskiego antysemityzmu, co narzuca, że „Zaćma” może być odebrana jako antysemicka (zresztą tak była odbierana także „Ida”. Wizualnie film Bugajskiego, mimo że kolorowy (tu aluzja do „Idy” byłaby zbyt wielka) to jednak surowy, pięknie sfilmowany w grze półmrokiem i cieniami, co także nasuwało mi skojarzenie z filmem Pawlikowskiego.

Ryszard Bugajski powraca po latach do tematu rozliczeń z czasami stalinowskimi, tak jak uczynił to w genialnym „Przesłuchaniu”. Tym razem reżyser ustawił temat w kontekście polskiego katolicyzmu. Julia Bystrygierowa to postać historyczna znana jako „krwawa Luna” jedna z największych ubeckich oprawczyń, szefowa departamentu inwigilującego osoby duchowne.

Prawda jest taka, że nie znam historii kobiet-żydówek, które po wojnie stały się „kacicami” stalinowskiej Polszy. Słyszałem o Różańskim, Humerze, ale o tym, że główne role w powojennych procesach odgrywały kobiety nie wiedziałem wcale i także dlatego warto zaznajomić się z tym dziełem, żeby poznać tę nieznaną część polskiej historii. Ale nie to jest w filmie Bugajskiego najważniejsze.

Pierwowzorem „krwawej Wandy” z „Idy” była Helena Zwolińska, komunistyczna prokuratorka, która wydawała najsurowsze wyroki w okresie stalinowskim. O ile w „Idzie” możemy doszukać się motywu zemsty na polskich antysemitach, to w „Zaćmie” widzimy tylko kobietę, którą dręczą wyrzuty sumienia; człowieka, do którego dociera ciężar moralny popełnionych zbrodni. Julia, grana przez Marię Mormonę, aktorkę jak do tej pory drugiego planu, jest postacią na zewnątrz oziębłą, dopiero, gdy wchodzimy w świat jej psychiki dostrzegamy jej wewnętrzny dramat, z którym nie potrafi sobie poradzić, uświadamiając sobie bestialski charakter swoich czynów. Aby zrozumieć swój stan Julia pragnie porozmawiać z prymasem Wyszyńskim, który też był ofiarą stalinowskiego więzienia.

Można łatwo zbyć ten dylemat moralny, mówiąc, że zbrodniarz słusznie ponosi ciężar swoich czynów i nie ma tu miejsca na współczucie. Jednak, gdy patrzymy na procesy zbrodniarzy hitlerowskich, widzimy, że nie mieli oni świadomości moralnej swego czynu i uparcie trwali w przekonaniu, że wojna i walka usprawiedliwiała ich okrucieństwo. Julię poznajemy z perspektywy starszej kobiety, oziębłej i skrzętnie ukrywającej swój ból, ale także cofamy się do momentu, gdy widzimy potwora upojonego poczuciem władzy. Sceny te, tym razem czarno-białe, przenikają naprzemian realizm i oniryczny mistycyzm, który jest chrześcijańskim samooskarżeniem.

Ale Julia nie wierzy. Nie wierzy, by istniało dla jej zbrodni przebaczenie winy. W bólu i rozpaczy nie rozpoznaje Boga, nie oczekuje współczucia, odpuszczenia winy, ale nie rozumie, dlaczego cierpi. Nie wierzy nawet w sumienie, które do niej krzyczy. Ponoć w swych dalszych losach Bystrygierowa przeszła całkowite nawrócenie, ale Bugajski milczy o tym. Pozostawia nas samych z pytaniem o sens wybaczenia.

Jest to pytanie Raskolnikowa o sens przyjęcia winy i kary. Dla Dostojewskiego była to wizja chrześcijańska, tylko ona dawała możliwość odkupienia absurdu w krwi Chrystusa. Nie wiemy, czy Julia uwierzyła tak jak uwierzyła Ida z filmu Pawlikowskiego, która poznała zło, rozciągające się za jej tajemnicą. Powróciła do zakonu, znając prawdę o swym pochodzeniu i tragicznym losie najbliższych. Doświadcza gniewu i nienawiści, pragnie zemsty i nie jest w stanie wybaczyć katom jej rodziny, ale ma świadomość, że ukojenia od absurdu zbrodni może doznać jedynie w Chrystusie i w jego ofierze, w czymś co ją przekracza.

Ale Ida nie była katem jak Wanda i Julia. One nie wierzą w możliwość przyjęcia winy i kary, która odkupuje nasze zło. Wanda popełnia samobójstwo, uznając absurd i zbrodnię za trwały element irracjonalnego świata. Julia uznaje swą winę, ale nie wierzy, że istnieje coś lub ktoś, kto będzie w stanie wybaczyć jej winy. Jej przewodniczką duchową jest „druga Ida”, siostra zakonna Benedykta, która także jest żydówką. Ważną rolę w jej drodze odegra oślepiony w procesach ksiądz, który zada jej te pytania, których ona się najbardziej boi. W tej roli jak zawsze rewelacyjny Janusz Gajos. Cóż brakło mi w tym duecie Krystyny Jandy, ale czy byłaby na tym etapie podjąć jeszcze tak trudne wyzwanie aktorskie?

Za dużo dzieje się tutaj w słowach, dialogi są zbyt bezpośrednie, co czyni wrażenie przegadania problemów, które według mnie powinny być rozegrane na balansie ciszy i milczenia. Jednak „Zaćma” to ważna historia i głos w dialogu o naszych wspólnych winach i karach.

czwartek, 24 listopada 2016

Recenzja książki "Śmieję się z bogami" - Wydawnictwo w Podwórku

17-11-2016

Deklaracja niepodległości

Autor recenzji: lapsus
Tytuł książki: Śmieję się z bogami
Autor książki: Charles Bukowski
Obserwuję, że wracamy do pisarstwa Charlesa Bukowskiego coraz częściej i na wszelkie możliwe sposoby. To jest ważne, że poprzez Hanka możemy przyjrzeć się światu i naszej współczesności. Proza Bukowskiego jest uniwersalna, a ten uniwersalny wymiar uzyskuje poprzez doświadczenie wyrzutka, który potrafi na świat i ludzi spojrzeć z dystansu. Oto, co dla mnie najważniejsze w tej prozie – nie picie, dupczenie i tumiwisizm, ale poczucie wyobcowania, a nawet swoista „deklaracja niepodległości”, w której Bukowski mówi: „pieprzę wasz chory, chciwy, nędzny świat, dajcie mi się w końcu wyspać”.

Tym razem poznajemy Bukowskiego nie wprost z kart jego autobiograficznych dzieł, ale poprzez wywiad, którego w latach 80. udzielił włoskiej dziennikarce Fernandzie Pivano.
Już na początku Pivano zaznacza, że zalicza się do grona przyjaciół Ernesta Hemingwaya i od tej pory cień tego pisarza zalega na całym wywiadzie, jakby autor „Komu bije dzwon” był kluczem do zrozumienia postawy i dzieła Charlesa Bukowskiego. Hank jednak dystansuje się od tego, tak jak dystansuje się od wszelkich obiegowych sądów na temat literatury – Hemingwaya ceni tak sobie, a jeśli już to jego starsze, mniej znane dzieła. Fernandzie Pivano zdaje się to nie przeszkadzać, bo pyta, czy będzie mogła zaliczyć Hanka także do grona swoich przyjaciół. Mamy zatem motyw – Bukowski jest dla Pivano rzadkim okazem w gronie przyszpilonych w jej prywatnej gablotce literackich motyli przeklętych.

W 1980 roku, kiedy wywiad miał miejsce, Bukowski skończył 60 lat. Miał w miarę ustabilizowane życie i 30 lat młodszą Lindę Lee u boku, która nie dość, że znosiła jego schizy (czasem przemoc, co widać na filmach na YT) to jeszcze opiekowała się, będącym u progu starości, pisarzem. Sam Bukowski był wtedy na etapie tworzenia jednego ze swoich najlepszych dzieł, a mianowicie „Z szynką raz!”, gdzie powracał do czasów swojej młodości – okresu „Wielkiego kryzysu” i II wojny światowej.

