Dom (zly)

Dom (zly)

sobota, 11 czerwca 2016

Recenzja ksiązki Ralfa Rothmanna "Umrzeć na wiosnę" - wyd. WAB

recenzja i zdjęcie lubimyczytac.pl

Techniki wybielania

Autor recenzji: lapsus
Tytuł książki: Umrzeć na wiosnę
Autor książki: Ralf Rothmann
„Najważniejsza niemiecka powieść dekady” - tak głosi hasło na okładce książki Ralfa Rothmanna, zatytułowanej „Umrzeć na wiosnę”, które zapewne skłaniać ma do sięgnięcia po tę pozycję i przeczytania. I choć nie wiadomo kto i w jakich okolicznościach wyrok ten wydał, to uznać go należy za słuszny. I nie chodzi tutaj o jakość artystyczną dzieła, bo o nią zawsze warto się sprzeczać. Mam tu na myśli wartość socjologiczną, którą, tak jak społeczeństwo nad jednostką, nad artyzmem dzieła trzeba postawić.
Walter, bohater książki, jest „krowiarzem”, nawet nie tyle „cowboyem”, co pasa krowie stada, ile chłopakiem od krowich cycków i wydaje się początkowo z tego zadowolony. Akcja powieści zaczyna się zimą 1944 roku, kiedy hitlerowska armia bierze już mocno w tył, a kończy się na wiosnę 1945, kiedy wszystko się kończy, ale nie wszyscy byli w stanie skończyć ze sobą jak Adolf w swoim berlińskim bunkrze. No i co tu z tymi „rzeszami” żołnierzy SS i innych formacji zrobić? Pomyślał Ralf Rothmann.
Właśnie do SS zostaje wcielony Walter. Oczywiście jako zwykły chłopak nie ma zamiaru walczyć o sprawę, w którą nie wierzy. Co więcej Walter przekonany jest, że wojna jest już przegrana i dalsza walka nie ma większego sensu, ale jak to mówią „na władzę nie poradzę” - wszak dla dekowników jest w hitlerowskich Niemczech tylko jedna opcja, tak samo jak dla dezerterów. Kula w łeb. Albo w pierś. I w ten sposób młody Rudolf trafia na ziemię węgierską, gdzie armia Adolfa bierze ostre cięgi, ale wygląda to trochę tak, jakby bardziej niż działania wojenne zajmowało hitlerowskich siepaczy wieszanie za zdradę cywilów i rozstrzeliwanie dezerterów.
Taki też los spotyka przyjaciela Waltera, Friedricha, który próbował uciec z frontowej linii. To Walter, wraz z ludźmi z plutonu, dostaje rozkaz wykonania wyroku. Czy zdradziłem za dużo, jeśli chodzi o fabułę? Nie więcej niż jest napisane na okładce książki. Walter staje w obliczu sytuacji granicznej, musi dokonać wyboru, którego praktycznie nie ma, bo odmowa wykonania rozkazu to pewna śmierć. Ralf Rothmann pokazuje czytelnikowi sytuacje i wybory tak skomplikowane, że kiedy sami siebie stawiamy w obliczu takich sytuacji, uświadamiamy jak nikłą bywa granica między katem a ofiarą.
To nie pierwszy tekst kultury, który pokazuje człowieka wrzuconego przez historię w rolę kata. Los Waltera staje się metaforą wszystkich, którzy stali się oprawcami nie z własnej woli. Jaki wybór mieli? Co mieli zrobić w tej sytuacji, gdy instynkt nakazywał im żyć? Nikt nie wie, jak zachowałby się w takiej sytuacji. W Polsce mamy trudny dylemat Ślązaków, którzy siłą byli wcielani do hitlerowskiej armii i musieli mordować swoich braci. Dlaczego musieli? Bo gdyby ulegli swemu sumieniu, nie przeżyliby następnego dnia. Proste. Jaki to jest wybór? A jaki wybór mieli więźniowie obozów zagłady, odprowadzający na śmierć niewinnych ludzi? Więcej – przecież ten dylemat jest także dylematem prawych, tych których umieszczamy na tablicach i pomnikach. A przecież te tablice i pomniki się zmieniają dosyć często. Zbrodniarze stają się bohaterami, bohaterzy zostają nazwani bandytami.
Niemcy Ralfa Rothmanna nie są faszystami z defilad i pokazów mocy. To nie są ci, którzy może „byli źli, ale dobrze się ubierali”. To obdartusy, którzy  spalili za sobą wszystkie mosty, to ludzie, którzy uwiesili się idei narodowego socjalizmu i nie dali sobie szansy na zmianę, postawili wszystko na jedną kartę i pozostało im jedynie zabijać i zginąć. Wszystko w tej powieści gnije i umiera, tak jak zdychała idea rasy panów, stających się kundlami. W tym momencie do nich to dotarło. Pozostała im śmierć na wiosnę. Chcieli pociągnąć za sobą jak najwięcej ludzi. Takich jak Walter. Takich jak Friedrich.
A my i nasz odwieczny, polski problem z historią? Gdyby się tak wypiąć na to całe bohaterstwo? Gdyby tak odpuścić sobie tych szaleńców, fanatyków, co z szabelką na czołg, co w sierpniowe słońce na barykady? Gdyby tak po ludzku spojrzeć na tych wszystkich szmalcowników, szabrowników? Że niektórzy byli źli, ale niektórzy tak po ludzku słabi. Że czas wojny tak naprawdę nie daje wyboru? Może udałoby się nam przepracować nasze trudne tematy i lekcje z Jedwabnego. Jakoś brniemy w to nasze heroiczne marzenie o husarii, zamiast przyjąć banalną prawdę, że wszyscy możemy stać się ofiarami bez wyboru, a największym grzechem jest honor.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz