Dom (zly)

Dom (zly)

czwartek, 14 grudnia 2017

Recenzja książki "Chroma. Księga kolorów" Dereka Jarmana wyd. Silesia Film

Raport odchodzących kolorów

Autor recenzji:
Tytuł książki: Chroma: Księga Kolorów
Autor książki: Derek Jarman
7,86 (7 ocen i 2 opinie)

Derek Jarman, jeśli ktoś nie wie, to jeden z najwybitniejszych filmowców, jakich nosiła ziemia. Był nie tylko reżyserem ale także malarzem. To właśnie wykształcenie plastyczne wpływało na wyjątkowy styl i stronę wizualną jego filmów. Ujmując rzecz szerzej, Derek Jarman był artystą awangardowym, łączącym wiele dziedzin sztuki. Można stwierdzić, że w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych jako związany z punkową kontrkulturą i nurtami LGBT stał się prekursorem tego, co dziś określa się sztukami wizualnymi. Derek Jarman był też pisarzem – jego ostatnie dzieło, „Chroma. Historia kolorów”, otrzymujemy właśnie do rąk dzięki wydawnictwu filmowemu „Silesia Film”.
W 1994 Derek Jarman miał zaledwie 52 lata. Był to ostatni rok jego życia. Umierał na AIDS, plagę końca XX-go wieku. Tracił wzrok, zmysł będący jego narzędziem pracy. Jarman należał do grona reżyserów-malarzy. Podobnie jak Andrzej Wajda traktował obiektyw kamery jak malarski pędzel. Tracąc z dnia na dzień wzrok, opisując jak coraz słabsze ciało stawia opór duchowi, wiedzie Jarman poprzez historię kolorów jako pragnienie zatrzymania odchodzącego świata. „Chroma. Księga kolorów” to ostatnie dzieło twórcy „Caravaggia”, dzieło napisane tuż przed śmiercią.

Kolory, ich rola w sztuce i życiu narratora. „Chroma” to osobliwy poemat, łączący traktat o sztuce z biograficzną opowieścią o chorobie i umieraniu. Ta książka buzuje od wiedzy i cytatów, pokazuje jak awangardowy twórca szukał inspiracji w klasycznej sztuce, filozofii i poezji. Jarman pokazuje, że sztuka nie może istnieć bez wiedzy, bez świadomości, nie może być emanacją jednorazowych emocji ale świadomym procesem oddziaływania myśli i tradycji na akt tworzenia. Znajdziemy tu koncepcje dotyczące poszczególnych kolorów, sięgające starożytności oraz reminiscencje z własnego życia, które także jest przeżywaniem poprzez kolory.

No i jest to opowieść o życiu i śmierci homoseksualnego artysty. Filmy Dereka Jarmana są utożsamiane z nurtem LGBT, bowiem kadry jego filmów przenika homoerotyczna energia. Jarman nie wahał się jej poszukiwać w dziełach klasycznych artystów takich jak Caravaggio czy Michał Anioł. Tak jest także w książce, gdzie historia kolorów staje się historią miłosnych uniesień, spazmów i drżeń, historią zakazanego świata kolorowych odszczepieńców – wspomnień rozkoszy na krótko przed odejściem.

A sama książka jako przedmiot? Przepięknie wydana. Okładka mieni się odblaskami bieli. Szerokie marginesy służą do umieszczania przypisów, których „Chroma” wymaga wiele - nie trzeba ich szukać na końcu książki i można na bieżąco śledzić komentarze do tekstu, co bardzo ułatwia lekturę. W ogóle ta biała książka ma dużo przestrzeni – wydawca nie oszczędzał na wysokiej jakości papierze i rzeczywiście czuć tę lekkość podczas lektury, że ta trudna momentami, poetycka i zarazem wypełniona erudycją biografia opowiedziana kolorami jest jak puch. To wrażenie lekkości to także ciężar ludzkiego życia, które dobiega końca. Pod względem edytorskim „Chroma” jest wyjątkowej urody przedmiotem. A do tego ta czarna zakładka z fiszkami do przyklejenia – cudowna robota wydawnictwa Silesia Film.

niedziela, 19 listopada 2017

Recenzja filmu Bodo Koxa "Człowiek z magicznym pudełkiem"

Orwell z tevauenu

Pierwsze na co zwracasz uwagę to znaczek TVN-u na plakacie. Po chwili dociera do ciebie, że to film niezależnego reżysera Bodo Koxa, autora „Dziewczyny z szafy” - filmu, który ci się spodobał. Oto jak się wchodzi do mainstreamu. Tylnymi drzwiami przez telewizję.

Jest rok 2030. Piętnasty rok rządów PiSu. Świat jest podzielony na proli i członków partii, stosując terminologię Orwella, bo i z Orwella ten świat jest bezpośrednio wywiedziony. Tyle że członkowie tej partii są z jakiegoś futurystycznego korpoświatka. Jak w klasycznym love story. Dziewczyna ma futurystyczne imię Goria. To szczytująca aktorsko po raz kolejny Olga Bołądź. Adam jest prolem i Polakiem - niszowym aktorem Piotrem Polakiem od Warlikowskiego. Jest jeszcze android jak z Blade Runnera – syn wrednej sekretary z „Ucha prezesa”, Sebastian Stankiewicz.

Ale nie, nie jest tak prosto. Polak Adam lewituje w czasie i przenosi się przez lampowy radioodbiornik z 1952, najbardziej stalinowskiego roku w Polsce. Polak Adam przekonuje się, że po upływie 80-ciu lat nic w Polsce się nie zmieniło. Adam mieszka w opuszczonej kamienicy, którą ludzie z komisji Jakiego zostawili na pastwę niszczenia zamiast oddać jakiemuś sprytnemu prawnikowi za kilkaset złotych. No i oczywiście jest ubrana w stalowe gajerki i wąsata policja – Urząd Bezpieczeństwa Narodowego. Wymazują pamięć. Na koniec jest „Krakowski spleen”, czyli gwiazda TVN Kora, która ustami szamanki, Heleny Norowicz, która urodziła się dokładnie w 1952 roku, czyli jest dzieckiem Adama z czasów stalinowskich, śpiewa - „Czekam na wiatr, co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy naraz
Ze słońcem twarzą w twarz”
Chodzi oczywiście o to, co zrobimy z obecną, stalinowską władzą, żeby nam się rok 1984/2030 nie przytrafił. Ale po co tłumaczę tę łopatologię i oczywistą oczywistość obrażającą widza?

Tłumaczę, bo kilku moim znajomym, którzy widzieli ten film podobało się posklejane z różnych filmów, książek niewiadomopoco, bo mamy tu Szulkina, „Brasil” Gilliama, 'Blade Runnera”'Rok 1984”, „Nowy wspaniały świat” , „Seksmisję” i niewiadomoco jeszcze . A jak nie wiadomo co, to wiadomo o co chodzi i kto komu i za co płaci. Płaci, żeby to intelektualne dno komuś się spodobało. Jedyny problem dla mnie jest taki, że środki filmowe użyte w tym filmie czynią pozór dzieła i naprawdę trudno uwierzyć, że zdolny reżyser mógł się tak sprzedać. Z tego powodu nie mogę dać oceny zero, nawet jedynki dać nie mogę. Daję 2/10.

Uświadamiam – ten film jest bardziej pornograficzny od „Smoleńska”. Przypominam - taki rozdwojony polski świat korpo i biedy już mieliśmy od 2008 roku zaserwowany. Udało się nam stamtąd uciec. Ale nie czekamy na wiatr „co rozgoni” tylko tworzymy dla tych, którzy może w 2030 roku podziękują za to.

sobota, 11 listopada 2017

Recenzja książki Piotra Zychowicza "Niemcy" wyd. Rebis

Niemcy ludziom zgotowali ten los!

Autor recenzji:
Autor książki: Piotr Zychowicz
7,61 (38 ocen i 8 opinii)

Piotr Zychowicz, naczelny historyczny prowokator, po raz trzeci rozlicza tych, z którymi polskie losy złączone są na dobre i złe,ale raczej na to drugie. Po książkach „Żydzi” i „Sowieci” przyszedł czas na tom trzeci - „Niemcy”. Nie „hitlerowcy”, nie „faszyści” ale właśnie „Niemcy”, to naród naszych zachodnich sąsiadów staje się obiektem rozliczeń, które w formie rozmaitych wywiadów ze znawcami historii i felietonów autorstwa samego Zychowicza możemy przeczytać w tej książce.

„Niemcy” - pamiętam z peerlowskiego liceum taką lekturę. Autorem był Leon Kruczkowski, a sam dramat miał charakter komunistycznej agitki, która ukazywała postawy tak zwanych zwykłych Niemców wobec faszyzmu. Bardzo dobrze koresponduje to z punktem widzenia prezentowanym przez Zychowicza, chociaż ideologicznie obaj autorzy stoją na dwóch skrajnych biegunach. Tak – hitleryzm miał swoje źródła w ekspansywnej polityce niemieckiej, których początków można szukać w zamierzchłych wiekach średnich. Tak – bez zwykłych ludzi, tych milionów popierających marzenie o „wielkiej rzeszy” nie byłoby zbrodni hitlerowskich.

