Dom (zly)

Dom (zly)

wtorek, 29 listopada 2016

Recenzja filmu "Zaćma" w reżyserii Ryszarda Bugajskiego

Zaćmy naszej historii

Oglądając „Zaćmę” Ryszarda Bugajskiego nie mogłem uwolnić się od porównań z „Idą” Pawła Pawlikowskiego. Podobieństwa są liczne – jest temat kościoła w komunistycznej Polsce, jest motyw żydowskiej ubeczki, jest postać siostry zakonnej żydowskiego pochodzenia. Brak jest motywu polskiego antysemityzmu, co narzuca, że „Zaćma” może być odebrana jako antysemicka (zresztą tak była odbierana także „Ida”. Wizualnie film Bugajskiego, mimo że kolorowy (tu aluzja do „Idy” byłaby zbyt wielka) to jednak surowy, pięknie sfilmowany w grze półmrokiem i cieniami, co także nasuwało mi skojarzenie z filmem Pawlikowskiego.

Ryszard Bugajski powraca po latach do tematu rozliczeń z czasami stalinowskimi, tak jak uczynił to w genialnym „Przesłuchaniu”. Tym razem reżyser ustawił temat w kontekście polskiego katolicyzmu. Julia Bystrygierowa to postać historyczna znana jako „krwawa Luna” jedna z największych ubeckich oprawczyń, szefowa departamentu inwigilującego osoby duchowne.

Prawda jest taka, że nie znam historii kobiet-żydówek, które po wojnie stały się „kacicami” stalinowskiej Polszy. Słyszałem o Różańskim, Humerze, ale o tym, że główne role w powojennych procesach odgrywały kobiety nie wiedziałem wcale i także dlatego warto zaznajomić się z tym dziełem, żeby poznać tę nieznaną część polskiej historii. Ale nie to jest w filmie Bugajskiego najważniejsze.

Pierwowzorem „krwawej Wandy” z „Idy” była Helena Zwolińska, komunistyczna prokuratorka, która wydawała najsurowsze wyroki w okresie stalinowskim. O ile w „Idzie” możemy doszukać się motywu zemsty na polskich antysemitach, to w „Zaćmie” widzimy tylko kobietę, którą dręczą wyrzuty sumienia; człowieka, do którego dociera ciężar moralny popełnionych zbrodni. Julia, grana przez Marię Mormonę, aktorkę jak do tej pory drugiego planu, jest postacią na zewnątrz oziębłą, dopiero, gdy wchodzimy w świat jej psychiki dostrzegamy jej wewnętrzny dramat, z którym nie potrafi sobie poradzić, uświadamiając sobie bestialski charakter swoich czynów. Aby zrozumieć swój stan Julia pragnie porozmawiać z prymasem Wyszyńskim, który też był ofiarą stalinowskiego więzienia.

Można łatwo zbyć ten dylemat moralny, mówiąc, że zbrodniarz słusznie ponosi ciężar swoich czynów i nie ma tu miejsca na współczucie. Jednak, gdy patrzymy na procesy zbrodniarzy hitlerowskich, widzimy, że nie mieli oni świadomości moralnej swego czynu i uparcie trwali w przekonaniu, że wojna i walka usprawiedliwiała ich okrucieństwo. Julię poznajemy z perspektywy starszej kobiety, oziębłej i skrzętnie ukrywającej swój ból, ale także cofamy się do momentu, gdy widzimy potwora upojonego poczuciem władzy. Sceny te, tym razem czarno-białe, przenikają naprzemian realizm i oniryczny mistycyzm, który jest chrześcijańskim samooskarżeniem.

Ale Julia nie wierzy. Nie wierzy, by istniało dla jej zbrodni przebaczenie winy. W bólu i rozpaczy nie rozpoznaje Boga, nie oczekuje współczucia, odpuszczenia winy, ale nie rozumie, dlaczego cierpi. Nie wierzy nawet w sumienie, które do niej krzyczy. Ponoć w swych dalszych losach Bystrygierowa przeszła całkowite nawrócenie, ale Bugajski milczy o tym. Pozostawia nas samych z pytaniem o sens wybaczenia.