Fernanda Pivano nie piła. Hanka pewnie to ucieszyło, że nie będzie musiał dzielić się alkoholem. W wywiadzie Bukowski często dopytuje się, dlaczego feministki go nie lubią i nikt, o dziwo, nie potrafi znaleźć satysfakcjonującej odpowiedzi. Ja ją znam. Hank za młodu był brzydki jak noc, cierpiał w na jakąś skórną chorobę, w której wyniku twarz miał całą w potężnych skrofułach nabiegłych ropą i nie miał szans u kobiet. Pierwszy stosunek odbył w wieku 24 lat z jakimś monstrum, co plastycznie przedstawia w jakichś wywiadach i na kartach swych dzieł – Hankowi zawsze myliła się rzeczywistość i twórczość.

Potem chlał tak, że w wieku koło 30. lat prawie się przekręcił w wyniku krwotoku. Ot, ciekawszy i dłuższy proces samounicestwienia. To był moment przełomowy. Od tego czasu zaczyna się jego drugie życie – pisarza, dziwkarza i pijaka, a nie tylko pijaka i trampa jak do tej pory. Kobiety porządnie zalazły Hankowi za skórę i nie oszczędza ich w swoich książkach. Dla niego seks to walka a nie żadna czułość, żadna miłość. Dlatego, gdy czytam, że on się dziwi, co jest w jego książkach takiego, że nie lubią go feministki, to widzę w tym takie samo szyderstwo jak w słynnym francuskim telewizyjnym programie „Apostrophe”, gdzie poklepuje jakiegoś staruszka po łysinie i wygląda jak nabzdryngolona małpa, która chce napluć w gębę całemu światu.

Ale jest w wywiadzie Pivano coś, co rzeczywiście dało mi do myślenia. Jak powiedziałem, Bukowski pisał wtedy „Z szynką raz!”, powieść o swojej młodości, a w tej młodości był wątek nazistowski. Buntowniczy Bukowski gardził patriotycznymi hasłami i owczym pędem prawilnych obrońców Ameryki. Przystąpił więc do faszystów. Nie dlatego, że lubił Hitlera, ale dlatego, by wkurzyć ludzi, żeby pokazać ile warte są ich demokratyczne ideały, żeby znienawidzili go jeszcze bardziej. Tak samo dziś Bukowski pokazałby środkowy palec pompatycznym „obrońcom demokracji”, tak samo na złość im szedłby w pierwszym szeregu Marszu Niepodległości albo spotykał się na tajnych kompletach z chłopakami z ONR-u, tak samo wyrzuconymi na margines rzeczywistości jak on. Oto współczesna aktualność i deklaracja niepodległości w wykonaniu Hanka. Oto prawdziwa, nie otumaniona hipokryzją apolityczność, gdy tłum gardłuje swoją poprawność, nie bacząc na mord jednostki – tej znienawidzonej, ohydnej, introwertycznej jednostki, która zawsze będzie na „nie”, bo doskonale wie, że jesteśmy marionetkami w rękach wielkich manipulatorów, którzy, pod hasłami wolności i sprawiedliwości, mówią nam, co mamy robić.

Zawsze pytam, dlaczego masy robią bohaterów ze współczesnych „hitlerków”? To nie jest odpowiedzialność tych mas. To jest odpowiedzialność elit, które doprowadzają te masy na skraj przepaści i mówią im: „nie krępuj się – skacz!”. Hank tworzy dla odszczepieńców, dla wyalienowanych cząsteczek masy, które pozostają same ze swoimi problemami i w akcie obojętności pokazują, że jest im wszystko jedno.

Poza tym „Śmieję się z bogami” to książka pięknie wydana, przyjemna w obcowaniu i w ogóle miła, za co należą się podziękowania gdańskiemu Wydawnictwu w Podwórku.

piątek, 18 listopada 2016

Recenzja filmu Milosa Formana "Pali się, moja panno"

Wszystko zostało spalone

Jaroslav Papousek od początku lat 60. stanowił wraz z Miloszem Formanem nierozerwalny duet - Papousek scenarzysta, Forman -reżyser. Fascynowało ich kino neorealistyczne, nowofalowa rewolucja francuska i cinema verite. Inspiracje nowinkami kina lat 50. i początków lat 60. widzimy w czechosłowackich filmach Formana. Jednak bez indywidualnego rysu kino naszych południowych sąsiadów - i jednych i drugich - nie uzyskałoby statusu jednego z najważniejszych zjawisk kultury europejskiej XX wieku. A tak właśnie się stało i to nie tylko za sprawą Formana, ale całego szeregu twórców, którzy w latach pięćdziesiątych kończyli Famu i eksplodowali twórczą lawą na początku lat 60.

"Pali się, moja panno" jest ikoną tego nurtu. Może to niesprawiedliwe, że film Formana przyćmił swoją legendą całe mnóstwo innych dzieł, które mogą mu dorównywać pod względem artystycznym, ale to Forman zyskał światową sławę i stał się laureatem wielu nagród z Oskarami włącznie. Tak to już jest, że historia lubi zwycięzców i nazwiska Passera, Nemca , Jiresa, Chytilovej znają tylko wtajemniczeni.

Co spowodowało, że czechosłowackie filmy Formana, a "Pali się, moja panno" szczególnie, stały się emblematami tego nurtu? Czym zasłużyły sobie na miejsce, które im dziś przypisuje historia kina?
Skupmy się na "Pali się, moja panno". Wyobraźmy sobie sytuację twórców, Formana i Papouska, którzy wraz z grupą przyjaciół odwiedzają typową czeską gospodę, gdzie strażacy organizują swoją imprezę. Przecież to było znane i u nas, gdyż remizy Ochotniczych Jednostek Straży Pożarnej były miejscami wiejskich bali. Nie było wszak klubów, dyskotek. Człowiek zwykły, nie oprawiony w mundur był kimś niewidocznym. Standardy wojskowego rynsztunku nadawały tym normalsom atrybuty siły i władzy. Elementy broni, swoisty etos i oczywiście mundur dawały tym przeciętnym obywatelom pozór władzy i hierarchii. Tak zresztą pozostaje do dziś.

Mamy zatem u Formana tych pożal się Boże strażaków, którzy z ogniem zbyt dużo do czynienia nie mają (w przeciwieństwie do czasów współczesnych, gdzie domorośli strażacy parają się także podpalaniem dajmy na to łąk, żeby było co gasić), ale mają poczucie misji i chęć organizowania lokalnej społeczności. Przejmują zatem ci brzuchaci mniej, bardziej lub wcale, starsi panowie funkcję kulturotwórczą i robią tę kulturę na swoją przaśną modłę, zaczerpniętą ze znanych im wzorców pop-kulturowych, które z dużo większym trudem docierały na wieś niż w czasach obecnych.
Loteria fantowa, wybory miss, jakiś jubileusz. Wszystko się tutaj rozpada, nikt nad niczym nie panuje. Pozornie błahe sprawy nabierają charakteru prawdziwego Armagedonu i pędzą ku nieuchronnej katastrofie, która całkowicie obnaży iluzję wsi sielskiej, anielskiej. To właśnie drobne wady, małe, codzienne podłostki stają u źródeł moralnego skundlenia bohaterów. A najgorsze, że widzimy wśród nich nas samych - uwikłanych w absurdalne konflikty i najczęściej w nie swojej roli, bo ktoś czegoś gdzieś od nas oczekuje.

Kiedy wybucha prawdziwy pożar, który ponoć rzeczywiście miał miejsce w trakcie zabawy, na której byli Forman i Papousek, strażacy pozostają bezradni. Ich działania i pomoc są pozorne. Pozostają tylko mundury, które do niczego nie służą. Są tylko wyobrażeniem władzy i porządku, którego tak naprawdę nie ma.

Zwykli ludzie, nie zawodowi aktorzy - musiało to być niezwykłe wyzwanie dla twórców, ten tłum statystów, bo nie ma w filmie postaci wiodącej. Ale udało się znakomicie i do dziś możemy w tym kreacyjnym reportażu, wręcz mockumencie, przeglądać jak w zwierciadle, widząc, że nasza skłonność do władzy i uniformizacji życia za wszelką cenę jest ponadczasowa.