I to jest moim zdaniem kwestia różniąca najnowszą książkę od „Żydów”, a przede wszystkim „Sowietów”. W „Sowietach” to nie Rosjanie byli winnymi ludobójstwa i wszystkich strasznych rzeczy związanych z komunistycznym terrorem ale ideologia. W przypadku „Niemców” jest na odwrót - faszystowska ideologia wyciągnęła na wierzch wszystko, co najgorsze z narodu naszych zachodnich sąsiadów. Czytelnik po lekturze książki Zychowicza może dojść do wniosku, że Hitler był na swój sposób Niemcom potrzebny – potrzebny, by zrzucić nań moralną odpowiedzialność za zło w dążeniu własnych „snów o potędze”.

Niemniej w swoich wywiadach i felietonach autor „Niemców” przerzuca pomost między bolszewicką ideologią a faszyzmem, wskazuje na inspiracje dla tworzenia totalitarnego imperium na wzór Związku Radzieckiego oraz na samą fascynację Hitlera w stosunku do Stalina. Zresztą, według Zychowicza działało to w obie strony – podobno Stalin chciał pojmać żywcem Hitlera i wyciągnąć wszystkie jego tajemnice na temat kultu jednostki, który towarzyszył postaci zbrodniczego kanclerza.

 W tych podobieństwach ujawnia się jednak ciekawy paradoks – o ile narody wchodzące w skład sowieckiego imperium nienawidziły bolszewizmu, to lewicowa ideologia bardzo przypadła narodowi niemieckiemu do gustu. Dlatego tytuł „Niemcy”, że ten naród ponosi pełną odpowiedzialność za to, co spotkało Europę i świat w pierwszej połowie XX-go wieku. Z polskiego punktu widzenia ta odpowiedzialność jest tym większa, że pakt aliantów ze Stalinem utrwalił na pół wieku podział polityczny, który wpychał Polaków w ramiona ZSRR, czego skutki odczuwamy do dziś.

Sam Hitler jest sportretowany w Niemcach jako dość typowy przykład człowieka o lewicowych poglądach: wegetarianin, eksperymentujący z narkotykami i new age, nienawidzący Kościoła. Cały obraz hitlerowskiego państwa jest tutaj wywiedziony wprost z utopijnych lewicowych wizji, które sprzeciwiają się podmiotowości i jednostce na rzecz sprawnie działającego systemu. To na pewno cecha wspólna obu totalitaryzmów.

Jednak nie spodobał mi się pomysł, że jakiś wspólny pakt Niemiec, Polski i Rumunii, poparty przez podbite przez Stalina narody mógł mieć zbawienny wpływ na historię Europy i żywym ogniem wypalić zarazę bolszewizmu. Dostrzegam w tej wizji brak zdrowego rozsądku – niemiecki ekspansjonizm, pomijając kwestię Hitlera i nazistów, był groźny dla Polski tak samo jak stalinizm. A do tego był Hitler, który rasową nienawiść uczynił podstawowym elementem swej polityki i próżno było z tą postacią wiązać jakiekolwiek nadzieje. Wszak pakt Ribentrop-Mołotow także nie miał żadnej wartości, a Stalin, mordując polskich oficerów w Katyniu przysłużył się tylko hitlerowcom. Cóż, Piotr Zychowicz lubi snuć teorie alternatywne i chyba nie ma potrzeby zgadzać się z nimi w stu procentach.

Nie zmienia to jednak faktu, że dostajemy do rąk bardzo ciekawy ekstrakt historyczny, który powinien nas inspirować do dalszych poszukiwań i dociekań, które mogą owocować własnymi wnioskami. Cały cykl - „Żydzi”, „Niemcy”, „Sowieci”- trzeba uznać za kontrowersyjny i to nie tylko dla ludzi o lewicowych poglądach. Wielu prawicowców oburza się na tezy prezentowane przez Piotra Zychowicza. I w tym tkwi siła tego historycznego pisarstwa – jest ono żywe i inspiruje do autentycznej dyskusji. Osobiście marzy mi się książka Pana Piotra na temat „żołnierzy wyklętych”. Może to marzenie się spełni?

piątek, 3 listopada 2017

Recenzja filmu "Łagodna" Siergieja Łoznicy dystrybucja Against Gravity

Kafkowska Rosja

Nie wiemy o niej nic. Nawet jak ma na imię. Wiemy, że z powrotem dostaje paczkę, którą wysłała swojemu mężowi do więzienia. Skoro poczta zawiodła, postanawia dostarczyć mu ją osobiście i wyrusza w długą podróż. I o tym jest ten film, cała fabuła, historia jednej niedostarczonej paczki.

Już od pierwszych scen wchodzimy w krainę śmierci, w krainę bez przyszłości. Nikt tutaj nie ma planów, bo kazdy wie, że w jednym momencie wszystko może zostać odebrane. Absurd egzystencji  wzmagają beznadziejne ludzkie oblicza. Ludzie, którzy widzieli ten film czasem w swoich opiniach wspominają o beznadziei, która dominuje w „Łagodnej” Sergieja Łoznicy, ukraińskiego reżysera, znanego polskiemu widzowi z takich filmów jak „Szczęście ty moje” czy „We mgle”. Filmy te, jak mówi Woody Allen w „Miłości i śmierci”, „były o Rosji”.

Łagodna, tak nazwijmy bohaterkę, która nie ma imienia, nie uśmiecha się. W jej zachowaniu dominuje chłód, dystans i determinacja. Jedyną rzeczą , którą możemy o niej powiedzieć na pewno jest to, że nie rozumie. Nie rozumie, dlaczego zamknęli jej męża, dlaczego zwrócono jej paczkę, dlaczego nie może spotkać swego współmałżonka. Nie rozumie, a jednak wie. Wie, że może spodziewać się wszystkiego najgorszego. Mimo to wytrwale dąży do swojego celu, uzbrojona w pancerz z obojętności.

W krainie śmierci, jaką jest Rosja w filmie Łoznicy, nie ma miejsca na ludzkie odruchy, jeśli nawet są to są dziwne i wzbudzają nieufność, ale Łagodna musi żyć w stadzie. Sama zginęłaby od razu. Brnie więc w ten menelski krajobraz jak z Jerofiejewa. Zawsze to lepsze niż służby mundurowe, przedstawiciele tego państwa bez nadziei, więc poniewieranie jest dla nich niejako oczywistością.

To miasto to więzienie. To państwo to więzienie. I ludzie cały czas na coś czekający. I rozbijający swoje głowy o kratę więziennego okna. Wszystko jest rewidowane, rozcinane, rozpruwane. Ale i tak nie widzimy więźniów. Kim są? Widzimy tylko kłębiący się tłum petentów, rodzin i znajomych. Nawet organizacje broniące praw człowieka są usługach tego systemu – pozór prawa w krainie bez nadziei.

 Więzienie wygląda jak kafkowski zamek, a ci ludzie są zaledwie w jego przedsionku. Gdy Łagodna dotrze do środka, trafi tam skąd nie ma powrotu. Ta dantejska symbolika przesyca film Sergieja Łoznicy na równi z kafkowską scenerią. Mniej tu Dostojewskiego, bo „Łagodna” to film o beznadziei. Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy [tu] wchodzicie. A Dostojewski to promyki światła w mroku. Kafka wcale.

I jest to film  z Rosji. I Łoznica ani na moment nie pozwala , aby widz o tej dantejskiej Rosji przestał myśleć. I w pewnym momencie spotykają się carska Ruś, sowiecka komuna i współczesna Rosja Putina. Surrealna wizja, przywołująca to, co określamy jako „rosyjską duszę” ukazuje właśnie bezduszność, marionetkowość,  bajkowy anturaż tego świata, który w swej istocie jest bez serca. I staje się „Łagodna” prawosławnym misterium, ofiarą składaną na ołtarzu sztuki za winy i bezduszność wszystkich tych trzech Rosji. Sama Łagodna też staje się ofiarą. Ale w  świecie bez duszy, bez nadziei i bez Boga nie ma odkupienia.

Nie przypuszczałem, że kino może mną jeszcze wstrząsnąć. A jednak.

środa, 1 listopada 2017

"Wautyzmwzięci" Ireneusza Czesława Gimińskiego wyd, Novae Res

                                                            zdjęcie  novaeres.pl

Szczerze o autyzmie
Irek Gimiński napisał krótką książeczkę, można rzec, że to dłuższe opowiadanie - „Wautyzmwzięci”, które poświęcił swojemu doświadczeniu bycia ojcem autystycznego dziecka. I ten tytuł wcale nie oznacza, że rodzice dzieci autystycznych są „wniebowzięci”, bo ich życie przebiega bardzo daleko od Nieba. Irek opisuje swoje doświadczenia i dzieli się tym, o czym wiemy tak niewiele. Żadne ładne i atrakcyjne historyjki nie są w stanie oddać tego, co w prostych słowach ukazał w swej książce, która jest o upadkach i o wzlotach, ale przede wszystkim o ciężkiej pracy, o codziennym trudzie i codziennej trudnej miłości do syna, który jest inny niż pozostałe dzieci.

