Dom (zly)

Dom (zly)

piątek, 28 lipca 2017

Recenzja książki "Katedra" Jorisa-Karla Huysmansa -wyd. Instytut Globalizacji

Powieść- modlitwa

Autor recenzji:
Tytuł książki: Katedra
Autor książki: Joris-Karl Huysmans
                                                                     oficjalna recenzja
Przypomnieliśmy sobie o nim dzięki wybitnej powieści Michela Houllebecqa „Uległość”. Jej bohater, Francois, jest specjalistą od twórczości Jorisa-Karla Huysmansa, dziewiętnastowiecznego pisarza, który był typowym dekadentem, człowiekiem doświadczającym bezsensu istnienia i oddawania się rozpustnemu życiu, co miało wypełnić dogłębne uczucie duchowej pustki. Huysmans opisywał te doświadczenia w swoich wcześniejszych dziełach takich jak „biblia dekadentyzmu” - „Na wspak”, która zyskała wśród współczesnych miano „sodomicznej”. W swojej kolejnej książce - „La Bas” 1895 – opisywał zjawisko satanizmu i kto wie, czy ten fakt nie miał wpływu na jego konwersję? Już cztery lata później wychodzi „W drodze” - pierwszy tom trylogii, będący świadectwem poszukiwania Boga i nawrócenia. Książka ta była była wydana w 1960 roku przez wydawnictwo PAX. Dziś, po ponad pół wieku, możemy dzięki Instytutowi Globalizacji zapoznać się z drugim tomem cyklu – powieścią „Katedra”.

Główny bohater, Durtal, przybywa do katedry w Chartres, by w skupieniu rozmyślać nad swoim życiem. Namówiony przez swoich przewodników duchowych, pod pretekstem artykułów poświęconych sztuce sakralnej, musi zmierzyć się z najważniejszą w swoim życiu decyzją, dotyczącą całkowitego poświęcenia swojego życia Bogu jako oblat – świecki mnich. Ostatnia część trylogii Huysmansa nosi właśnie tytuł „Oblat”. Takie też były koleje samego Jorisa-Karla Huysmansa, dlatego śmiało mogę założyć, że powieść „Katedra” ma charakter autobiograficzny.

A jest to autobiografia wewnętrzna, wręcz duchowa. W scenerii katedry w Chartres, która jest mostem łączącym dwa potężne style sztuki średniowiecza – romański i gotycki – widzimy zmagania człowieka, który porzucił dawne życie, ale jeszcze nie przestąpił progu życia nowego. Opisy i analizy piękna sztuki sakralnej, motywów i symboli, z których jest utkana opowieść o zbawieniu zawarta w murach Chartres są pretekstem dla opisu wędrówki rozdwojonej duszy. To jest uniwersalny wymiar tej powieści – metafizyczne rozdwojenie między ciałem z jego skłonnością do racjonalizmu i duchowością, anielskim lotem ku Niebu. Żadna ze znanych mi książek nie oddała tego dylematu w tak głęboki sposób. Huysmansowi udało się to, bo opisał swe doświadczenie, gdy stał na samym progu wyboru, gdy dokonywał rozliczenia ze swym własnym życiem.

Katedra słów, którą buduje francuski autor nie powstałaby bez erudycji, bez olbrzymiej wiedzy na temat sztuki sakralnej w ogóle, a w szczególności na temat średniowiecza i stylów romańskiego i gotyckiego. „Katedra” jest w pewnym sensie przewodnikiem po tych zagadnieniach – rozmowy prowadzone na temat sztuki średniowiecza są kopalnią wiedzy na ten temat i jest to kolejny, bardziej praktyczny wymiar tej książki. Co więcej – wykład historii sztuki według Huysmansa jest napisany barwnym, acz prostym językiem, dzięki któremu jesteśmy w stanie wejść w gąszcz tajemniczych znaczeń i symboli. Nie jest to popis erudycji, aby czytelnika ogłuszyć, ale by go zauroczyć, zbliżyć do wielkości i absolutu, do sztuki, która chciała wyrazić niewyrażalne, która przenosiła wiernych w inny wymiar.