Ja myślałem jeszcze o Kieślowskim i "Z punktu widzenia nocnego portiera", filmie, który idzie jeszcze dalej w swym wizyjnym makabryzmie i braku wiary w człowieka, uwiązanego na łańcuchu systemu. Ale przecież "Pali się, moja panno" to tylko komedia, więc można się pośmiać.

wtorek, 25 października 2016

Recenzja książki Łukasza Suskiewicz "Mikroelementy" - wyd. FORMA

Elektrowstrząsy

Czytając opowiadania Łukasza Suskiewicza myślałem, co mnie omija w literaturze. „Mikroelementy” to zbiór opowiadań, a każde opowiadanie jest jak kopniak wymierzony w czuły punkt naszej codziennej hipokryzji. Teksty te są jak otwarcie drzwi zamrażarki w upalny dzień – moment orzeźwienia w wilgotnym i ciężkim powietrzu.

Ocucają te teksty, ale jednocześnie obezwładniają. Ich siła i bezkompromisowość powoduje zaskoczenie i pytanie, czy taka proza ma dziś swoje miejsce na polskiej literackiej mapie? Czy nie straciliśmy czegoś ważnego, gdy myślimy o literaturze skrojonej na miarę, do bólu wystandaryzowanej, wyredukowanej i zredagowanej.

A gdyby tak wypuścić parę? Świsnąć, wywalić, dać się ponieść obrazom i słowom? Mieć gdzieś konwencje i nakazy, a reguły literatury zmienić na reguły masakry? Skończyć z tym certoleniem i obawami, czy aby przypadkiem nie za bardzo tu smutno, ciemno, zimno. Bowiem proza Suskiewicza jest jak z piwnicy Fritzla, jak z filmów Uwe Seidla. Domki jednorodzinne albo bloki, gdzie niejako mimochodem dochodzi do destrukcji człowieczeństwa. Wegetacja ubarwiona dręczeniem.

Destrukcja ta na domiar złego odbywa się w rodzinie, wśród bliskich. To tak zwani „bliscy” czerpią największą satysfakcję z zadawanego bólu, a ciekawość granic i możliwości dręczenia popycha ich do dalszych „eksperymentów” w zakresie powszedniego sadyzmu. W tych opowiadaniach najbardziej boli samotność. Role kata i ofiary są tylko przypadkowymi projekcjami i próżno szukać motywów, a psychologiczne analizy wiodą na manowce. Człowiek- bohater w swym złu wymyka się jakimkolwiek diagnozom. I tego unika Suskiewicz najbardziej. To nie jest proza lekarska, dążąca ku zrozumieniu i wyleczeniu. „Taki na świat przyszedłem” - zdają się mówić tekstem Bukowskiego bohaterowie „Mikroelementów”. „W ten pejzaż” z pustki i betonu.

My się nawet nie nienawidzimy. Tak samo jak nie nienawidzimy muchy, której wyrywamy skrzydło. Tak samo jak nie nienawidzimy pluskwy, pchły czy komara. Czasem nas coś po prostu wkurza, a czasem zaciekawia. Wystarczy potencja, że można, bo nie czeka nas za to żadna kara. A jak nie ma kary, to nie ma i zbrodni.

A jak nie ma zbrodni to nie ma i sędziego. Autor ukazuje międzyludzkie relacje w sposób możliwie obiektywny i zdystansowany. Z takiego opisu wyłania się obraz samotności z ludźmi. „Inni” są dla bohaterów mniej lub bardziej użytecznymi przedmiotami, ludzkie życie staje się dla nich nieustającym eksperymentem na temat, jakie są granice ludzkiej wytrzymałości. Albo inaczej: czy istnieją granice ludzkiej wytrzymałości. Świat opowiadań Suskiewicza to nasz codzienny obóz koncentracyjny, tyle że nie poddany kulturowej iluzji moralnego osądu.. „Mikroelementy” to wiwisekcja obojętności i egoizmu. Nie ma tu miejsca na płacz, zawodzenie, czy nawet refleksję nad okrucieństwem natury ludzkiej. Ta chłodna akceptacja jest jednak pozorna. Behawioralna nagość tych tekstów sama w sobie jest wołaniem o drugiego człowieka w świecie permanentnego braku.

Jakoś nie wpada mi do głowy, by w tym przypadku omawiać po kolei opowiadania z tomu. Nie potrafię odróżnić tutaj tekstów lepszych, słabszych, ale wchodzę w te zimne światy, światy całkiem mi bliskie i znane. Wchodzę dzięki wydawnictwu FORMA, które stawia na mniej znanych pisarzy, ale, jak widać na przykładzie Suskiewicza, pisarzy wyjątkowych. Zadaję sobie pytanie, kim są inni twórcy publikujący w serii Kwadrat? Zadaję sobie pytanie, co nas, czytelników, omija? I cieszę się, że odkryłem tę niszę. I zapraszam innych do nieznanych literackich krain, które istnieją a jakby ich wcale nie było.


piątek, 14 października 2016

Recenzja książki Virgine Despentes"Vernon Subutex 2" wyd. Otwarte

 

           Komuno, wróć!

Virginie Despentes powraca drugim tomem opowieści o Vernonie Subuteksie, sprzedawcy vinylowych płyt i ustosunkowanym w branży znawcy muzyki, który stał się kloszardem. Pierwsza część tej historii wywołała niemałe zamieszanie w świecie literatury, a co więcej spotkała się z przychylnym przyjęciem krytyków. Także wiele głosów w Polsce nie kryło zachwytu nad dziełem autorki „Teorii King Konga”. Czekałem zatem na drugi tom, niepewny co do pomysłu na literacki serial.

Despentes jest miłosierna – jak w klasycznym serialu przypomina na początku tomu drugiego bohaterów i co wydarzyło się w poprzednim odcinku. Otóż wydawało się, że Vernon Subutex, który wylądował na ulicy, został zaatakowany przez grupę nazioli i zginął śmiertelnie pobity. Jako, że fikcja literacka, a także serialowa, ma swoje prawa to Subutex zmartwychwstaje i jakoś sobie radzi jako paryski bezdomny. Problem polega raczej na tym, że jest go tutaj jakby mniej. Niby wszystko dzieje się wokół Vernona, znów wszyscy go szaleńczo poszukują, ale autorka oddaje głos innym bohaterom. „Vernon Subutex. Tom2” jest zatem skonstruowany niczym galaktyka, gdzie po życiowych orbitach krążą bohaterowie wokół Słońca, fenomenu i tajemnicy Subutexa.

I są to bardzo ciekawe historie różnych ludzi – spektrum Despentes to ludzie marginesu, gwiazdy porno, ale także zagubieni przedstawiciele showbiznesu, którzy się sprzedali i stracili do siebie szacunek, znajdziemy tu także przedstawiciela kasty najwyższej, zepsutego do szpiku kości biznesmena,są przedstawiciele środowiska arabskich emigrantów, wracający do swych islamskich korzeni w poczuciu bezsensu życia, jest nawet naziol z ludzką twarzą i są całkiem normalni mieszczanie, którzy zwyczajnie pragną przeżyć w miarę bezboleśnie swój czas.

To, co było dla mnie zaletą w części pierwszej, ten ludzki karnawał i narracyjna sprawiedliwość, oddanie głosu tak różnym typom bohaterów, w części drugiej staje się problemem, bo w wizjach pojedynczych losów zatraca się historia. Nie wiemy, dokąd ona zmierza, nie wiemy tak naprawdę o czym i po co jest ta opowieść. W tomie pierwszym nie było takich wątpliwości, a fabuła toczyła się wręcz w sensacyjnym stylu, co nadawało dziełu tempa i struktury, tutaj wszystko się rozłazi w meandry pojedynczych losów, staje w miejscu i zapominamy, dokąd zmierzamy. Ktoś powie, że można i tak, że najważniejsze, że od wielu lat powieść Virgine Despentes to zwierciadło przechodzące się po ulicach Paryża, jak chciał Stendhal. Może i tak, ale, patrząc na pierwszą część, widzę, że fabularny kręgosłup był potrzebny tej historii.

A jest to historia powstawania komuny. Odnawiania hipisowskiego mitu w XXI wieku. Ci którzy porobili kariery, zdobyli, różnymi sposobami, pieniądze i sławę, dostrzegają dookoła siebie pustynię i samotność. Schodzą zatem wzorem Subutexa na margines społeczeństwa, by tam odnaleźć chociaż część utraconej prawdy i wolności.