Nie potrafię sobie wyobrazić, że można lepiej opowiedzieć o tych intymnych kwestiach niż tak jak przedstawia to książeczka „Wautyzmwzięci”. Jest w tym wielka odwaga, bo jest to bardzo prywatna sfera doświadczenia, ale tylko dzięki takiemu sposobowi ukazania tematu czytelnik może spróbować pojąć to trudne zagadnienie . Jest to także książka o nawróceniu, o roli Boga w ludzkim życiu. Czasem wydaje nam się, że jest ciężko, że życie nie ma sensu. „Wautyzmwzięci” pokazuje jak nasze codzienne problemy są drobiazgiem wobec trudu niektórych ludzi, którzy nie mogą znikąd oczekiwać pomocy, a jednak żyją, a jednak sobie radzą, a jednak kochają. O tym jest ta książka, a właściwie książeczka, która daje nadzieję.

sobota, 28 października 2017

Recenzja kryminału Monsa Kallentofta "Zapach diabła" wyd. Rebis



Piekło w egzotycznym raju

                                                             oficjalna recenzja lubimyczytac.pl
Autor recenzji:
Tytuł książki: Zapach diabła
Autor książki: Mons Kallentoft
Komisarz Malin Fors nie może pogodzić się z osobistą porażką i prześladują ją demony przeszłości, które doprowadzają ją do alkoholizmu. Dostaje szansę na naprawienie swojego życia i wyjeżdża do ambasady szwedzkiej w Tajlandii. Jej głównym zadaniem jest gromadzenie i dostarczanie informacji, lecz policyjny instynkt nie pozostaje długo w uśpieniu. Malin trafia na trop okrutnej zbrodni popełnionej na obywatelce Szwecji. Za tym morderstwem rozpościera się krajobraz spraw, które rozgrywają się na styku kultur Wschodu i Zachodu.

Malin Fors chce wyleczyć się z alkoholizmu. Jej wyjazd ma być formą terapii, jednak nie opuszcza jej ani zło, ani demony przeszłości. Tajlandia, która z pozoru wygląda na prawdziwy raj, kryje swoje mroczne tajemnice. To, czego czyści i bogaci mieszkańcy dostatniego Zachodu, czy Północy, nie mogą robić u siebie, tutaj staje się dozwolone – nikt nie odważy się ścigać bogatego mieszkańca Europy w dalekim, egzotycznym kraju.

Mons Kallentoft przenosi miejsce akcji poza szwedzkie miasto Linköping i wyrusza tam, gdzie obywatele szwedzcy traktowani są niemal jak bogowie. Jego nowy cykl poświęcony jest zmysłom, w tym wypadku jak wskazuje tytuł, „Zapach diabła”, zmysłowi powonienia. Te zapachy są w książce wyczuwalne i intensywne, tak intensywne jak życie w egzotycznym i gorącym kraju, jakim jest Tajlandia. W powietrzu czuć ukrop, nieznośny zaduch. Jest wyczuwalny zdecydowany kontrast w zestawieniu z poprzednimi książkami skandynawskiego autora. Wchodzi on na niebezpieczną ścieżkę, bowiem pojawia się tutaj kwestia współczesnego, eleganckiego i zawoalowanego kolonializmu, handlu ludźmi i „nowoczesnego” niewolnictwa. Kallentoft każe swoim rodakom, ale także nam, zrobić rachunek sumienia z tego, czym jest współczesny przemysł turystyczny, jaką cenę moralną płacimy za korzystanie z luksusów egzotycznych krain.

Taka jest też Tajlandia w „Zapachu diabła” - z jednej strony piękna, luksusowa i pachnąca, z drugiej cuchnąca biedą i wyzyskiem, ale też brudem ludzkich serc, który jest w tej powieści dominujący. Pogmatwane losy Malin są ważnym elementem kryminalnej intrygi. Walka toczy się tutaj na dwóch płaszczyznach – wewnętrznej, gdzie bohaterka mierzy się ze swoimi demonami i realną zbrodnią. Obie te warstwy przenikają się w zupełnie niezwykły sposób i momentami tracimy poczucie, czy jest to typowy kryminał, czy powieść psychologiczna, ale w mojej opinii to tylko podnosi wartość „Zapachu diabła”.

piątek, 6 października 2017

Przetrwać. Recenzja filmu "Przeżyć. Metoda Houellebecqa" dystrybucja Against Gravity

Przetrwać

Ale jak to zrobić? Czasami wydaje się, że to po prostu niemożliwe. Bo ileż można się ukrywać? W zakurzonym pokoju napakowanym książkami, barze z tanim piwem i książką Houellebecqa na blacie i mentolowymi fajkami dla świeżości. Jak długo można uciekać do ciemnej sali kinowej – najlepszej baśniowej nory, jaką świat wymyślił . Zanim stworzył swoje „Cząstki elementarne”, esej o Lovecrafcie, „Możliwość wyspy” napisał tekst „Rester vivant” - podręcznik survivalu dla tych, którzy nie są dopasowani do ram współczesnego świata i dlatego chcą z niego uciec. Dla Houellebecqa, pracownika jakiejś tam ponurej firmy był to początek. „Przeżyć. Metoda Houellebecqa” to film dla takich jak Ty.

Iggy Pop zapoznał się z twórczością Houellebecqa całkiem niedawno, przy okazji pisania muzyki do filmu powiązanego z twórczością tego pisarza, a tekst „Rester vivant” zainspirował go, ponieważ odnalazł w nim swoje rozterki. Tekst jest swego rodzaju poradnikiem, jak przetrwać, gdy czujesz się odklejony, kiedy uświadamiasz, że jesteś niedopasowany, że ludzie boją się ciebie, a jako broń przed tym lękiem stosują drwiny i szykany, gdy już wiesz, że twoim przeznaczeniem jest samotność i to wcale nie ta z wyboru.

Erik Lieshout portretuje Iggy Popa, który czyta esej Houellebecqa. Pojawiają się kolejne postaci – cierpiący na schzofrenię poeta i poetka oraz artysta konceptualny Vincent, w którego wciela się sam
Houellebecq. Vincent, niegdyś „dobrze zapowiadający się” rzeźbiarz, obecnie tworzy w odosobnieniu dzieło swego życia, dzieło, które objaśni mechanizm świata. Bohaterowie tego filmu to bywalcy zakładów psychiatrycznych, ludzie po próbach samobójczych, nieładni, niezaakceptowani, niepogodzeni ze światem, żyjący w szczelinie rozpaczy.

„Przeżyć. Metoda Houellebecqa” to poradnik dla takich właśnie. Podstawową radą, jaką możemy tutaj usłyszeć jest masochizm. Cierpienie jest źródłem sztuki i właśnie poprzez jego wyrażenie docieramy do prawdy i zarazem nadajemy sobie tożsamość. Bez świadomości nonsensu nie przejdziemy poza świat ludzi, którzy wyznaczają sobie cele, realizują je i umierają bezosobowo jako elementy struktury społeczeństwa, które zużyte zostają zastąpione przez w pełni sprawne elementy. Przeżyć podmiotowo można jedynie, jeśli zaakceptujemy prosty i niezaprzeczalny fakt, że wszechświat jest cierpieniem. Ta wizja jest mroczna niczym z Lovecrafta, który fascynował Houellebecqa.

Dekadentyzm tego podejścia wyraża się w przekonaniu, że bezsens można przełamać twórczością, próbą zmierzenia się z bezbrzeżnymi falami cierpienia, który jest oceanem, po którym dryfujemy w nicości. I w pewnym momencie spotykamy się , my, wyrzutki, nie po to , by ze sobą rozmawiać, ale po to, by ze sobą milczeć.

Twórcy użyteczni, ci na usługach polityki , wytarte, bezosobowościowe tryby machiny. Kultura niepodległa i kultura narodowa – dwie strony tego samego absurdu, w który nas wpychacie, durnie bez tożsamości kupieni przez system. Lewacka kiła i prawacki syf – jedna bajka. Wyszczerzone kły zastraszonych zwierząt, które uciekają w stada przed bólem świata i samotnością.

Vincent- Houellebecq to van Gogh, któremu odwala, który zamiast zostać urzędnikiem, zostaje malarzem, który nie sprzeda swoich obrazów, Norwidem, który umrze w przytułku, Kafką, który pali swoje pisma. Vincent zabiera Iggy Popa do garażu, by pokazać mu swoje dzieło – tak jak w „Piękności dnia” Bunuela czy w „Pulp fiction” widzimy tylko zdumionego widza. To, co kryje sztuka jest w nas, to my, ludzie z odzyskaną tożsamością jesteśmy w stanie wypełnić uczuciami – zdumieniem i uniesieniem – to, co dociera do nas poprzez zmysły z ponurego oceanu. W końcowej scenie  cytat z końcówki „Dyskretnego uroku burżuazji” i z „Talkig Heads” - „We on the road to nowhere, come on inside”.

sobota, 30 września 2017

Vegański, feministyczny pro-life - recenzja filmu Patryka Vegi "Botoks"




Po rozwodzie z producentem „Pitbula” Vega poszedł w swoją stronę. Tym razem wziął na warsztat szpitale i kobiety, konkretnie kobiety powiązane z biznesem medycznym. Jest tak jak można się było spodziewać, czyli nie jak w „Leśnej Górze”. Ludziom nakładziono do głów, że o lekarzach i szpitalach nie można inaczej jak na kolanach. Niech ten Vega tylko się znajdzie w szponach łapiduchów. Nie chciałbym być na jego miejscu.