Jest to pytanie Raskolnikowa o sens przyjęcia winy i kary. Dla Dostojewskiego była to wizja chrześcijańska, tylko ona dawała możliwość odkupienia absurdu w krwi Chrystusa. Nie wiemy, czy Julia uwierzyła tak jak uwierzyła Ida z filmu Pawlikowskiego, która poznała zło, rozciągające się za jej tajemnicą. Powróciła do zakonu, znając prawdę o swym pochodzeniu i tragicznym losie najbliższych. Doświadcza gniewu i nienawiści, pragnie zemsty i nie jest w stanie wybaczyć katom jej rodziny, ale ma świadomość, że ukojenia od absurdu zbrodni może doznać jedynie w Chrystusie i w jego ofierze, w czymś co ją przekracza.

Ale Ida nie była katem jak Wanda i Julia. One nie wierzą w możliwość przyjęcia winy i kary, która odkupuje nasze zło. Wanda popełnia samobójstwo, uznając absurd i zbrodnię za trwały element irracjonalnego świata. Julia uznaje swą winę, ale nie wierzy, że istnieje coś lub ktoś, kto będzie w stanie wybaczyć jej winy. Jej przewodniczką duchową jest „druga Ida”, siostra zakonna Benedykta, która także jest żydówką. Ważną rolę w jej drodze odegra oślepiony w procesach ksiądz, który zada jej te pytania, których ona się najbardziej boi. W tej roli jak zawsze rewelacyjny Janusz Gajos. Cóż brakło mi w tym duecie Krystyny Jandy, ale czy byłaby na tym etapie podjąć jeszcze tak trudne wyzwanie aktorskie?

Za dużo dzieje się tutaj w słowach, dialogi są zbyt bezpośrednie, co czyni wrażenie przegadania problemów, które według mnie powinny być rozegrane na balansie ciszy i milczenia. Jednak „Zaćma” to ważna historia i głos w dialogu o naszych wspólnych winach i karach.

czwartek, 24 listopada 2016

Recenzja książki "Śmieję się z bogami" - Wydawnictwo w Podwórku

17-11-2016

Deklaracja niepodległości

Autor recenzji: lapsus
Tytuł książki: Śmieję się z bogami
Autor książki: Charles Bukowski
Obserwuję, że wracamy do pisarstwa Charlesa Bukowskiego coraz częściej i na wszelkie możliwe sposoby. To jest ważne, że poprzez Hanka możemy przyjrzeć się światu i naszej współczesności. Proza Bukowskiego jest uniwersalna, a ten uniwersalny wymiar uzyskuje poprzez doświadczenie wyrzutka, który potrafi na świat i ludzi spojrzeć z dystansu. Oto, co dla mnie najważniejsze w tej prozie – nie picie, dupczenie i tumiwisizm, ale poczucie wyobcowania, a nawet swoista „deklaracja niepodległości”, w której Bukowski mówi: „pieprzę wasz chory, chciwy, nędzny świat, dajcie mi się w końcu wyspać”.

Tym razem poznajemy Bukowskiego nie wprost z kart jego autobiograficznych dzieł, ale poprzez wywiad, którego w latach 80. udzielił włoskiej dziennikarce Fernandzie Pivano.
Już na początku Pivano zaznacza, że zalicza się do grona przyjaciół Ernesta Hemingwaya i od tej pory cień tego pisarza zalega na całym wywiadzie, jakby autor „Komu bije dzwon” był kluczem do zrozumienia postawy i dzieła Charlesa Bukowskiego. Hank jednak dystansuje się od tego, tak jak dystansuje się od wszelkich obiegowych sądów na temat literatury – Hemingwaya ceni tak sobie, a jeśli już to jego starsze, mniej znane dzieła. Fernandzie Pivano zdaje się to nie przeszkadzać, bo pyta, czy będzie mogła zaliczyć Hanka także do grona swoich przyjaciół. Mamy zatem motyw – Bukowski jest dla Pivano rzadkim okazem w gronie przyszpilonych w jej prywatnej gablotce literackich motyli przeklętych.

W 1980 roku, kiedy wywiad miał miejsce, Bukowski skończył 60 lat. Miał w miarę ustabilizowane życie i 30 lat młodszą Lindę Lee u boku, która nie dość, że znosiła jego schizy (czasem przemoc, co widać na filmach na YT) to jeszcze opiekowała się, będącym u progu starości, pisarzem. Sam Bukowski był wtedy na etapie tworzenia jednego ze swoich najlepszych dzieł, a mianowicie „Z szynką raz!”, gdzie powracał do czasów swojej młodości – okresu „Wielkiego kryzysu” i II wojny światowej.