I w tym „Vernon Subutex. Tom 2” jest integralną kontynuacją części pierwszej, bo obydwie książki są o końcu pewnej epoki, dojściu do ściany i pytaniu, o to, co będzie dalej. Dlatego warto sięgnąć po opowieść o zmarginalizowanych paryżanach, jaką jest „Vernon Subutex” jako cykl – historia ludzi przegranych, przetrąconych, nie przylegających do standardów współczesnego świata. Tyle że Hrabal pisał o tym pół wieku wcześniej. Tylko że Marek Nowakowski pisał o tym w kazamatach PRL-u. Wniosek? Europa Zachodnia znalazła się dziś tam, gdzie my byliśmy 50 lat temu - w świecie kłamstw i propagandy, gdzie po prawdę trzeba chodzić na marginesy rzeczywistości. Tam też zmierza Virgine Despentes, by snuć swoją opowieść o niemożliwości „nowego wspaniałego świata”.

wtorek, 11 października 2016

Tekst na podstawie książki "Literacki almanach alkoholowy" Aleksandra Przybylskiego - wyd. słowo/obraz,terytoria

                                                                      zdjęcie okładki i tekst

Odczyt o roli alkoholi

Od wieków dwie rzeczy nie mogą się bez siebie obejść – alkohol i literatura. Wszystko tu się tapla w alkoholizmie, a pisarz jawi jako człek niegodny i z natury leniwy. Siedzi, nic nie robi i pije, bo pobudza to jego ego ku tak zwanej twórczości. I są to stada nierobów, nieuków i prestigitatorów. Domeną ich jest tak zwane myślenie i picie, a raczej myślenie po pijaku. Poronione płody ich tak zwanej myśli oto literatura alkoholiczna. Powstało o tym dzieło – „Almanach literatury alkoholowej” Aleksandra Przybylskiego. Aby o tym dziele opowiedzieć, proponuję znaną z PRL-u formę odczytu w celu profilaktyki antyalkoholowej.

Odczyt swój podzielę w zgodzie z podziałem książki na piwo wino wódki , koktajle.

Piwo
Pijak i kolega Hrabala – Egon Bondy - napisał taki wierszyk „Dzisiaj wypiłem kilka piw, więc mnie nie chwyci żaden syf”. Wskazał przy tym na dobrodziejstwa picia piwa i to jest metoda manipulacji alkoholowej najczęstsza. Hrabal pisze, że w czasach gdy w miasteczku zatrzymał się czas piwo miało smak prawdziwej małmazji. Guinessa piją u Joyce'a w „Ulissesie” Sam Joyce o piciu napisał tak „Jak se leje herbatę, to leje herbatę . A kiedy leje co inksze, to leję co inksze”.

Hans Castorp pije porter w „Czarodziejskiej górze”, co ponoć dobrze mu robi na płuca a przynajmniej poprawia nastrój cierpiącemu na gruźlicę bohaterowi. Kolejna manipulacja to wmawianie czytelnikowi zdrowotnych właściwości alkoholi. Spaten Pils rozświetla ponure perspektywy i ohydę ludzkości w „Mdłościach” Sartre'a. Znani z wódki Rosjanie mają swoje piwo Żygulowskie, które stanowi bazę dla grożącego śmiercią drinka „Psia krew” z poematu „Moskwa -Pietuszki” Wienedikta Jerofiejewa.

Piwo żywieckie – to jemu poświęcił swe strofy poeta Rafał Wojaczek - „Matka dobra jak piwo żywieckie” czytamy i na naszych oczach dochodzi do profanacji, czyli kolejny grzech i źródło upadku. Hrabal np. porównuje pijaków do aniołów, a knajpę do nieba, gdzie dochodzi do zbawienia, czyli picia piwa. Piwo pilsner leje się u Hrabala a w zasadzie spada z mocą kaskady, co nie dziwi, gdy uświadomimy sobie, że ojciec autora był kierownikiem browaru i abstynentem , natomiast mamusia lubiła piwo i pije je w „Postrzyżynach” jak mleko. Poza tym piwne libacje Egona, Vladimira i Hrabala w mieszkaniu na Grobli w „Czułym barbarzyńcy”. No i słynny slalom Hrabala – kolejny grzech. Hrabal wzorując się na innym znanym opoju , czyli Hemingwayu, robił sobie powszednie święto i zamiast iść np. w poniedziałek czy środę do pracy, brał urlop i szedł do knajp i wykonywał tak zwany slalom po czeskich mordowniach, których dziś już nie ma.

Piwo określa mianem pracy Bukowski – „poszedłem popracować nad sześciopakiem” jest chyba najczęstszą frazą tego poety.

Wino

W starożytności pito na potęgę wino, Platon swe dzieło zatytułował „Uczta” i możemy się tylko domyślać, co tam się wyprawiało u tych filozofów greckich. U Petroniusza piją wino Falernum. U Szekspira piją Małmazję i jest to dodatkowo narzędzie zbrodni – złamane przykazanie piąte. Wino Ciudad Real jest ulubionym winem don Kichota i Sancho Pansy . Don Kichot pije mało, bo ma naturalną fazę i wino mu niepotrzebne. Sancho musi mu dorównać, żeby znieść fantazje błędnego rycerza, ergo - alkohol to szaleństwo. Gargantua i Pantagruel u Rablego piją cięgiem i w ilościach zatrważających wino Hipokras, do tego pojawia się stwierdzenie, że wino to dobrze robi na żołądek. Porto z kolei to ulubione wino w klubie Pickwicka. Wina nie pije Hrabal , ale jego kumpel Bondy wymyślił wino z jeżyn w swojej powieści „Szaman” W Polsce wino gościło na stołach sarmackich , pisze o tym Jędrzej Kitowicz, a ilości pitego trunku mogą zabić od samego czytania. Polskim literackim pijakiem numer jeden jest Onufry Zagłoba. Miód pitny był jednym z jego ulubionych trunków. Zresztą picie u Sienkiewicza jest normą a jeden z najlepszych opisów pijatyki mamy w „Potopie”, gdy Kmicic przyjeżdża do odziedziczonego po ojcu Oleńki Lubicza. Jest jeszcze gorzej , bo wino jest w literaturze pite nawet przez dzieci i to przez kogo, przez „ Anię z Zielonego wzgórza”, więc ta degradacja dotyczy także dzieci.

Bukowski pił białe schłodzone. Podobno namówiła go do tego młodsza od niego 40 lat Linda Lee, wydłużając jego życie o dobrych kilka lat, czym szczyciła się w wywiadach.

Wódki

Prawdziwy zabójca .
Absynt – połączenie alkoholu i narkotyków, ulubiony napój dekadentów, piją go na obrazach impresjonistów, dziś marna podróbka zielonego koloru. Chłopi rozpijani są arakiem u noblisty Reymonta. Od zwykłej okowity był lepszy, bo słodszy.
Nasza epopeja „Pan Tadeusz” mówi o wódce gdańskiej , ale pije się tutaj regularnie i z różnym skutkiem. Patrz zajazd.
Mezcal – mówi się zalać robaka. W przypadku mescalu ma to znaczenie dosłowne – mezcal, czyli zalanego robaka, pije bohater powieści „Pod wulkanem” Geofrey Firmin , notoryczny alkoholik, który zapija się w Meksyku.

Rosjanie. U Dostojewskiego pije się wódkę ale i szampana, najlepszym przykładem Dymitr Karamazow, posądzony o zabicie ojca w pijackim szaleństwie. Prawda jest taka, że decydujący cios zadał Smierdiakow, który był abstynentem. Można tu przytoczyć słowa Baudleira, że człowiek , który pije tylko wodę, ma coś do ukrycia przed światem, ale to tylko część alkoholowej propagandy! U Bułhakowa mamy odpowiednio – spirytus (Małgorzata) i benzyna (Behemot).

Polacy -Hłasko , Himilsbach , Nowakowski, Tyrmand - w największym poważaniu mieli czystą polską zwykłą wódkę. Nie rozumiem fascynacji żołądkową gorzką przez Pilcha w „Pod mocnym aniołem”, ale do literatury światowej przeszła żubrówka, o której z atencją pisze William Maugham w „Na ostrzu brzytwy”.