W „Pitbulu” było tak, że policjanci byli pokazani po ludzku, czyli źle. No, mieli tam jakieś ludzkie odruchy, ale w tej robocie nie da się po prostu inaczej, więc byli takimi sukinsynami, co to, robiąc w gównie, są nim uwalani. Czy można tak opowiedzieć o szpitalach, o kobietach, które w tych szpitalach pracują? Patryk Vega spróbował i wyszedł z tego vegański, feministyczny pro-life.

No, nie jest to „Leśna Góra. Hajs rządzi. Film ukazuje głównie kobiece sprawy, ginekologię, chirurgię plastyczną, dużo miejsca jest tutaj poświęcone „modelowaniu” kobiecych organów. Wchodzimy z kamerą i buciorami w najbardziej intymną sferę kobiecości. Vega nie pozostawia miejsca na aluzje i domysły, jego sposób ujęcia jest w najbardziej możliwy sposób naturalistyczny. Jego szpital to sceny z jatki i kostnicy, a film nie pozostawia złudzeń – współczesna medycyna to biznes. „Wchodzący w bramy szpitala, porzućcie wszelką nadzieję” i szykujcie hajs. Czy tak daleko mija się ta wizja z prawdą? Oczywiście jest to makabreska i to taka, że co wrażliwsi wychodzą z seansu. Ale to przecież tylko jedna strona medalu – po prostu trochę inna niż w popularnych serialach, ale do pewnego stopnia prawdziwa.

Zastanawiałem się, co może naprawdę wkurzać ludzi w tym filmie? Czy świadomość, że aborcje pokazane w „Botoksie” to nie żadne „płody” tylko w pełni rozwinięte ludzkie organizmy? Jak to się ma do „wieszaków” i parasolek? Vega nie jest poprawny politycznie. Nie opowiada się także po żadnej ze stron, tylko w swoim złym guście opowiada historie, których słyszeć nie powinniśmy. To powinno odbywać się za parawanem i nie wypada o tym mówić w świecie światłych, nowoczesnych kobiet, które decydują o swoim życiu, a resztę zrobią ginekolodzy i pielęgniarki. Dla Vegi takie coś jak zły gust nie istnieje. Ten film jest w brutalny sposób pro-life, tak jak pro-life są banery z zabitymi dziećmi, które nie chciane dogorywają kilka godzin po aborcji. Ten film jest pierwszym fabularnym filmem pro-life, ale nie po kościelnemu, tylko po ludzku, że człowieczeństwo, moralność zaczyna się na sali porodowej niezależnie od światopoglądu, a kultura, która dopuszcza aborcję, przestaje być kulturą.

Kobiety w filmie Vegi są wkurwione i potrafią być złe, ale nie dlatego, że tak lubią. Męski świat, z którym się zderzają jest wyjątkowo podły i okrutny, więc jeśli chcesz zawalczyć o swoje musisz być też taka czasami. Tutaj nie ma miejsca na łzy i użalanie się nad sobą. Świetnie wykreowane postaci głównych bohaterek są z krwi i kości, niejednoznaczne, wrażliwe w porąbanym świecie i silne, to znaczy nie odpuszczają z byle powodu i walczą w rzeczywistości, która ma je gdzieś. Ten element jest z kolei wyrazem feministycznej postawy. To znaczy, że nie znajdziemy tutaj miłych pań z serialu, ale kobiety prawdziwe, tworzące własne życie w świecie opanowanym przez mężczyzn, którzy są także sportretowani z należnym im pazurem jako obojętni, wyalienowani, zakochani w sobie i egoistyczne dupki.

„Botoks” jest o Polsce i może byłoby lżej, żeby był z innego, lepszego świata, ale nie jest. „Botoks” to rachunek wystawiony post-demoludowemu krajobrazowi, wystawiony bez kurtuazji i po chamsku. Może najwyższy czas coś zmienić?

piątek, 29 września 2017

Recenzja książki "Nienasyscony" Łukasza Radeckiego - wyd. Phantom Books


Heavy Metal Zmory

Autor recenzji:
Tytuł książki: Nienasycony
Autor książki: Łukasz Radecki
6,29 (34 ocen i 12 opinii) 
                                 LC oficjalna recenzja
 
Heavy metal i horror to połączenie tak oczywiste jak kawa z mlekiem, tequila z cytryną lub wódka ze śledziem. Albo każdy inny zestaw, jaki wam pasuje. Od czasów zombiaka Eddy'ego, który patronuje dokonaniom Iron Maiden i opowieści z krypty Kinga Diamonda, czyli od początku lat 80., od samego początku heavy metalu jako gatunku, nic nie wydaje się bardziej oczywiste jak mariaż tematyki grozy z ciężkim, metalowym brzmieniem. Tak jest w książce „Nienasycony” Łukasza Radeckiego. Sam autor powieści także jest muzykiem metalowego zespołu – Acrybia. Przypadek? Nie sądzę.

Bohaterowie „Nienasyconego” lubią heavy metal, tanie wino, mieszkają na wsi nieopodal Torunia i są żywcem wyciągnięci z ostatniej dekady XX-go wieku . Eksperymentują także niebezpiecznie z okultyzmem, co owocuje przywołaniem krwiożerczej zjawy Nienasyconego, czyli słowiańskiego demona, który, niczym V1 był tajną bronią Krzyżaków w wojnie z Litwą. Potwór powraca do życia siejąc grozę i zniszczenie. Zasysa niczym krwiożercza trąba wszystko, co się rusza po tym padole łez.

Jeśli lubisz old school, heavy metal, tanie wino, Krzyżaków i słowiańskie demony, to będziesz zadowolony. Mnie przeczytanie tej książeczki zajęło raptem chwilę. Mniej więcej czas potrzebny na wypicie dwóch butelek „Czaru PGR-u”, mojego ulubionego napoju winopodobnego. Oczywiście przy dźwiękach albumu „Abigail” Kinga Diamonda.

„Nienasycony” to pozycja typowa dla Phantom Books, wydawnictwa, które słynęło w latach 90. z horrorów klasy B. Trochę brakowało takich książek na naszym rynku wydawniczym i wznowienie działalności tego kultowego już wydawnictwa może jedynie cieszyć. Czyta się to łatwo i z niekłamaną przyjemnością, rozpoznając motywy oraz charakterystyczną stylistykę. Może i nie drży się cały czas ze strachu chociaż jest to horror, za to nie raz można się przy lekturze uśmiechnąć. Nobody's perfect.

piątek, 1 września 2017

Recenzja książki "Rok koguta" Terezy Boučkovej - wyd. Afera

365 stron prawdy

                                                     zdjęcie  www.afera.pl
                                                     
                                                       oficjalna recenzja
Autor recenzji:
Tytuł książki: Rok koguta
Autor książki: Tereza Boučková
365 – tyle stron. 365 – tyle dni w roku. Książka – dziennik, książka – pamiętnik. Książka o roku, o jednym ważnym roku w życiu jednej kobiety. Tereza Boučkova, autorka „Roku koguta”, nie oszczędza na szczerości. Pisze o sobie i o swoim życiu – tak, ta książka to dokument, gdzie element kreacji został sprowadzony do minimum. To jest proza ekshibicjonistyczna, to jest proza niepoprawna, to jest literackie reality-show bez „big brothera”, a jednak jest w niej nuta ubezwłasnowolnienia, coś, co każe bohaterce-autorce myśleć i działać. Czy taka kondensacja prawdy ma sens? Czy literacki „projekt-życie” pozwoli nam przejrzeć się w naszych problemach i kompleksach? Czy wyciąganie swej intymności, intymności kobiecej u progu menopauzy, może uwieść polskiego czytelnika? Moja wstępna odpowiedź na to zasadnicze pytanie jest jednoznaczna – tak! „Rok koguta” wciąga i nie pozwala się oderwać. To fascynująca podróż w świat wewnętrznej prawdy.

Tereza Boučkova jest pisarką, scenarzystką i dziennikarką. Na pewno autorka „Roku koguta” zawdzięcza swoją popularność także postaci swojego ojca, znanego pisarza i dysydenta, Pavla Kohouta – autora wybitnej i znanej także w Polsce powieści „Kacica”. „Rok koguta” w samym swoim tytule nawiązuje do ojcowskiej legendy. Mówi nam o tym także okładka, która wyraźnie pokazuje, że jednym z tematów tej historii jest cień ojca w życiu kobiety. A nie jest to dla Boučkovej doświadczenie o pozytywnej wartości. Sama, działając od najmłodszych lat w opozycji, będąc sygnatariuszką Karty 77 i ofiarą represji urzędu bezpieczeństwa, konkurowała, a może chciała dorównać mitowi swego ojca – ten „cień ojca” zalega zarówno na jej życiu zawodowym, jak i osobistych wyborach. Z tym także chce się uporać bohaterka a zarazem autorka książki.