Fernanda Pivano nie piła. Hanka pewnie to ucieszyło, że nie będzie musiał dzielić się alkoholem. W wywiadzie Bukowski często dopytuje się, dlaczego feministki go nie lubią i nikt, o dziwo, nie potrafi znaleźć satysfakcjonującej odpowiedzi. Ja ją znam. Hank za młodu był brzydki jak noc, cierpiał w na jakąś skórną chorobę, w której wyniku twarz miał całą w potężnych skrofułach nabiegłych ropą i nie miał szans u kobiet. Pierwszy stosunek odbył w wieku 24 lat z jakimś monstrum, co plastycznie przedstawia w jakichś wywiadach i na kartach swych dzieł – Hankowi zawsze myliła się rzeczywistość i twórczość.

Potem chlał tak, że w wieku koło 30. lat prawie się przekręcił w wyniku krwotoku. Ot, ciekawszy i dłuższy proces samounicestwienia. To był moment przełomowy. Od tego czasu zaczyna się jego drugie życie – pisarza, dziwkarza i pijaka, a nie tylko pijaka i trampa jak do tej pory. Kobiety porządnie zalazły Hankowi za skórę i nie oszczędza ich w swoich książkach. Dla niego seks to walka a nie żadna czułość, żadna miłość. Dlatego, gdy czytam, że on się dziwi, co jest w jego książkach takiego, że nie lubią go feministki, to widzę w tym takie samo szyderstwo jak w słynnym francuskim telewizyjnym programie „Apostrophe”, gdzie poklepuje jakiegoś staruszka po łysinie i wygląda jak nabzdryngolona małpa, która chce napluć w gębę całemu światu.

Ale jest w wywiadzie Pivano coś, co rzeczywiście dało mi do myślenia. Jak powiedziałem, Bukowski pisał wtedy „Z szynką raz!”, powieść o swojej młodości, a w tej młodości był wątek nazistowski. Buntowniczy Bukowski gardził patriotycznymi hasłami i owczym pędem prawilnych obrońców Ameryki. Przystąpił więc do faszystów. Nie dlatego, że lubił Hitlera, ale dlatego, by wkurzyć ludzi, żeby pokazać ile warte są ich demokratyczne ideały, żeby znienawidzili go jeszcze bardziej. Tak samo dziś Bukowski pokazałby środkowy palec pompatycznym „obrońcom demokracji”, tak samo na złość im szedłby w pierwszym szeregu Marszu Niepodległości albo spotykał się na tajnych kompletach z chłopakami z ONR-u, tak samo wyrzuconymi na margines rzeczywistości jak on. Oto współczesna aktualność i deklaracja niepodległości w wykonaniu Hanka. Oto prawdziwa, nie otumaniona hipokryzją apolityczność, gdy tłum gardłuje swoją poprawność, nie bacząc na mord jednostki – tej znienawidzonej, ohydnej, introwertycznej jednostki, która zawsze będzie na „nie”, bo doskonale wie, że jesteśmy marionetkami w rękach wielkich manipulatorów, którzy, pod hasłami wolności i sprawiedliwości, mówią nam, co mamy robić.

Zawsze pytam, dlaczego masy robią bohaterów ze współczesnych „hitlerków”? To nie jest odpowiedzialność tych mas. To jest odpowiedzialność elit, które doprowadzają te masy na skraj przepaści i mówią im: „nie krępuj się – skacz!”. Hank tworzy dla odszczepieńców, dla wyalienowanych cząsteczek masy, które pozostają same ze swoimi problemami i w akcie obojętności pokazują, że jest im wszystko jedno.

Poza tym „Śmieję się z bogami” to książka pięknie wydana, przyjemna w obcowaniu i w ogóle miła, za co należą się podziękowania gdańskiemu Wydawnictwu w Podwórku.

piątek, 18 listopada 2016

Recenzja filmu Milosa Formana "Pali się, moja panno"

Wszystko zostało spalone

Jaroslav Papousek od początku lat 60. stanowił wraz z Miloszem Formanem nierozerwalny duet - Papousek scenarzysta, Forman -reżyser. Fascynowało ich kino neorealistyczne, nowofalowa rewolucja francuska i cinema verite. Inspiracje nowinkami kina lat 50. i początków lat 60. widzimy w czechosłowackich filmach Formana. Jednak bez indywidualnego rysu kino naszych południowych sąsiadów - i jednych i drugich - nie uzyskałoby statusu jednego z najważniejszych zjawisk kultury europejskiej XX wieku. A tak właśnie się stało i to nie tylko za sprawą Formana, ale całego szeregu twórców, którzy w latach pięćdziesiątych kończyli Famu i eksplodowali twórczą lawą na początku lat 60.