Bukowski wódki nie pijał albo pijał jej mało. Pijał za to whisky.

Wóda prowadzi do szaleństwa, autodestrukcji, śmierci, seksu, rozpadu osobowości. Oto pożytki!

Drinki

O dziwo, tu przewodzi gin.
Biały anioł – wódka , gin , lód – „Śniadanie u Tiffany'ego.
Dzinasas - gin z sokiem ananasowym – Nabokov „Lolita”.
Gimlet – gin z sokiem z limonki u Chandlera w „Długim pożegnaniu”.
Gin (lubuski) and tonic - Witkowski „Drwal”.
Psi nos – gin z piwem ale w „Klubie Pikwicka” Dickensa.
Tom Collins – dżin , sok z cytryny, cukier puder , woda gazowana „Buszujący w zbożu”.
Koktajl Mołotowa - gin, wódka , wino Lillet – James Bond.
Zielony specjalny – kokos, limona, gin u Hemingwaya.
Gin martini – wyimaginowany drink w „ Lśnieniu” Kinga.
Futurystyczny gin zwycięstwa piją w 1984” Orwella.



Drinki które zabijają od razu

Psia krew na bazie piwa Żigulowskiego– Jerofiejew.
Denaturat po fryzjersku Pilch.
Salicyl – Wojaczek.
Wino Duclos – tylko dla dorosłych, szczyt zwyrodnienia u markiza deSade.
O wszystkich tych wynalazkach mówi w swym „Almanachu...” Aleksander Przybylski.


Dochodzimy do prostego wniosku – alkohol zabija, niszczy, dekonstruuje nasze ja. Dziękuję za uwagę i odsyłam do książki wydanej przez „Słowo, obraz, terytoria”.

środa, 21 września 2016

Recenzja kryminału "Mężczyzna na dnie" Ivy Prochazkovej - wyd. "Afera"

20-09-2016

Czeski kryminał

Autor recenzji: lapsus
Tytuł książki: Mężczyzna na dnie
Autor książki: Iva Procházková

Z kryminałami mi jakoś nie po drodze. Ale kiedy wpada w ręce czeski kryminał, to jak go nie przeczytać? Znajomy znawca kryminałów obrusza się: czeski kryminał brzmi jak czeski film – nikt nic nie wie. Wszak wiadomo, że kryminały mają prawo pisać Polacy i Skandynawowie. Ja jednak zaryzykowałem czeską nowość – książkę „Mężczyzna na dnie” Ivy Prochazkovej. Zaryzykowałem i nie żałuję. Ten czeski kryminał, wydany przez specjalistę od czeskiej prozy, czyli wydawnictwo Afera, to doskonała, fachowa robota literacka.

Zły policjant, bo takim jest Zapletal, czuje się bezkarny w swoich szantażach i mrocznych, seksualnych historiach. Do tego ma nad sobą rozłożony parasol bezpieczeństwa policyjnych współpracowników, którzy mają także niejedno na sumieniu. Wkrótce na dnie jeziora zostaje znalezione auto ze zwłokami mężczyzny. Czy komisarz Marian Holina, który nie stroni od niekonwencjonalnych metod z astrologią włącznie, rozplącze gordyjski węzeł kryminalnej zagadki?
Czeski kryminał wcale nie jest taki zły, jest całkiem niezły, ale jest inny – w tym właśnie tkwi jego siła. Iva Prochazkova umiejętnie łączy ze sobą kryminał i powieść obyczajową, a najważniejsi są jej bohaterowie. Każda z postaci, ukazana w książce, odmalowana została wyjątkowo wyraziście, z perfekcyjną dbałością o szczegóły. Pytaniom o rozwiązanie zagadki kryminalnej towarzyszą pytania o ludzi i ich losy, co popchnęło ich do zejścia z właściwej ścieżki, co spowodowało, że pobłądzili w swoim życiu. W tym kontekście „Mężczyzna na dnie” stawia dużo głębsze pytania – czym jest wina?
Książka powinna spodobać się tym, którzy wierzą w przeznaczenie. Nad głowami bohaterów, nad naszymi głowami rozciąga się gwiazdozbiór kosmicznych powiązań i interakcji. Człowiek jako mikroelement kosmosu poddawany jest tym gwiezdnym koincydencjom. Może nie chodzi tylko o gwiazdy, może chodzi o naszą wolność – zdeterminowaną, ograniczoną przez mnóstwo czynników, a najbardziej przez to, co siedzi w naszej głowie.

Trzeba przy tym wspomnieć, że kryminał ten jest doskonałym obrazem współczesnych Czech i problemów, z którymi dziś borykają się nasi południowi sąsiedzi. Jak przystało na czeską literaturę rozrywkową nie brakuje tutaj humoru, ironii i dystansu do rzeczywistości.

Szczerze polecam „Mężczyznę na dnie”, ponieważ książka ta daje czytelnikowi rzecz unikalną i rzadko spotykaną – połączenie literatury gatunkowej, rozrywkowej z głębszą refleksją na temat natury człowieka i czyni to we właściwych proporcjach. Otóż Iva Prochazkova ani na moment nie zapomina, że chce bawić czytelnika, a to, co ponadto jest „gratisem” dla bardziej wymagających czytelników.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Recenzja książki "Żydzi" Piotra Zychowicza - wyd. Rebis

                                                   zdjęcie okładki i recenzja lubimyczytac.pl

Na stos

Autor recenzji: lapsus
Autor książki: Piotr Zychowicz
 
Widmo krąży nad Polską. Widmo antysemityzmu. Właściwie Polska antysemicka jest faktem – potwierdzają to liczne teksty i opracowania. Filmy takie jak „Ida” czy „Pokłosie” zbierają liczne nagrody i chwalone są za to, że nazywają rzeczy po imieniu, czyli pokazują Polaków jako morderców Żydów. Tak samo mamy w literaturze, gdzie Jan Tomasz Gross otworzył nam oczy na zbrodnicze oblicze Polaków. Takich książek i filmów jest więcej, a wszystkie czynią wiele szumu. Ja ostatnio przeczytałem książkę Mikołaja Grynberga „Oskarżam Auschwitz” , ale książka ta nie była oskarżeniem Auschwitz, ale oskarżeniem Polaków, którzy są odpowiedzialni za zagładę Żydów podczas II wojny światowej, a w stan oskarżenia stawiały polskie społeczeństwo dzieci ocalałych z Shoah, za którymi Mikołaj Grynberg podróżował po całym świecie. Jeśli uważasz inaczej, wiedz, że jesteś antysemitą i czas zmienić pochlebną opinię na własny temat – taki przekaz płynie dziś z każdego medium, które hołduje zasadom tolerancji, otwartości, równości. Bowiem to polski antysemityzm stoi u źródeł całej polskiej nietolerancji i całego polskiego faszyzmu. Bo Polska jest najgorszym faszystowskim bagnem, a katolicki fundamentalizm jest gorszy od islamskiego. No może jeszcze Węgry nam dorównują.

W tym kontekście książka „Żydzi. Opowieści niepoprawne politycznie” Piotra Zychowicza jest paszkwilem na polskość. Zychowicz ma zaledwie 36 lat i kilka opasłych tomów historycznych na swoim koncie, z których najbardziej znaną jest poświęcona powstaniu warszawskiemu książka „Obłęd 44”, w której ten bezczelny żółtodziób śmiał podważyć sensowność powstańczego heroizmu i wskazać bezsensowność przelanej w nierównej walce przez Polaków krwi. „Żydzi” jest jednak zupełnie inną książką niż parahistoryczne popisy pana Zychowicza, gdyż składa się z wywiadów i to wywiadów, które autor zamieszczał w prawicowych brukowcach, takich jak „Uważam Rze”, „Rzeczpospolita”, czy „Historia Do Rzeczy”. Na domiar złego rozmówcami pana Zychowicza byli w dużej części żydowscy historycy i intelektualiści, którzy, pewnie zmanipulowani przez przebiegłego polaczka, ośmielili się wyjść poza schemat antypolskiej perspektywy. Po prostu zgroza, faszyzm, goebels.