Rok koguta w horoskopie chińskim przypadał na czas między 09.02.2005 - 28.01.2006 i właśnie do tego momentu w swoim życiu odnosi się Tereza Boučkova. Wiem, że kobietom nie powinno się wypominać wieku, ale „rok koguta 2006” poprzedzał 50. urodziny autorki, był to dla niej ważny moment, czas życiowego remanentu, uporządkowania swoich spraw i przygotowania się do kolejnego etapu życia. Ten remanent wiąże się z faktem, że Boučkova adaptowała dwójkę romskich dzieci, Patrika i Lukasa. Patrik w 2006 roku osiąga pełnoletność, Lukas kończy 17 lat. Przybrani Rodzice, Tereza i Marek, stają wobec faktów i dylematów, które nie są dla nich łatwe. Patrik i Lukas na tym etapie swego życia, w momencie wejścia w dorosłość, są zlepkiem najgorszych stereotypów na temat cyganów – kradzież, narkotyki, niechciana ciąża stają się dla dwójki rodziców, którzy mieli dobre intencje i chcieli wyjść poza społeczny wizerunek społeczności romskiej, źródłem bólu, ale także dramatycznych wyborów moralnych.

Wydziedziczenie, skierowanie do ośrodka wychowawczego, procesy w sądzie rodzinnym i finansowa odpowiedzialność za czyny podopiecznych – oto z czego składa się życie codzienne Terezy Boučkovej w roku 2006. Autorka w tych opisach jest szczera do bólu. „Rok koguta” w aspekcie romskim nie ma nic wspólnego z poprawnością polityczną. Ukazane są tutaj realne problemy, które przerastają człowieka. Dominuje tutaj nastrój beznadziei i niemożności, uświadomienie, że dobra wola może prowadzić na manowce, że tak naprawdę nic nie da się tutaj zrobić dobrze, bo wszystkie możliwości zostały wyczerpane, a pozostają sądy i strach.

Boučkova pisze o ostracyzmie, z jakim spotkała się ze strony „wszystkich dobrych rodaków” (aluzja do tytułu znanego filmu czechosłowackiej Nowej Fali w reżyserii Vojtěcha Jasný'ego, o którym autorka nieprzypadkowo wspomina także w „Roku koguta”), gdy została niemalże oskarżona o rasizm, gdy odważyła się szczerze opowiedzieć o swoich uczuciach. Jakże jest nam to bliskie! Książka powstawała ponad dziesięć lat temu. Co będzie dziś, gdy polityczna poprawność staje się moralnym i jedynym argumentem w sporach, dotyczących procesów geopolitycznych w Europie.

„Rok koguta” to także autotematyczna opowieść o twórczości, która czerpie z „8 i pół” Felliniego. Rozterki scenarzystki są przeplatane refleksjami na temat literatury i roli sztuki w ogóle. Jest to także dzieło o tworzeniu i powstawaniu dzieła, o tym, co wpływa na twórcę i jak wyglądają jego interakcje ze światem, że proces twórczy to nie uniesienia i natchnienie, ale że odbywa się w konkretnej, często trudnej rzeczywistości. I zostaje tu podważony mit twórcy-demiurga. To bardziej wygląda tak, że to życie pisze ten scenariusz a nie sama autorka, że nawet twórca jest uwieszony na niewidzialnych niciach, które determinują jego samego, że twórczość jest wypadkową tak wielu elementów, na które nie ma się wpływu.

Tak, „Rok koguta” jest książką aktualną, bo szczerość jest zawsze aktualna. Pozostaje jedynie pytanie, czy jesteśmy w stanie z taką dawką szczerości się uporać w świecie gotowych recept, w świecie, gdy zawsze to ci „inni” decydują o tym, co masz myśleć i robić. Za tę „końską dawkę” literackiej prawdy składam podziękowania „Aferze” - wydawnictwu od spraw czeskich i tłumaczce, Oldze Czernikow. „Rok koguta” na pewno nie jest książką pisaną pod tezę, a takich książek bardzo mi dziś brakuje w Polsce. Oby więcej takich dzieł było asumptem do dyskusji, która wyjdzie poza polityczne uwarunkowania, a będzie realnym dialogiem o realnych problemach. Wydaje mi się, że tego, my, Polacy, będziemy musieli się jeszcze długo uczyć. Czesi, jak widać, lekcje szczerości mają już dobrze odrobione.

środa, 30 sierpnia 2017

Recenzja zbioru opowiadań grozy "Iron Tales" - wyd. Gmork

W hołdzie Eddy'emu!

                                                                oficjalna recenzja LC

 

Kto choć trochę zna heavy-metalowy zespół Iron Maiden, zna na pewno postać Eddy'ego, stwora szczerzącego złowrogie kły z okładek albumów angielskiego zespołu. Eddy to postać z horroru, postać, która ma straszyć, ale jednocześnie jest tego horroru karykaturą. Prześmiewcza, karnawałowa maska symbolizuje dystans do tego wszystkiego, czego się boimy, a nade wszystko do śmierci. Ostatnio postać Eddy'ego zagościła na okładce książki „Iron Tales” - zbioru opowiadań polskich autorów, którzy zainspirowali się poszczególnymi utworami Iron Maiden.

Tak jak Maideni inspirowali się po wielekroć historią, kinem i literaturą, tak dziś pisarze mogą inspirować się ich utworami. Są to inspiracje wielorakie i nie tylko w duchu horroru. Mamy tutaj historie rodem ze stylistyki fantasy („Biegiem, ku wzgórzom!” Kacpra Kotulaka), sf („Oczy obcego” Adama Fronia), tragedią legendarnego sterowca w „Imperium chmur” czy autentyczną tragedią Robina Williamsa, do którego odwołuje się za piosenką „Tears of the Clown” Łukasz Radecki w swoim opowiadaniu „Łzy klauna”.

Jest w tym zbiorze 15. opowiadań oczywiście przewaga typowych horrorowych opowieści, do których kluczem w kilku wypadkach jest postać Eddy'ego. W moim subiektywnym odczuciu najlepsze z nich to te, które traktują grozę prześmiewczo i z dystansem a na plan pierwszy wysuwa się dla mnie opowiadanie „Reinkarnacja Benjamina Brega”, gdzie Kacprowi Kotulakowi udało się oddać sarkastyczny ton narracji Bruce'a Dickinsona, wokalisty „Żelaznej damy”, który znamy choćby z jego prozatorskiej próby czyli „Przygód lorda Ślizgacza”.

Trochę męczył i rozczarowywał ten brak dystansu w wielu tekstach zebranych w tomie, a momentami humor nie był najwyższych lotów. Tak jakby postać Eddy'ego nie chciała zza światów patronować temu dziełu. Trochę szkoda, bo sam pomysł wydawał się całkiem dobry, biorąc pod uwagę rzesze fanów angielskiego zespołu i tłumy, wypełniające szczelnie stadiony podczas koncertów w Polsce. Eddy zawsze toczy tam prześmiewczą walkę z muzykami Iron Maiden. Są to chwile, na które czekają fani zespołu podczas koncertów i moje oczekiwania wobec tego zbioru były podobne.

Na szczęście utwory Iron Maiden idą w setki i ten krótki zbiór nie wyczerpuje źródła inspiracji. Być może czekają na nas kolejne części „Iron Tales” w wydawnictwie „GMROK”? Na pewno fani czekają na dalsze opowiadania, ale dobrze byłoby, aby literacka składanka na cześć Iron Maiden zawierała oprócz mroku większą dawkę dystansu.

sobota, 26 sierpnia 2017

Recenzja horroru "Grzesznik" Artura Urbanowicza - wyd. Gmork

Przeczytaj i nie grzesz więcej!

oficjalna recenzja LC
Autor recenzji:
Tytuł książki: Grzesznik
Autor książki: Artur Urbanowicz
8,38 (52 ocen i 37 opinii)

Opętanie to motyw znany, lubiany, jednak mocno wyeksploatowany. Dlatego bardzo mnie cieszy, że młodemu autorowi, jakim jest Artur Urbanowicz, udało się w „Grzeszniku”, powieści wydanej przez GMORK, specjalistów od horroru, wyjść poza utarte klisze i schematy gatunkowe. I nie chodzi tu jedynie o „podwójną moc hybrydy”, czyli połączenie sensacji i literatury grozy. Taka mikstura także nie jest niczym nowym, żeby wspomnieć chociażby słynny film „Harry Angel”. Zresztą przykłady można mnożyć, gdyż gangsterskie porachunki często w tekstach kultury są ukazane jako inspiracja samego Pana Diabła.

 Jednak Urbanowicz prowadzi literacką grę nie tylko ze schematami gatunkowymi. Autor „Grzesznika” prowadzi także grę z czytelnikiem i jest to niebezpieczna gra, od której w czasie lektury cierpnie skóra. Mało tego - „Grzesznik” zmusza do rachunku sumienia.
Marek Suchocki, roboczy pseudonim „Suchy”, jest szefem gangu, który trzęsie Suwałkami. Pewnego dnia dowiaduje się, że z więzienia wyszedł jego wróg, gangster Samiel, który przeszedł przeobrażenie. Nie wiadomo do końca kim jest i czego chce, ale roztacza wokół siebie złowrogą aurę. Po wypadku, któremu ulega „Suchy” w wyniku gangsterskich porachunków, zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Potrzebna może się okazać pomoc egzorcysty, tylko czy taki „grzesznik” może ją uzyskać?