Ale w swej istocie "Katedra" to powieść-modlitwa, która toczy się w kontekście sztuki średniowiecza. Łącząca elementy architektury romańskiej i gotyckiej katedra w Chartres jest dla narratora pretekstem, by snuć rozważania na temat Boga nie tylko w sztuce, ale i w kulturze, w tym jak człowiek sam przestał odczuwać tę wielkość i piękno absolutu, by pozostać na płaszczyźnie pstrego kiczu i tandety. To także książka o tym jak człowiek nie może znieść tego, co naprawdę wielkie i wzniosłe, bo go to przerasta i przeraża zarazem. Ten powieściowy zamysł nie udałby się bez wielkiego języka i wspaniałego tłumaczenia Marcina Masnego. 

czwartek, 13 lipca 2017

Recenzja książki grozy "Nowy dom na Wyrębach" Stefana Dardy, wyd. Videograph

Demony polskiej prowincji powracają

                                                               oficjalna recenzja portalu

 

Autor recenzji:
Tytuł książki: Nowy dom na Wyrębach
Autor książki: Stefan Darda
6,68 (47 ocen i 16 opinii)

Gdybym miał na imię Stefan, też pisałbym horrory. Szczególnie w Polsce, kraju, gdzie jak ludzie coś czytają, to albo kryminały albo horrory, a szczególnym uwielbieniem cieszą się książki króla horroru Króla Stefana. Stephen King jest patronem mistrza polskiego horroru, Stefana Dardy. Darda – średniowieczna włócznia, była także symbolem przywództwa. Przywództwa na niwie polskiego horroru. Jego debiutem był „Dom na Wyrębach”, dziś otrzymujemy dalszy ciąg tej opowieści, której akcja dzieje się pod koniec XX-go wieku.

Z jednej strony jest w nas, Polakach, wyssane z mlekiem matki-Polki romantyczne zamiłowanie do horroru i świata nadprzyrodzonego z dziadami, strzygami, upiorami, wilkołakami. Z drugiej otacza nas kulturowa pustka w tym temacie. Polski film jeszcze w czasach PRL próbował przywrócić klimat słowiańskiego horroru. W filmach takich jak „Lokis”, „Dom Sary” czy „Wilczyca” widz był wiedziony na peryferie polskiej ziemi, na odległe cmentarze i w mrok polskich lasów, by straszyć demonami, które wracały z naszej przeszłości, z naszych prastarych wierzeń, jeszcze przedchrześcijańskich strachów. Nie były to próby udane. Oprócz telewizyjnych filmów z lat 60. i 70., zwanych dziś „zapomnianą polską grozą”, niewiele się w tym temacie działo. Jeszcze gorzej było z prozą, bo ostatnim uznanym pisarzem tego nurtu był, tworzący w XX-leciu Stefan Grabiński.

Wracając do przywódcy polskiego horroru – Stefana Dardy – trzeba przyznać, że jest pierwszym, który wypełnia lukę na polskiej mapie horroru. Oczywiście były próby, wydawnictwa, pisarze mniej lub bardziej znani, wywodzący się na ogół z kręgu fantastyki, ale dopiero Darda nadał tej prozie szlachetny kształt literacki i wymiar autentycznego dzieła literackiego, o którym warto rozmawiać. Pewnie bez tych wszystkich starań, a przede wszystkim bez fanów prozy Kinga, Mastertona czy Jamesa Herberta nie byłoby ani „Domu na Wyrębach” ani serii „Czarny Wygon”. Cofnijmy się zatem o 20 lat, gdy dzieje się akcja pierwszego tomu.
Jest lato roku 1996. Mija kilka miesięcy od dramatycznych wydarzeń, które miały miejsce w marcu. Hubert Kosmala, pracownik Uniwersytetu Lubelskiego, otrzymuje w spadku od Marka Leśniewskiego tajemniczy dom na Wyrębach, miejsce, gdzie rozegrała się tragedia związana z klątwą, która dotyka jednego po drugim bohaterów powieści. Strzyga, która jest duchem porzuconej, żądnej zemsty dziewczyny, nie daje spokoju kolejnemu lokatorowi. Hubert Kosmala próbuje na własną rękę rozwiązać tajemnicę śmierci swojego przyjaciela, Marka.

Przysiółek Wyręby leży niedaleko Włodawy, pięknie położonego miasta na Lubelszczyźnie, które niegdyś wchodziło w skład Wielkiego Księstwa Litewskiego, stąd od razu przyszło mi do głowy skojarzenie z „Dziadami”, ze światem guseł i legend, które opisał Miłosz w „Dolinie Issy”. Ale te okolice to przecież dziś pogranicze polsko-ukraińsko-białoruskie, to leżący niedaleko obóz koncentracyjny w Sobiborze, gdzie zgładzono około 200 000 Żydów. Tereny te to także sąsiedztwo z okrytym czarną legendą Wołyniem, gdzie dokonało się ludobójstwo Polaków, które przedstawił w swoim filmie Wojciech Smarzowski. Te pełne historycznej grozy tereny stanowią tło dla powieści Dardy.

A jest to horror z Polski C. Z drobnymi pijaczkami, ludźmi, o których zapomniał świat. W tych odludnych miejscach przychodzą do bohaterów stare klątwy i wierzenia. Ciekawe spojrzenie socjologiczne Dardy na peryferyjną rzeczywistość Polski C, daje „Nowemu domowi na Wyrębach” rys autentyczności i przypomina o istnieniu tej części naszego kraju, gdzie żyją demony naszej historii.