„Żydzi” składają się z pięciu części - „Rozmowy z Żydami”, „Rozmowy o Żydach”, „Komuniści, syjoniści, kolaboranci”, „Izrael kontra PRL” i najbardziej kontrowersyjna „Żydzi a 17 września”, o tym jak ludność żydowska radośnie witała na wschodnich rubieżach Rzeczpospolitej drugiego okupanta. Z rozmów tych wyłania się skomplikowany i wcale niejednoznaczny obraz stosunków polsko-żydowskich, co więcej, Zychowicz nie waha się przedstawiać różnych punktów widzenia, a więc także tych, które są bardzo krytyczne względem Polaków. Ale to wszystko jest i tak mydlenie oczu, zresztą słowo „mydło” nabiera w kontekście tych artykułów szczególnego znaczenia, bo właśnie w ten sposób określali izraelscy Żydzi ocalałych z Zagłady zaraz po wojnie, a sytuacja w ocenie tych postaw uległa zmianie dopiero w latach 60.

I Zychowicz czepia się tej historycznej względności, pokazuje w tych rozmowach jak temat Holocaustu zmieniał się przez pół wieku od zakończenia wojny. Wskazuje jak doszło do powstania „przedsiębiorstwa Holocaust”, które generowało zyski oraz dogmaty na temat Zagłady. Do tego wskazuje na różne źródła, nie tylko te, które są uprawnione do tworzenia oficjalnej wersji historii i to jest największa hańba tej książki, że opiera się na heretykach i że nie traktuje historii jak religii. Za to wszystko Zychowicz winien spłonąć na stosie. Przypominam, że słowo Holocaust oznacza ofiarne całopalenie.

Zychowicz manipuluje faktami. Twierdzi, że spośród Polaków właśnie najwięcej ma tytuł „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”, że w Polsce za ukrywanie Żydów groziła kara śmierci i zabijane były za to całe polskie rodziny. Odważa się także przypominać, że to nie Polacy stworzyli obozy koncentracyjne na terenie Polski, tylko okupujący ją Niemcy. Bezczelność sięga w tych momentach zenitu. Nie wolno tak mówić, nie wolno tak pisać. Widmo krąży i nie wolno, go przywoływać pod żadnym pretekstem. Historia ma uczyć takiej wersji zdarzeń, która jest potrzebna, by widmo nas nie dopadło.

Zychowicz, „prawicowy” podkreślę publicysta i historyk, jest autorem innej karkołomnej tezy, że Polacy w czasach II wojny światowej winni, jak większość narodów europejskich, sprzymierzyć się z hitlerowcami i dbać o swój interes, a nie przelewać krew w podziemiu i masowych egzekucjach. Cóż – nie zgadzałem się z tak postawioną tezą, ale dziś, kiedy widzę, jak robi się z mojego narodu najgorszy sort antysemityzmu, że powszechnie głosi się, że to Polacy a nie hitlerowcy są odpowiedzialni za Holocaust, , to zaczynam rozumieć, że z makiawelicznym kłamstwem historii nie można dyskutować, tylko trzeba walczyć z nią jej własnymi metodami. Inaczej nawet ofiary mogą stać się oprawcami. Ale ja jednak będę dalej dumny z faktu, że Polacy nigdy nie podpisali cyrografu faszystowskiemu diabłu. Ale z tym stosem dla Zychowicza to jednak trochę przesadziłem.

niedziela, 21 sierpnia 2016

Recenzja książki Charlesa Bukowskiego "Zapiski starego świntucha" - wyd. Noir sur Blanc

Miasto otwarte

recenzja i zdjęcie okładki lubimyczytac.pl
           
                                 

 

Autor recenzji: lapsus
Tytuł książki: Zapiski starego świntucha
Autor książki: Charles Bukowski

Pod koniec lat 60. John Brayn zaczął wydawać w Los Angeles alternatywną gazetę Open City. Do współpracy zaprosił Charlesa Bukowskiego, który miał już pod 50 lat, był już dosyć znany, ale jego najlepsze dzieła nie ujrzały jeszcze światła dziennego. Jak na pogrobowca bitników przystało Hank nie opływał wtedy w dostatki, a stała rubryka do popularnego wówczas czasopisma także nie była żyłą złota. Pamiętajmy jednak, że, jak mówi stare, polskie przysłowie - „za pieniądze ksiądz się modli”, a wydane w 1969 roku „Zapiski starego świntucha” są dobrym wyborem tekstów Bukowskiego z Open City. Dobrym, bo Hank był wtedy w dobrej formie i dobrym, bo tego wyboru dokonał sam Hank.

Kim jest świntuch? Stary świntuch? Ma pod pięćdziesiątkę, nie wychyla za kołnierz, marzy o nieletnich dziewczynkach i zamęcza porządnych ludzi swoimi zepsutymi wywodami. Stary świntuch nie przepada za pracą, nie ma też uregulowanego trybu życia, liczy się dla niego tylko spełnianie najbardziej syfiastych przyjemności tego świata. Większość ludzi omija „starego świntucha” z daleka, a nawet chciałaby go widzieć odizolowanego za kratkami, by nie mógł zbliżać się do „przyzwoitych” ludzi i nieletnich dziewczynek oraz nie sączył swego świńskiego jadu do uszu porządnych obywateli. Jeśli mimo to macie ochotę, by ktoś was wnerwiał i deprawował na przestrzeni blisko 250 strom tekstu, to „Zapiski...” są na tę okazję najlepszą okazją.

Wyobraźmy sobie rok sześćdziesiąty któryś i te teksty. Minęło prawie 40 lat, a pewnie, gdyby dziś się ukazały to zrobiłyby niemało zamieszania obyczajowego. Bukowski nie znał granic tak zwanej „moralności” i nigdy nimi się nie przejmował, a jeśli ktoś uznał jego pisanie za obrazoburcze, to zapewne nie mógł powiedzieć autorowi „Na południe od Nigdzie” lepszego komplementu. Trochę prowokator, taki który idzie na strzała i cieszy się, gdy znajdzie się ktoś, pragnący mu obić gębę. Ten typ tak ma i lepiej nie spotkać go na swojej drodze. Lubił się bić. Na słowa i na pięści. Miał też dar do przyjmowania ciosów, jak w „FightClubie”. No i nigdy nie płakał.

Te teksty nie mają tytułów. I są takie trochę od sasa do lasa. Szczerze mówiąc, brakuje tu chyba tylko przepisów kulinarnych albo na ulubiony drink Bukowskiego. W Polsce taką literaturę można określić jako „sylwy”, czyli takie gawędy szlacheckie o życiu i nie tylko, a w zasadzie to o wszystkim. Ale pamiętajmy, że w wypadku tej książki Bukowskiego mamy do czynienia z połączeniem literatury z publicystyką i że tutaj nie obowiązują żadne podziały krytyczno-literackie. Po prostu jest to cotygodniowa porcja tekstu, pisana dla mamony i w zależności od nastroju. Większość to opowiadania, do których przyzwyczaił nas Hank, że z brudnego życia i zasyfiałej rzeczywistości. Jednym słowem „Zapiski starego świntucha” to literacka wolność, gdzie Bukowskiego nie obowiązywały żadne sztuczne ramy, czyli to w czym autor „Z szynką raz!” czuł się najlepiej.

A na zachętę jeden z najlepszych cytatów z Hanka, który znajdziecie w tej książce : „upadłem na ulicę pełną szczurów, zużytych prezerwatyw, podartych gazet, uszczelek, gwoździ, spalonych zapałek, pudełek po zapałkach, zaschniętych dżdżownic; na bruk lepki od obciągania fiutów, mokry od sadystycznych cieni, zagłodzonych kotów, podpasek, petów. I wtedy do mnie dotarło, że przecież i tak mam szczęście, bo to "pokorni odziedziczą ziemię" . Niesmacznej lektury, stare świntuchy!