Nieprzypadkowo na okładce „Grzesznika” cytowany jest najbardziej znany egzorcysta, nieżyjący już Gabriel Amorth. To on sporządził klasyfikację pięciu stopni nękania człowieka przez złego ducha – kuszenie, dręczenie, obsesje, nawiedzenie i opętanie. „Suchy” musi zmierzyć się nie tylko z gangsterskimi porachunkami. O wiele groźniejszy staje się dla niego przeciwnik, którego nosi w sobie, ale którego istnienia do pewnego momentu nawet sobie nie uświadamia. Urbanowicz przekonuje w „Grzeszniku”, że nasz największy wróg czai się w nas samych, przekonuje nad wyraz skutecznie, a duch Gabriela Amortha unosi się nad tą mroczną historią i chciałbym, żeby ten patronat uznać za komplement.

„Grzesznik” to horror i kryminał metafizyczny w jednym. Gatunkowe konotacje są jedynie przykrywką dla głębszych warstw tekstu, które odnoszą się do zagadnień z dziedziny psychologii, manipulacji i socjotechniki. Urbanowicz, prowadząc swoją grę z czytelnikiem, cały czas mruga okiem, by za chwilę przybrać ton całkiem serio, tak że czytelnik może poczuć się notorycznie wkręcany. I o to właśnie chodzi! Na tym polega siła tej książki, która przez swoje cudzysłowy i ironię, staje się źródłem pytania o to, czym jest prawda. A także o to , czym jest zło w naszym życiu.

Jakże często czujemy się w szponach manipulacji, wynikającej z wychowania, kulturowych, politycznych (to w Polsce ostatnio bardzo aktualne niestety) czy zawodowych ograniczeń. Cały czas musimy się dostosowywać, grać, udawać kogoś innego niż jesteśmy. Wydaje nam się, że to my manipulujemy, a to my sami tkwimy po uszy w świecie stworzonych zależności. „Piekło to inni” powiedział Sartre, ale to tylko część prawdy, bo to w dużej mierze my sami pozwalamy sobą manipulować, pozwalamy się rozgrywać, godząc się czy tłumacząc sobie nasze codzienne podłostki. I możemy nie zauważyć, gdy przekroczymy granicę, zza której sami nie będziemy w stanie powrócić.

„Grzesznik” jest książką mocną, mocną wewnętrzną prawdą o człowieku, który staje twarzą w twarz ze swoim egoizmem i musi z niego zdać sobie sprawę. Najgorszy demon tej książki to właśnie zamknięcie w świecie własnych pragnień, które stają się celem samym w sobie. To właśnie gra z tym demonem jest istotną treścią powieści. Artur Urbanowicz ma dopiero 27 lat i jest to już druga książka w jego dorobku, książka inteligentna i przewrotna. Ale także książka po coś, książka, po której przeczytaniu czytelnik może poczuć się niepewnie, może poczuć się oszukany, wkręcony, ale przecież to tylko literatura, fikcja, poligon doświadczalny co najwyżej, więc może czas na wnioski, może czas na zmianę? Nie jest to oczywista dydaktyka, jakiś moralitet z wyłożoną kawa na ławę tezą ale przewrotna gra, o której wyniku możemy jednak zdecydować sami. A poza tym to świetnie napisana książka, którą się „połyka” i która mimo swych prawie pięciuset stron pozostawia uczucie niedosytu.

środa, 23 sierpnia 2017

Recenzja książki Rafała Ziemkiewicza "Złowrogi cień Marszałka" wyd. Fabryka Słów

Polecam poczytać Ziemkiewicza

                                                                  oficjalna recenzja LC

 Autor recenzji:

Tytuł książki: Złowrogi cień Marszałka
                                            
Dziennikarz, publicysta, pisarz – autor prozy sf, człowiek kontrowersyjny, bo mówi o wolności, ale nie o wolności w kontekście politycznej poprawności, czyli tego, co mówić wypada, ostatnio znów obecny w mediach głównego nurtu. Sam siebie określa mianem „nowoczesnego endeka”. O inwektywach płynących w stronę tego pisarza nie będę wspominał, bo nie starczyłoby miejsca. Tym razem Ziemkiewicz w swoich esejach mierzy się z ważnym mitem niepodległościowym, jakim obrosła przez ponad sto lat postać marszałka Piłsudskiego.

Zdawałoby się, że autor „Michnikowszczyzny” winien paść przed postacią „Dziadka” na kolana i bić pokłony. Nic bardziej mylnego. Ziemkiewicz nie oszczędza bohatera swojej książki. Analizuje jego karierę i decyzje w kontekście historyczno-politycznym i wskazuje na słabości ale także pozytywy działalności Piłsudskiego. Właśnie taki dualizm jest charakterystyczny dla tego, co pisze o polskiej historii – wcale nie jest jednoznaczny, nie jest na „nie” ani na „tak”. W czasach, gdy opinie są tak bardzo spolaryzowane, wszystko jawi się w kolorach czarno-białych, tak trudno odnaleźć jest krytyczne, racjonale spojrzenie. Dlatego warto poczytać Ziemkiewicza.

Tak. Ziemkiewicz romantyzmowi Piłsudskiego przeciwstawia racjonalizm i organicyzm Dmowskiego. Jakże inny obraz tej postaci, twórcy endecji prezentuje Ziemkiewicz wobec tego, co poznałem jeszcze w komunistycznej szkole, gdzie Dmowski był wcieleniem faszystowskiego diabła. Dziś widzimy go na hasłach narodowej młodzieży, którzy przybrali go na swego patrona wraz z całym stereotypem polskiego nacjonalisty. Z książki Ziemkiewicza dopiero zrozumiałem jak bardzo złożona jest to postać. Złożona i zmanipulowana przez historię. Dmowski w „Złowrogim cieniu marszałka” jest spadkobiercą polskiego pozytywizmu, tradycji bardziej Prusa niż Sienkiewicza. Czy takie widzenie postaci Romana Dmowskiego jest bliskie członkom ONR-u? Śmiem wątpić i dlatego polecam poczytać Ziemkiewicza.

Ten literacki kontekst staje się ważny, gdy zrozumiemy, że w literatura XIX-wieczna dzierżyła faktyczny rząd dusz w czasach, gdy nie było innych mediów. Dziś wygrywa ten, kto ma internet, w XX-tym wieku zwyciężali ci, którzy posiadali telewizję, w XIX-tym wieku o wyborach ludzi decydowała literatura. Ziemkiewicz określa Piłsudskiego mianem spadkobiercy tradycji romantycznej i Sienkiewicza z jego heroicznymi bohaterami wzorowanymi na Konradach i Kordianach, ludziach niejednoznacznych moralnie ale zawsze z priorytetem Polski w duszy. Na drugim biegunie umieszcza Dmowskiego i Prusa z ich zdrowym rozsądkiem i pracą dla Polski.

Z tych wzorców literackich wynikają dla Ziemkiewicza poważne konsekwencje – konsekwencje o polityce „dyktatury moralnej', którą przyjął Piłsudski jako podstawowy element swego działania. Dla Polski należy poświęcić wszystko, bez względu na konsekwencje, bez oglądania się na zdrowy rozsądek. Tworzenie mitu Piłsudskiego działo się w oparciu o ten „moralny dyktat”, który ukazywał go jako wzorzec postawy gotowej poświęcić wszystko dla ojczyzny – poświęcić także praworządność i demokrację, gdy wymaga tego dobro ojczyzny. Ziemkiewicz idzie dalej i ukazuje jak wzorzec polityki „dyktatury moralnej” wpłynął na przyszłość Polski – tych, którzy walczyli o Polskę w czasie II wojny światowej, jak odwoływano się do tych mitów w czasach komunistycznych dla obrony tak zwanych wyższych racji, a także po 89 roku, gdy każda z opcji politycznych podpierała się przekonaniem o wyższości własnej, romantycznej racji nad zdrowym rozsądkiem. Dziś widać, że z takiej postawy wynikało zawsze więcej złego niż dobrego dla Polski. Ale i dziś powracają słowa o „dyktacie moralnym”, który ma usprawiedliwiać każde chamstwo.

Ziemkiewicz jasno stawia sprawę – nie można przypisywać sobie monopolu na Polskę i wskazuje na to zjawisko jako źródło wojny polsko-polskiej. Tylko wyzwolenie z obsesji stereotypów, rzeczowy dialog może zasypać przepaść między zwaśnionymi kastami, które po równi pochyłej staczają się w otchłań fanatyzmu i wzajemnej nienawiści. Dlatego zachęcam do przedyskutowania z samym sobą tez postawionych przez autora „Złowrogiego cienia marszałka”. Może znajdzie się ktoś, kto chciałby podjąć się publicznej dyskusji z Panem Rafałem? Pamiętam taką rozmowę ze Sławomirem Sierakowskim w telewizji, była to jedna z lepszych rzeczy na temat Polski, jaką miałem okazję kiedykolwiek widzieć. Ale czy dziś jest taki dialog w ogóle możliwy? Marzy mi się taka książka „Ziemkiewicz kontra Sierakowski” - to byłaby prawdziwa Polska, nie ta pozamykana w dobrowolnych gettach. I wiem, że Ziemkiewicz gotów jest taki bój stoczyć. Bój w otwartym polu, a nie poprzez mur strachu i wzajemnej nienawiści. Dlatego polecam poczytać Ziemkiewicza.

sobota, 12 sierpnia 2017

Nowohoryzontowe reminiscencje day by day

Moje nowehoryzonty 2017

1 Otwarcie A Ghost Story kino z Sundance, jak ktoś lubi, na plus duchy

2 Nocturama Bardzo dobre. Terroryzm w oparach absurdu. Tworzą go nie fanatycy tylko anarchiści, którym na niczym nie zależy. Znudzeni wygodnym życiem bogaci mieszkańcy Zachodu stracili poczucie sensu. Będą walić we wszystko co się rusza - przypomniały się niedawne obrazki z Dortmundu, a sam film miał premierę przed zamachem w Nicei, gdzie zginęły dwie Polki. No bo skoro nic nie ma sensu to dlaczego nie terroryzm. Dla mnie film o pułapkach nihilizmu. Myślę, że tegoroczny festiwal będzie przebiegał pod hasłem poczucia totalnej alienacji i absurdu - niby nic nowego, ale próba nadania ważności absurdowi egzystencji jest charakterystyczna dla kilku już obejrzanych filmów.