Nie będę porównywał obu książek, zrobili to inni przede mną. Historia Huberta Kosmali, nowego lokatora domu na Wyrębach, jest konsekwentną drogą, którą podąża Stefan Darda, jak powiedziałem we wstępie „king” polskiego horroru.

sobota, 8 lipca 2017

Recenzja filmu "Ostatni w Aleppo" , dystrybucja Against Gravity

Widmo Apokalipsy

"my zazdrościliśmy
roślinom i kamieniom
zazdrościliśmy psom
chciałbym być szczurem
mówiłem wtedy do niej
chciałabym nie być
chciałabym zasnąć
i zbudzić się po wojnie
mówiła z zamkniętymi oczami"
"Zostawcie nas" Tadeusz Różewicz

Ten film poraża. Choć owo porażenie jest często wyświechtane, bo tyle zła na świecie i tyle drastycznych dokumentów, to w przypadku filmu Fayyada trudno znaleźć bardziej adekwatne określenie na to, co oglądamy na ekranie. Właśnie nad znaczeniem słów wobec rzeczywistości wojny zastanawiałem się, oglądając „Ostatnich w Aleppo” - bestialstwo, okrucieństwo, wcielone zło, brutalność? Czy te słowa mogą oddać to, czego jesteśmy świadkami podczas seansu? Nie ma takich słów. Reszta jest milczeniem.

Reżyser nie oszczędza widza w najmniejszy sposób. Tematem filmu jest wojna. Tematem jest śmierć. Bohaterami są członkowie syryjskiej obrony cywilnej, czyli „Białych Hełmów”. Organizacja ta zajmuje się ratowaniem ludzi spod gruzów, które są efektem bombardowań prowadzonych przez wojska rosyjskie i lotnictwo Bashira Assada. To właśnie obalony dyktator jest ukazany jako czarny bohater tej olbrzymiej tragedii.

Mimo że „Białe Hełmy” uratowały około 60 tysięcy ludzkich istnień, to twórcy nie pozostawiają nam cienia wątpliwości, że większość akcji ratowniczych kończy się fiaskiem i spod gruzów wyciągane są ludzkie zwłoki lub szczątki. W jakiś beznadziejnie groteskowy sposób wybrzmiewa w filmie scena, gdy bohaterowie starają się zidentyfikować ofiarę bombardowanie po kształcie oderwanej i na wpół spalonej stopy. Ofiarami wyciąganymi spod gruzów są w tym filmie głównie dzieci.

Na pierwszy plan wysuwa się tutaj Khalid – młody mężczyzna, który nie jest żadnym fanatykiem, raczej pogodnie usposobiony i szukający w tej beznadziejnej sytuacji promyków jasności. Niesie pomoc i angażuje się w akcje ratownicze, bo uważa, że trzeba działać, by w piekle na ziemi odnaleźć resztki człowieczeństwa. Bohaterowie są ukazani w sposób jednoznacznie pozytywny jako oddani swojej służbie. Ich refleksje, aby opuścić Aleppo, mają charakter teoretyczny. Oni sami nie wierzą w to, że zostawią Aleppo. Póki wegetują tam ludzie, to oni muszą być gotowi nieść im pomoc.

Ważnym bohaterem jest miasto – Aleppo wygląda jak nasze obrazki z powstania warszawskiego. Stos ruin i zgliszcz. „Białe Hełmy” muszą cały czas uważać, by nie runąć w przepaść wraz z fragmentem ściany. To skojarzenie z warszawskim krajobrazem po bitwie było u mnie bardzo silne. To właśnie ten obraz, obraz miasta w gruzach, działa na widza jak deja vu. Ten widok przypomina, że to już się raz wydarzyło. I nie może wydarzyć się po raz drugi nad Wisłą! Wojna to żywioł, gdzie nie ma wygranych ani przegranych, są tylko ofiary, a jedynym zwycięzcą jest Śmierć, zbierająca w Aleppo swoje stukrotne żniwo.

Twórcy i bohaterowie stoją jednoznacznie po jednej politycznej stronie sporu, tej, która stanęła u źródeł buntu przeciw reżymowi Assada i powstaniu tzw. „państwa islamskiego”. Budzi to niepokój i brak jednoznacznej oceny postaw bohaterów. Co pewien czas „pozytywni” bohaterowie uczestniczą w wiecach przeciwko Assadowi, gdzie widzimy obraz podobne do tych, jakie towarzyszą relacjom telewizyjnym, gdy mowa o ISIS. Niepokój budzą także scenki rodzajowe z „normalnego” życia w Aleppo, gdzie widzimy ludzi, którzy przypominają islamskich radykałów – kobiety od stóp do głów szczelnie zakryte, brodaci mężczyźni w czarnych chustach. Jedynie dzieci są tu takie jak wszędzie.