środa, 17 sierpnia 2016

Recenzja książki Kariny Bonowicz "I tu jest bies pogrzebany" - wyd. Czwarta strona

Literacki kogel-magiel

Autor recenzji: lapsus
Tytuł książki: I tu jest bies pogrzebany
Autor książki: Karina Bonowicz
                                                zdjęcie okładki i recenzja lubimyczytac.pl
                                                                                

tu jest pies pogrzebany tututu Miron Bialoszewski

Nie pies tylko bies. Taka książeczka „I tu jest bies pogrzebany” Kariny Bonowicz. A ten wiersz Białoszewskiego jest bardzo smutny, bo jest o śmierci. Książka Kariny Bonowicz też jest o śmierci. Tak jak wiersz Białoszewskiego. Ale powieść Bonowicz nie jest wcale smutna. Wiersz Białoszewskiego też chyba nie.

najpierw na pół go było śniegu
jak sie patrzyło z werand sanatorium
i to był pies jak się patrzy Miron Białoszewski

Piątka bohaterów, których życie kręci się wokół zakładu pogrzebowego. Brzmi dobrze. Ale czy to romans, czy kryminał, czy horror, a może scenka rodzajowa na część surrealizmu, komedia omyłek w stylu dell'arte? Wszystko tu jest, bo „I tu jest bies pogrzebany” to prawdziwa sztuka remiksu – jak napisałem w tytule literacki kogel-mogel. A magiel? Bo to jednak babska książka, ale w pozytywnym sensie, bo jeszcze takiej babskiej książki nie czytałem. Znaczy to ni mniej ni więcej, że Karina Bonowicz poprzez zabawę konwencjami umiejętnie przełamuje schematy kobiecej literatury popularnej.

a potem tyle go było
co zeszłorocznego śniegu
jak się jechało tam gdzie nie trzeba
ale to był inny pies
co z jednej strony zdechł
a z drugiej mnie trącał
pogrzebany
(pożegnalny pożegnany) Miron Białoszewski

Podobnie, jak u Białoszewskiego, mamy tutaj ciężki, smutny temat, przełamany dystansem i humorem. Bo najważniejsze się nie bać. Czwórka bohaterów: Edward – pisarz-nieudacznik, Nina – siostra-hipochondryczka, ale zakochana w pewnym lekarzu. Maria – siostra, żona Edwarda, pracownica zakładu pogrzebowego, Jakub – lekarz, wstydliwy wobec kobiet, ale zakochany w Ninie. A nad wszystkim czuwa Eugeniusz – ojciec i właściciel zakładu pogrzebowego, który konkuruje o zwłoki z Tłustym Albertem. I sporo, sporo tych zwłok. Tylko biesa tu nie ma, ani piesa, bo pogrzebany. Każdy z nich nosi w głowie swój świat i widzimy te perspektywy jak na dłoni, bo każdy z bohaterów to osobna narracja, a narracje te przenikają się, tworząc zaskakujący splot zdarzeń nad niepogrzebanymi póki co zwłokami.

No właśnie – nie bać się! Tutaj jest najważniejszy humor, nie horror! Ta książka oddala złe myśli, rozwiewa smutki, przegania depresję. „I tu jest bies pogrzebany” to literacki kogel-magiel, który jest odpowiedzią na mrok, dopadający nas czasami w bezsensownym, codziennym pędzie. C'est la vie, więc proszę o uśmiech!

piątek, 5 sierpnia 2016

Recenzja książki Boualema Sansala "2084. Koniec świata" - wyd. Sonia Draga

03-08-2016

Islamska postapokalipsa 

recenzja i zdjęcie okładki www.lubimyczytac.pl

Autor recenzji: lapsus
Tytuł książki: 2084. Koniec świata
Autor książki: Boualem Sansal

Urodzony w 1949 roku Boualem Sansal jest Algierczykiem i zdecydował się pozostać w Afryce Północnej, mimo że jego twórczość wzbudza tam duże kontrowersje. Powodem jest ateistyczny światopogląd Sansala, któremu autor daje wyraz także w swojej powieści „2084. Koniec świata” wydanej przez wyd. Sonia Draga, a przetłumaczonej przez Lillę Teodorowską.

Abistan to imperium, gdzie wszystko determinuje religia. Nazwa tego kraju, który powstał po wielkim kataklizmie, pochodzi od proroka Abiego, wysłannika na ziemię boga - Yolaha. Świat Abistanu to głód, choroby, bezsensownie przelewana krew i publiczne egzekucje. Każdy osobisty pogląd jest niszczony w zarodku, a byle podejrzenie może skończyć się śmiercią w męczarniach. System inwigilacji został doprowadzony do perfekcji, ludzie żyją bez dostępu do mediów i oświaty, które mogłyby zmienić ich percepcję, natomiast władza dysponuje najlepszymi środkami i technikami, dzięki którym można prześwietlić nawet ludzkie myśli. W wersji kapłanów, którzy sprawują pieczę nad ludem Yolaha, naród żyje w poczuciu szczęścia, które płynie z wiary.
Ati – główny bohater „2084” - zaczyna wątpić w narzucane mu z góry prawdy i próbuje zweryfikować dogmaty teokratycznego świata.

Aluzje do „Roku 1984” George'a Orwella są tutaj nadto czytelne, ale jest to zupełnie inna książka. Dzieło Orwella wynikało z oświeceniowej tradycji utopii, natomiast konwencja jaką przyjął Sansal to powieść drogi. Na ten sposób narracji został narzucony jeszcze jeden, dużo ważniejszy elementy – oto mamy świat, który przypominał mi rzeczywistość średniowiecznych eposów. Są tutaj zatem przygody, które przeżywają bohaterowie w swojej drodze oraz okrucieństwo i frenezję średniowiecza , a nad tym wszystkim czai się zgroza narzuconego systemu wartości, dla którego nie liczy się ludzkie życie, a wojna jest stanem permanentnym.

Myślałem w kontekście „2084” jeszcze o pustynnej postapokalipsie, postapokalipsie rodem z państwa Daesh, bowiem narracja, która została zaproponowana przez autora jest zupełnie inna od tej, do której przywykliśmy. Dlatego jest to powieść trudna w odbiorze. Trzeba przemóc swoje czytelnicze przyzwyczajenia i wrócić tysiąc lat wcześniej, do czasów gdy na średniowiecznych placach publicznie palono i torturowano więźniów ku uciesze gawiedzi. To celowy zabieg Sansala – by opowiedzieć o przyszłości powracamy do początków nowożytnej cywilizacji, a czasy tolerancji i rozkwitu są tutaj jak prehistoria.

Tyle napisano o „końcu kultury” czy „końcu cywilizacji”, ale Boualem Sansal stworzył książkę o „końcu świata”, o końcu wartości, gdzie miłość, przyjaźń, zwykła ludzka przyzwoitość nie mają żadnego znaczenia. Wszystko tutaj jest narzucone przez system religijny, który, jak pisze Sansal, jest pozbawiony wiary, gdyż wiara implikuje wątpliwość, wiara nigdy nie jest wiedzą, wiara to chwile bardzo osobiste i wewnętrzne, gdzie przez moment odczuwamy przekraczanie granic naszego ciała i zmysłów. Religia u Sansala to bezlitosny system, który pozbawia człowieka osobistej perspektywy i godności. „2084” to powieść o religii boga bez miłości, każącego swym wyznawcom pozostawać na kolanach i w niewoli.

Nie jest to łatwa lektura i pewnie jeden raz to za mało, by ją dobrze zrozumieć. Ale trud tej lektury, która jest zaprzeczeniem narracji przez nas rozpoznanych, będzie wynagrodzony, jeśli uda nam się wejść w hermetyczny świat islamskiej postapokalipsy. Jest w tej książce także oprócz smutku iskierka nadziei, że nawet w takim świecie jak Abistan w człowieku nie zginie gen wolności.

środa, 3 sierpnia 2016

taki miałem plan nowohoryzontowy

Przepis na festiwal Nowe Horyzonty

Nowy horyzont jest odległy i oddala się, gdy zmierzamy w jego kierunku. Mój przepis na festiwal Nowe Horyzonty to podróż daleka i długa, ale nie tak ekstremalna, żeby trwała w nieskończoność. Moja kuchnia festiwalowa to „slow food” - dania, których konsumpcja trwa długo i ma ona znamiona obrzędu.