NIEMIŁOŚĆ zaczyna się to jak komedia małżeńska, jakaś antykomedia romantyczna, by zmienić się z czasem w potworny dramat, który swój epilog znajduje w obojętności dwojga głównych bohaterów. Znów jakiś dojmujący nihilizm, szukanie ucieczki od pustki, popadanie w egoizm, które niszczy wszystko dookoła. Niby szczerość, okazująca się grą pozorów. Zwiagincew może nie level "Lewiatan", ale bardzo dobry. Wszystko to przeplatane absurdami rosyjskiej codzienności.

HAPPY END Takiej autoironii, takiej szydery z własnej twórczości nie spodziewał się chyba nikt. Jest to autoironiczne oskarżenie sztuki, która stara się zabierac głos, ukazywać problemy ale tak naprawdę nie jest w stanie zrobić nic naprawdę. znów nihilizm na poziomie, do którego przyzwyczaił nas Haneke. Śmiech przez łzy. Niemożność i wypełnianie pustki, trud Syzyfa - jedyne co nam pozostało.

TWÓJ VINCENT Film dobry - do szkół, najlepiej nowych podstawówek, ożywione obrazy van Gogha, strona wizualna ok, ale wszystko zabija jakaś sensacyjna fabuła, infantylne śledztwo w sprawie śmierci van Gogha. Więc lepiej wyłączyć dźwięk i oglądać same animacje.

SŁUŻĄCA Bardzo ładny film, zaległość z zeszłego sezonu. Generalnie mimo urody nie moja bajka. Jak sobie pomyślę, że ta konfekcja wygrała Filmastery z Synem Szawła...


nowe i horyzontowe cz 2

NOTHINGWOOD coś wesołego i pozytywnego i to z Afganistanu, gdzie lajtowo nie jest ale jest koleś , który stworzył z "niczego" - stąd tytuł filmu - wytwórnię filmów na wzór Hollywood czy Bollywood. Pozytywnie zakręceni i nakręceni mimo zamachów i trupów na ulicach. Cichym bohaterem tego filmu jest reżyserka, Francuzka, która niesie tym ludziom pomoc i pozwala nam odkryć promyki normalności w tym nienormalnym świecie. No i jest mega śmiesznie!

ZIMA No tutaj nie ma że boli, porządne, dopracowane w detalach slow movie z Argentyny. Męskie kino w scenerii chyba pampy, w każdym razie są góry i owce, dużo owiec i jest strzyżenie owiec. I jest konflikt dwóch samców alfa, młodego i starego, ale w świecie bez prawdziwych wartości wartosci przegrywają. Czyli temat przewodni cały czas aktualny

WSZYSTKIE MIASTA PÓŁNOCY dwóch gości, jeden młody, drugi starszy, mieszkają w wybudowanej w latach 70 czarnogórskiej miejscowości Lagos, której celem były nowoczesne jak na rzeczywistość socjalistycznej Jugosławii targi, ale dziś jest to betonowa pustynia. Jest tak jak w "filmie o chodzeniu po lesie zimą" - chodzą, chodzą, palą w domach ogniska, mają namiot z brezentu, który też jest rozbity w jednym z domów, Podobały mi się sceny szczekania psów po nocy, bo to jak w Gnaszynie. Jesli chodzi o potrzeby fizjologiczne to posikują na mur jak wyżej wymienione pieski. Jesli chodzi o "dwójkę" to nie wiadomo. nie mówią za dużo, tylko trochę o historii i bajki o braciach i wróżce. No i jeszcze kąpią się po nocy, więc są czyści, nie tak jak klasyczni homeless. Dobre kino.

MANIFESTO Kate Blanchet wciela się 13 współczesnych postaci, wyglaszających słynne manifesty artystyczne. Znów film o wyczerpaniu idei, gdzie brakuje punktu oparcia, gdzie wszystko jest labilne i niepewne, a pewność z jaką autorzy wygłaszali swe recepty na świat dziś może jedynie śmieszyć. I taki jest ten genialnie i humorystycznie zagrany przez Blanchet popis. Popis jednak oparty na dość prostym pomyśle. Ale ładne.

FABRYKA NICZEGO Mój faworyt. Epicki, 3-godzinny fresk o śmierci słów kapitalizm, socjalizm. Po raz kolejny film , który mierzy się z tematem wyczerpania i denominacji sensów wokół których toczylismy wojny do tej pory. Wyzysk istniał póki praca miała swoją wartość, dziś stajemy w obliczu bezwartościowości ludzkiej pracy. Portugalczyk sięga po szeroki wachlarz środków formalnych i coraz potrafi zaskakiwać widza w filmie, który jednak jest głęboko zakorzeniony w kinie społecznym ale znajdziemy tutaj elementy komedii i musicalu. Trzeba zwrócić jeszcze uwagę, że jest to kino autotematyczne, film o filmie, ale Pinho ani na moment nie przestaje poważnie traktować swoich bohaterów i ta bliskość sprawy .spaja film w monolit. Bardzo pozytywnie i oryginalnie.


nowo acz horyzontowo 3

PO TAMTEJ STRONIE Niedziela zaczęła się trochę smutno, ale bardziej wesoło, bo to najśmieszniejszy film Fina od czasów "Leningrand Cowboys". Jak to u Kaurismakiego jest nostalgia, jest oldskul, jest klasyczny rock w jego różnych odmianach w przerwach. Jest to w dużej mierze historia uchodźcy z Aleppo, więc jest to aktualne. W zestawie indywidualistów, trochę dziwaków znalazło się miejsce dla arabskiego uciekiniera, który sam nie umie określić, co wyznaje. Bardzo typowe, czyż nie? Przecież na świecie nie ma radykałów.
CHOMIKI nowohoryzontowicz tańczy, lubię mockumenty ale ten nie,mocku- video-art, odnoszący się do legendy na temat sredniowiecznej plagi Św. Wita, że w poczuciu beznadziei ludzie zaczynali szaleńczo tańczyć. W dobie terroryzmu plaga tańca powraca, choć z tańcem to ona nie ma wiele wspólnego - jakieś drgawki. Do tego seny "tanca" przeplatane są performancem, gdzie ktoś sobie zaszywa usta - z detalami, choć czarno-biało. Do tego staruszek, który snuje teorię marności w oparciu o Koheleta. Bardzo dziwne i bardzo daleko od ok. A o chomikach mało co - trochę tylko pogawędziły i tyle.

WESTERN męski świat. Z reguły to jest tak , że to Bułgarzy jeżdżą do cywilizowanych Niemiec . A może tak było? Bo tutaj cywilizowani Niemcy przyjeżdżają na bułgarską prowincję i to tak przyjeżdżają jakby szukali przygód, szukali westernu, choć to przecie eastern. Ale wszystko tak samo jak w westernie to gra, popisy męskie, sprawdziany męskości. No i są konie. Jak w prawdziwym westernie.

LUDZKA FALA wychodzi od tematu męskiej prostytucji, by podążać za chłopakami z odległych dla nas zakątków globu i śledzić ich, kim są naprawdę, jak żyją, jakie są ich emocje i relacje. Surowość kamery z telefonu komórkowego powoduje w tym wypadku wrażenie autentyczności, a przede wszystkim transowości.
SEXY DURGA indyjskie kino drogi zawodzi na bezdroża, tu nie ma miejsca na zdrowy rozsądek, gps-y, nie ma miejsca nawet na papierowe mapy. Są za to czary-zmory i mity. No i jest heavy metal po indyjsku i to były dla mnie jedyne dobre momenty w tym filmie Po prostu goście, którzy lubią sobie powisieć na hakach nie wzbudzają mojego zaufania


nowe hryzantemy 4

NIESAMOWITE ALE PRAWDZIWE Mroczny czyli meksykański romans z wysypiska śmieci. Trudne kino społeczne z promykiem nadziei. To historia miłosna, która opowiada o tym drugim Meksyku, brutalnym Meksyku ze śmietniska. Przypomniałem sobie dokument "Wysypisko" i zrzumiałem, że pokazywanie takiego miejsca jako atrakcyjnego dla artystycznych eksperymentów to oszustwo. Lipkes też chciał zrobić dokument, ale poznając dramat ludzi, którzy wśród śmieci znajdują np ludzkie zwłoki, odszedł od tego i stworzył mroczną, pełną bólu fabułę o pragnieniu miłości ludzi ze śmietnika historii. Kwestią otwartą pozostaje, czy uda im się stamtąd uciec?