"Pali się, moja panno" jest ikoną tego nurtu. Może to niesprawiedliwe, że film Formana przyćmił swoją legendą całe mnóstwo innych dzieł, które mogą mu dorównywać pod względem artystycznym, ale to Forman zyskał światową sławę i stał się laureatem wielu nagród z Oskarami włącznie. Tak to już jest, że historia lubi zwycięzców i nazwiska Passera, Nemca , Jiresa, Chytilovej znają tylko wtajemniczeni.

Co spowodowało, że czechosłowackie filmy Formana, a "Pali się, moja panno" szczególnie, stały się emblematami tego nurtu? Czym zasłużyły sobie na miejsce, które im dziś przypisuje historia kina?
Skupmy się na "Pali się, moja panno". Wyobraźmy sobie sytuację twórców, Formana i Papouska, którzy wraz z grupą przyjaciół odwiedzają typową czeską gospodę, gdzie strażacy organizują swoją imprezę. Przecież to było znane i u nas, gdyż remizy Ochotniczych Jednostek Straży Pożarnej były miejscami wiejskich bali. Nie było wszak klubów, dyskotek. Człowiek zwykły, nie oprawiony w mundur był kimś niewidocznym. Standardy wojskowego rynsztunku nadawały tym normalsom atrybuty siły i władzy. Elementy broni, swoisty etos i oczywiście mundur dawały tym przeciętnym obywatelom pozór władzy i hierarchii. Tak zresztą pozostaje do dziś.

Mamy zatem u Formana tych pożal się Boże strażaków, którzy z ogniem zbyt dużo do czynienia nie mają (w przeciwieństwie do czasów współczesnych, gdzie domorośli strażacy parają się także podpalaniem dajmy na to łąk, żeby było co gasić), ale mają poczucie misji i chęć organizowania lokalnej społeczności. Przejmują zatem ci brzuchaci mniej, bardziej lub wcale, starsi panowie funkcję kulturotwórczą i robią tę kulturę na swoją przaśną modłę, zaczerpniętą ze znanych im wzorców pop-kulturowych, które z dużo większym trudem docierały na wieś niż w czasach obecnych.
Loteria fantowa, wybory miss, jakiś jubileusz. Wszystko się tutaj rozpada, nikt nad niczym nie panuje. Pozornie błahe sprawy nabierają charakteru prawdziwego Armagedonu i pędzą ku nieuchronnej katastrofie, która całkowicie obnaży iluzję wsi sielskiej, anielskiej. To właśnie drobne wady, małe, codzienne podłostki stają u źródeł moralnego skundlenia bohaterów. A najgorsze, że widzimy wśród nich nas samych - uwikłanych w absurdalne konflikty i najczęściej w nie swojej roli, bo ktoś czegoś gdzieś od nas oczekuje.

Kiedy wybucha prawdziwy pożar, który ponoć rzeczywiście miał miejsce w trakcie zabawy, na której byli Forman i Papousek, strażacy pozostają bezradni. Ich działania i pomoc są pozorne. Pozostają tylko mundury, które do niczego nie służą. Są tylko wyobrażeniem władzy i porządku, którego tak naprawdę nie ma.

Zwykli ludzie, nie zawodowi aktorzy - musiało to być niezwykłe wyzwanie dla twórców, ten tłum statystów, bo nie ma w filmie postaci wiodącej. Ale udało się znakomicie i do dziś możemy w tym kreacyjnym reportażu, wręcz mockumencie, przeglądać jak w zwierciadle, widząc, że nasza skłonność do władzy i uniformizacji życia za wszelką cenę jest ponadczasowa.

Ja myślałem jeszcze o Kieślowskim i "Z punktu widzenia nocnego portiera", filmie, który idzie jeszcze dalej w swym wizyjnym makabryzmie i braku wiary w człowieka, uwiązanego na łańcuchu systemu. Ale przecież "Pali się, moja panno" to tylko komedia, więc można się pośmiać.