Zacznę od kuchni filipińskiej i jej mistrza Lava Diaza. Jego danie - „Kołysanka do bolesnej tajemnicy” to ośmioipółgodzinna uczta, której smak będę czuł i wspominał do następnego festiwalu. Kolejne danie to 12 godzinna podróż Urlike Ottinger przez Alaskę, Aleuty, Czukotkę i Kamczatkę – zimna egzotyka po filipińskiej gorączce powinna przynieść chłodne, długie fale ukojenia. „No Home Movie”, ostatnie danie nieżyjącej mistrzyni slow food Chantal Ackerman, trwa tylko 118 minut – dwie godziny kulinarnej medytacji. „Baba Vanga” - polski slow food z kuchni węgierskiego mistrza Beli Tarra – sam Tarr już nie gotuje, ale postępują za nim adepci jego szkoły, jest wśród nich Aleksandra Niemczyk. Z kuchni azjatyckiej wybieram „Popołudnie” tajwańskiego kucharza Tsaia oraz „Cmentarz wspaniałości”, tajlandzkiego MasterChefa Apichatponga Weerasethakulaego – liczę, że będzie smakować tak jak brzmi jego nazwisko. A na deser czterogodzinna filmowa opera Mathew Barneya - „River of Foundament”,czyli fusion, gdzie jak mówi opis tego muzyczno-filmowego widowiska smakujemy efekt „brikolażowej strategii łączenia enigmatycznych i pozornie niemożliwych do pogodzenia elementów” - opis NH.


Slow movie są jak Slow food. To nie konsumpcja to celebracja – długie seanse, długie sceny i ujęcia. A ja życzę sobie dłuuuuuugiego smacznego.

czwartek, 21 lipca 2016

Recenzja książki "Na południe od Nigdzie" Charlesa Bukowskiego - wyd. Noir sur Blanc

zdjęcie okładki i recenzja www.lubimyczytac.pl

Z perspektywy grobu

Autor recenzji: lapsus
Autor książki: Charles Bukowski

„Na południe od nigdzie. Zapiski żywcem pogrzebanego”, wznowiony właśnie przez Noir sur Blanc tom opowiadań Charlesa Bukowskiego to kwintesencja pisarstwa Hanka, najlepszego kaskadera literatury, jakiego znam. Najlepszego, bo, mimo uprawiania ekstremy w literaturze i życiu, pożył niemało – 74 lata, a pite było dzień w dzień od wczesnej młodości i przepalane tanimi cygaretkami. Był najlepszy, bo wytrzymał. „Znieczulić dupę, mózg, serce” - pisał jak na kaskadera literatury przystało. A „Na południe od nigdzie” to prawdopodobnie najlepszy zbiór opowiadań Hanka.
Te 27 opowiadań to kwintesencja prozy Bukowskiego. Mamy tutaj wszystko, za co kochamy i nienawidzimy Hanka, jest to swoisty przegląd motywów autora „Szmiry”. Nie ma w tych opowiadaniach, które gdzieś tam mają zahaczać o prozę Dostojewskiego, ani jednego słabego momentu. Każdy z tych tekstów pędzi na złamanie karku, pryskając na czytelnika krwią, spermą, rzygami i gównem. Bukowski nie cofa się tutaj ani na moment, jak przystało na prawdziwego boksera brnie naprzód – mimo bólu, mimo niechęci, mimo strachu.

Piwo, wino, whisky leją się tutaj strumieniami. Wyrzutki od Bukowskiego chlają na umór, znieczulają dupę, mózg, serce. Dymanie odchodzi tutaj na potęgę, podpite kobiety, wydzieliny, narządy – nie ma tutaj miejsca na poezję, chyba że na poezję Bukowskiego. Te kobiety są niebezpieczne i zdesperowane, nie interesuje ich jutro, chcą się pieprzyć tu i teraz, a jeśli nie dasz im, czego pragną, mogą zabić. W przerwach czas na wyścigi konne. A po kolejnym przeżytym, przedymanym i przegranym dniu przychodzi czas na chorobę, cierpienie i szpital.

„Szpitale, więzienia i burdele - to prawdziwe uniwersytety życia. Mam dyplom wielu takich uczelni" – pisał Hank. A pisał o tym, co czeka każdego, bo każdy na starcie już jest przegrany, choć wielu się łudzi i udaje, że nic o tym nie wie. W tym momencie wkracza on z tą swoją brzydką mordą, porytą bliznami i z czerwonym nochalem. I mimo świadomości przegranej potrafił pokochać swoje życie, choć był pogrzebany za życia. Z tej perspektywy potrafił lepiej dostrzec tragiczny wymiar ludzkiego losu – jak Dostojewski. I nigdy nie oszukiwał – ani siebie, ani czytelników.

Warto dotrwać i przeczytać „Posłowie”, które jest poświęcone Hankowi i jego polskiemu tłumaczowi, Lesławowi Ludwigowi. To dzięki niemu poznawaliśmy twórczość Bukowskiego już wiele lat temu i to on potrafił oddać jak nikt inny wyjątkowy charakter tej prozy. Tak samo jest w przypadku tomu „Na południe od Nigdzie”.

wtorek, 19 lipca 2016

Recenzja książki "Ojciec 44" Jerzego Ciszewskiego - wyd. Czarna Owca

zdjęcie i recenzja www.lubimyczytac.pl


14-07-2016

Tata w powstaniu

Autor recenzji: lapsus
Tytuł książki: Ojciec '44
Autorzy książki: Jerzy Ciszewski, Jerzy Ciszewski

Słoneczne powstanie. Stosy trupów gnijące w sierpniowym upale. Ruiny polskiej stolicy niszczone wszelkimi machinami, stworzonymi ku temu celowi – z ziemi i powietrza. Miasto, które znika, bo podjęło nieodpowiedzialną misję walki, by obudzić sumienia aliantów, by nie oddać się Stalinowi. Kobiety gwałcone tak łatwo jak Warszawa. Flaki i posoka cieknące ulicami. Mężczyźni, kobiety i dzieci, bezbronni ludzie zabijani od ręki. Smród kanałów. To wszystko znajdziemy w książce Jerzego Ciszewskiego „Ojciec 44”, tomu powstańczych wspomnień o ojcu autora.

Bohater - Jerzy Ciszewski, ojciec Jerzego Ciszewskiego - autora książki, nie jest typowym bohaterskim powstańcem. Czytając książkę, przychodził mi na myśl John Rambo - to jak przy pomocy kamienia albo łuku unieszkodliwiał samoloty albo w pojedynkę, gołymi rękoma gromił zastępy wietnamskich żołnierzy. Ech, gdyby było takich w sierpniu 44 więcej...

Jerzy Ciszewski, pseudonim „Mötz”, wyposażony w porządny przedwojenny nóż marki Solingen, potrafi z niego zrobić użytek i niestraszne mu niedobory w powstańczej amunicji. Hasło „Jeden strzał, jeden Niemiec” właściwie go nie dotyczy, bo jeżeli używa broni palnej to po to, by unieszkodliwić niemiecki samolot. „Mötz” właściwie gołymi rękami rozprawia się z dwoma czołgami typu „Pantera”. Przy takiej efektywności wystarczyłby jeden oddział i historia potoczyłaby się inaczej. Myślę, że „300” by wystarczyło, jak „300” obrońców Termopil. Ale „Mötz” jest tylko jeden, więc „na Cheronei trzeba się memu zatrzymać koniowi”.

„Ojciec 44” to nie jest jakaś bogoojczyźniana oda ku czci poległych. Powieść ta to prawdziwa rzeźnia, gdzie krew chlusta z ciał rozszarpanych granatami, tętnic haratanych przez bagnety i noże. Powstanie w tym przypadku to nie tani, szkolny heroizm, ale krwawa bezsensowna łaźnia, gdzie tylko ci mają szansę przetrwać, którzy idą w tę rzeźnię jak do tańca. Tak właśnie robi nasz polski Rambo, Jerzy Ciszewski, pseudonim „Mötz”.

Nic dziwnego, że na okładce pojawia się blurb od samego Patryka Vegi, który porównuje „Ojca 44” do twórczości Quentina Tarantino. Możemy zatem spodziewać się filmowej wersji książki i, znając twórczość Vegi, będzie to prawdziwe, męskie kino pławiące się w krwi, czyli powstanie, jakiego żeśmy jeszcze nie widzieli.