PHOTON Jared Leto opowiada historię świata, wizualizując drobne elementy, od których się zaczęło Bozon Higgsa, fotony, kwarki, w sumie atomy to już jest mega skomplikowany poziom. Ciekawe i pouczające. Dla mnie ciekawsze niż pseudonaukowe popisy Hawkinga na Discovery Ważne, że Leto i naukowcy nie rozstrzygają o istnieniu czy nieistnieniu Boga i mówią o tym, co już wiedzą

Wszystko INNE powiem szczerze, nie spodziewałem się, że jakiś film mnie zamęczy. Widziałem wiele slow, ale ten to jest slooow Godzinę bym wytrzymał bez problemu, ale ostatnie 0.5 to była droga przez mąkę. To że życie pani Flor straciło sens to jedno, ale po takim seansie można stracić wiarę w kino. Na otarcie łez są sceny spod damskiego prysznica 60 + i 100+ kilo. Biurwy po menopauzie znam z autopsji i mam ich dość na codzień.
World is mine - coś tam słyszałem o fenomenie cosplay, że w Japonii istnieją takie wirtualne gwiazdy i że to w ogóle jest przyszłość - związki z robotami. Tłumy na koncercie , gdzie wyświetlają jakiś film 3D robią wrażenie. Ann Oren przebiera się za jedną z takich gwiazd - Hatsune Miku, by przeniknąć w ten świat i go zrozumieć. I to jest fajne, a momentami zabawne. Trochę mniej fajne jest to , że jest to film skromny, bo aż prosiło się o wizualne przenikanie światów cyberprzestrzeni i realności. Tego mi brakło.
KUSO to lubię, oblech na wariackich papierach, takich wariactw szukam, film sam w sobie jest kolażem obrazow i scen z jakiegoś chorego swiata, dla mnie to świat postapo, jakiś popromienny wybryk, który odchodzi w nonsens, a im bardziej jest porąbany tym lepiej, albo gorzej, najgorzej, czyli najlepiej. Szczegółów oszczędzę. Znów wyczerpanie, dno kloaki, dół g. rozpad. Sceny takie jak ruchanie gówna są tutaj na porządku nocnym, bo to nocne szaleństwo.



mój nowohryzostomowy karuzel 5

CZŁOWIEK Z LONDYNU Tarr interpretuje Simenona w duchu kina noir, nie tracąc nic ze swojego charakterystycznego stylu. Przepiękne , sterylne kadry tworzą dojmujące poczucie wewnętrznej pustki tego świata. Jeden z tych filmów, na które przyjechałem.
PODRÓŻ PO NIZINIE WĘGIERSKIEJ Tarr przenosi na ekran poezję Sandora Petofiego i tworzy piękny, choć smutny obraz swojej ojczyzny, która jest ukazana przez pryzmat pól, piaszczystych drug, obskurnych barów i odrapanych murów. Skąd my to znamy? A jednak wybrzmiewa w tym krótkim filmie piękna nuta patriotyzmu. Lengyel Magyar ket yo barat.
SZRON Bartas ukazuje konflikt na Ukrainie z perspektywy dwójki młodych ludzi, którzy jadą tam jako wolontariusze. Jest to także swoisty test ich uczucia. Z jednej strony konflikt jest ukazany z perspektywy "widzów" dziennikarzy i ludzi , którzy lubią być w środku wydarzeń, ale jednak z dystansu. Jest to dla nich swoisty sport ekstremalny i nieraz fajna zabawa, gdzie jest miejsce na romanse, bo cień wojny na wszystkich działa jak afrodyzjak. Z drugiej strony jest prawdziwa wojna, męska sprawa, z góry przegrana, o której nie mamy pojęcia, bo nasze wyobrażenia nie są w stanie unieść potworności wojny. Walczący żołnierze są ukazani jak straceńcy, którzy wierzą , że muszą stać na posterunku i dotykać śmierć póki sami nie zginą Jest to chyba pierwszy tak dobry film, opisujący, czym jest wojna hybrydowa, jej "niewidzialność" i jej okrucieństwo. Andrzej Chyra znów bierze się za małolaty.

KALYI Hipnotyczne postapo, czerpiące z tradycji ekspresjonistycznej. Film wizyjny bez okreslonej fabuły, historia miłości po zagładzie. Czy miłość ocali świat? Wg Kelemena samo pragnienie jasności nie wystarczy, by wydobyć się z mroku, który symbolizuje upadek i śmierć. Przypomniały mi się gotyckie klimaty z Bolkowa.

Gdzie jest Rocky 2? Poszedłem dla Rocky'ego, a dostałem coś jak detektywistyczny mockument o poszukiwaniu sztucznego kamienia pośród tysięcy prawdziwych kamieni na pustyni Mojave, ale tak naprawdę świetną komedię o pisaniu scenariusza filmowego. Jest Rocky, jest mockumentary, jest film w filmie i jest do smiechu, więc bylo to, co lubię, choć czasami miałem wrażenie, że ekipa bawiła się lepiej niż publiczność na seansie. Jedna ważna rzecz - profesjonalny poziom realizacji robi różnicę w porównaniu do takich eksperymentów jak Chomiki czy World is mine, a ja lubię jak się widza serio traktuje nawet jeśli się go robi w konia.


nowechromosomy 6

 OGARY MIŁOŚCI taki horror, że od samego początku chwyta cię za gardło i nie puszcza do samego końca, nie dlatego że pokazuje parę sadystów uprowadzających i mordujących młode dziewczeta, nie dlatego że są tutaj litry krwi, bo prawie nie widać przemocy, ale dlatego, że te obrazy pokazują wszystkie chore emocje, które towarzyszą zbrodni.

STRASZYDŁA Czysta radość tworzenia jest wyssana w tym filmie z emocji i entuzjazmu ludzi tworzących park grozy w dawnym zakładzie psychiatrycznym. Ci ludzie to także "freaks", którzy w tej pracy odreagowują nagromadzone przeżycia. Jest śmiesznie, jest radośnie, jest ok.

FANTASTYCZNA KOBIETA Ładne, ładne. Cieszę się, że obejrzałem i mam za sobą. Z ducha Almodovara.

Zmierzch FREDA KELEMENA po prostu przepiękny i dekadencki. Nocny świat wyrzutków i obskurnych knajp jest tłem . dla przepięknej historii miłosnej, która dzieje wśród umierającego świata. Wszystko tonie w sepii i półcieniach. Powolne, subtelne ale mroczne kino. Mój film tej edycji. To już wiem.

REQUIEM DLA PANI J. Sześćdziesiona, która umiera, sześćdziesiona, która się budzi. Pokazać by ten film tej reżyserce od "Wszystko inne". Jest w tym filmie Mitteleuropa i jej melancholia, jest i smutno i śmieszno, jest znany nam krajobraz post-demoludowy, a wszystko bardzo spokojnie opowiedziane i z odpowiednio dawkowanym humorem. O poszukiwaniu siebie we mgle absurdu.


nowiichromobrązowi 7

20th CENTURY WOMAN bardzo przyjemna i często śmieszna komedia o dorastaniu i przemijaniu w ogóle. Bardzo subtelny, można rzec kobiecy, chociaz głównym bohaterem jest nastolatek. Mike Mills , reżyser "Debiutantów", powraca do roku 1979 jako do końca pewnej epoki, którą kojarzy ze szczęśliwym dzieciństwem, końcem ery punk rocka i końcem prezydentury Cartera. Świat ukazany przez Millsa, mimo że momentami boli, wydaje się być niewinny, dziewiczy. Wiąże się to także z przeżyciami głównego bohatera i jego inicjacją. Żeńska część obsady "American Beauty" nie zawodzi dużych oczekiwań.

W UŁAMKU SEKUNDY Porządna sensacja i porządny dramat sądowy z porządną tezą, że źródłem europejskiego terroryzmu są biali faszyści. Profesjonalna robota 100%

MENASHE Kameralny film, ukazujący społeczność ortodoksyjnych Żydów mieszkających na Brooklynnie. Jest to pierwszy taki film od czasów II wojny światowej, w całości w języku jidisz. Obyczajowa komedia ukazuje tytułowego Menashe, który boryka się z problemami z samotnym wychowaniem syna po śmierci żony, choć i tak ma dużo kłopotów sam ze sobą . Trochę taka rola jak Hoffmana w Sprawie Kramerów. Rzeczywistość tego świata jakby się zatrzymała kilkadziesiąt lat wstecz, ludzie ci starają się żyć z dala od rewolucji informatycznej i ich problemy z tej spokojnej perspektywy, z dala od współczesnej gonitwy, wyglądają zupełnie inaczej. Ciekawe, inne kino.

1945 Sa filmy wazne artystycznie, są filmy ważne politycznie, są filmy ważne społecznie itd. 1945, film o tych którzy wracają, jest ważny ze wszystkich tych powodów. NAJWAŻNIEJSZY FILM FESTIWALU i kolejny głos w dyskusji o holocauście. I kolejny dowód na doskonałą kondycję kina węgierskiego. Lengyel Magyar ket yo barat. Wspólny los.

APART CLAIRE dobry film na pożegnanie, bo mi nie żal , takie pogadane z Isabele Huppert