W filmie rzadko pada słowo Allah, a członkowie „Białych Hełmów” także zdają się koncentrować na niesieniu pomocy a nie polityczno-religijnych deklaracjach, jednak my jako widzowie nie wiemy, kto tutaj o co gra. Jedną pewną rzeczą jest ta przerażająca rzeczywistość jak z wiersza Różewicza „Człowieka tak się zabija jak zwierzę
widziałem:
furgony porąbanych ludzi
którzy nie zostaną zbawieni” ("Ocalony")

I tylko jedna myśl towarzyszyła mi po seansie – aby ta wielka tragedia nie powtórzyła się tutaj, że jesteśmy o krok od hekatomby, że jeśli się cofniemy, jeśli nie będziemy ponad polskimi podziałami w stanie obronić dorobku naszej cywilizacji, cywilizacji Zachodu, jutro możemy być tam, gdzie dziś jest Syria.

piątek, 7 lipca 2017

Recenzja książki Szymona Hołowni "Ludzie w czasach Jezusa" - wyd. Znak

Wiek chrystusowy

                                                              oficjalna   recenzja portalu

 

Autor recenzji:
Tytuł książki: Ludzie w czasach Jezusa
Autor książki: Szymon Hołownia
Szymon Hołownia, po książkach podróżniczych i rozmowach z Marcinem Prokopem, powraca do tego, w czym czuje się najlepiej – do Ewangelii i przesłania Jezusa Chrystusa. Chociaż autor skończył już 40. to postanowił napisać książkę o „wieku Chrystusowym”, bo taka jest nić przewodnia „Ludzi w czasach Jezusa”, książki, będącej podróżą po świecie w czasach, gdy nauczał Chrystus.

Hołownia swej podróży nie zawęża jedynie do Jerozolimy i terenu dzisiejszego Izraela. „Ludzie w czasach Jezusa” mają swego bohatera zbiorowego, którym jest rówieśnik Jezusa, w czasach gdy spełnia się największa tajemnica chrześcijaństwa – śmierć Syna Bożego i zmartwychwstanie. Zatem tytuł może nas nieco nieco mylić, bowiem „ludzie w czasach Jezusa” to nie tylko ci, którzy kochali i nienawidzili Chrystusa za to, że przyciągał tłumy, które za chwilę miały się od niego odwrócić i pozostawić go samego w obliczu kaźni na Golgocie. To także ci, którzy nic o jego istnieniu nie wiedzieli.

Dziś, gdy tak bardzo troszczymy się o wartość naszego życia, gdy nie umiemy obejść się bez wygód czy luksusów, gonimy za pieniędzmi i udajemy, że jesteśmy szczęśliwi w świecie bez idei, za to zarobieni po łokcie i odpoczywający na zamkniętych plażach All Inclusive, warto przyjrzeć się jak różnili się od nas ludzie, żyjący 2000 lat temu. I to nie tylko ci, o których pamięć przetrwała dzięki spuściźnie tradycji kultury śródziemnomorskiej, dzięki Antykowi i Biblii.

Hołownia chce pokazać piękno i bogactwo ówczesnego świata. Podróżujemy zatem do Chin, Japonii, do Afryki i do kraju Azteków. Poznajemy naszych słowiańskich praprapra...dziadków i babcie i dowiadujemy się, że nasze korzenie sięgają terytorium dzisiejszego Iranu. W kontekście tych fascynujących, pełnych anegdot i ciekawostek opowieści jeszcze pełniej wybrzmiewa Słowo Jezusa, Słowo, które w czasach przemocy i wyzysku, było słowem miłości i szacunku dla godności Dziecka Bożego. Historie z różnych zakątków globu przeplatane są historiami z Ewangelii i Biblii, przez co możemy jeszcze lepiej przyjrzeć się historycznemu kontekstowi „Dobrej Nowiny”.

Hołownia to człowiek miliona profesji – dziennikarz, pisarz, celebryta znany z programu „Mam Talent!”. Zajmuje się także pomocą biednym w Afryce – założył Fundację Kasisi, pomagającą dwustu sierotom w Zambii, poprzez Dobrą Fabrykę wspiera finansowo hospicjum w Rwandzie. W ostatnim czasie był ciężko chory, ale nie ma zamiaru rezygnować z głoszenia przesłania miłości i dobra, a czyni to w wyjątkowy sposób – jego erudycja, zamiłowanie do książek i pasja podróżnicza, w końcu wspaniałe poczucie humoru powodują, że jak nikt inny potrafi przekonywać do nauki Chrystusa w czasach zwątpienia i obojętności. Niektórzy mają mu to za złe, bo uważają, że to oni mają „monopol na zbawienie”, ale malkontentów nigdy dość, dlatego zachęcam do przeczytania tej książki szczególnie poszukujących.