Dom (zly)

Dom (zly)

MÓJ GENDER


Mój gender

zanim zdekonstruujesz świat , zdekonstruuj sam siebie” Kim Dzong Un

Zrozumieć siebie, zanim zrozumią cię inni.
Trzy piwa na śniadanie powinny wystarczyć.
Skoro sam uwarzam, Rze seks małżeński pięć lat po ślubie powinien zostać uznany za kazirodztwo i być karany więzieniem, to po 20 latach pożycia, będąc wychowanym w duchu katolickiego monogamizmu, zaczynam sobie powoli uświadamiać, w jak głębokiej dupie jestem.
Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana.

Mentalnie składam się z cytatów.

Wracam zatem do korzeni polszczyzny, cytatów, które świdrują mi pod czaszką i składają się na to, co myślę i Kim jestem. Na tak i na nie.

Cytat numer 1
za ciocio Wiki: „Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj.
  • Opis: wedle zapisu łacińskiego (zlatynizowany zapis staropolski): Day ut ia pobrusa, a ti poziwai.
  • Jest to najstarsze znane zdanie zapisane w języku polskim i na ziemiach Śląska. Zamieszczone jest w Księdze Henrykowskiej spisanej w opactwie cystersów w Henrykowie ok. 1270 roku przez jej opata Piotra. Opisując dzieje klasztoru, księga zachowała powyższe zdanie Bogwała do żony.

I już dylemat: czy zdanie to oznacza -1. „daj, ja pomielę, a ty odpoczywaj” czy 2. „daj, ja pomielę, a ty podziwiaj” a może 3.„daj, ja pomielę, a ty się przypatrz”.

Każdy z tych wariantów tłumaczenia na współczesny język ma inną wymowę, ale zawsze jest chwalebnie mężocentryczny.

Ad1. Wariant łaskawy - Pan i władca Bogwał łaskawie postanawia „zluzować” swoją małżonkę, która, jak przystało na porządną słowiańską żeńszczynę, zasuwa ostro przy żarnach. Prawdopodobnie chodzi o to, że żona Bogwała ma odpocząć w kuchni przy garach i przygotować michę kaszy jaglanej z zsiadłym mlekiem, ewentualnie nakarmić bachora, który zakłóca drzemkę.
Ad2. Wariant heroiczny - legendarny Bogwał to typowy macho, który sięga po żarna jedynie po to, aby dać szansę naprężyć się swoim muskułom, które żona jego ma podziwiać podczas przerwy w pracy.
Ad3. Wariant mega mizoginiczny – Bogwał już nie może wytrzymać, patrząc koso na nieudolne zmagania żony z żarnami, w końcu postanawia za-demon-strować niemocie jak pracować ma, żeby go to nie irytowało aż tak mocno.

Piszę te słowa przy buczeniu odkurzacza, pożerającego odpadki i odzywają się we mnie te same pierwotne, słowiańskie instynkta, które miotały praszczurem Bogwałem. Kim mógł być, obdarzony tak wrażliwą duszą – poetą, artystą, filozofem? Albo Czechem. Jak Czechem, to wszystko jasne.

Cytat 2. "Rozmowa Mistrza Polikarpa ze śmiercią"

Uźrzał człowieka nagiego,
 Przyrodzenia niewieściego,
 Obraza wieimi skaradego,
 Łoktuszą przepasanego.


Docent X na pierwszym roku filozofii polskiej częstochowskiej WSP w swych licznych zestawach pytań na egzamin z literatury średniowiecza miał takie oto: "Czym była przepasana Śmierć w "Rozmowie Mistrza Polikarpa ze Śmiercią"?".
Śmierć jest kobietą. Tak samo jak matka, Polska, trumna, katastrofa. A czym jest łoktusza?

Od razu powiem, że nie chcę rozwiewać mgły tajemnicy wokół słowa "łoktusza". Niech pozostanie zagadką mroczną, niepokojącą do grobowej deski. Grobowa deska jest kobietą.

Cytat 3    "Ferdydurke"
"-Mamusia...
A powiedziałem bardzo smutno, rzewnie i cieplutko, wsadziłem w ten wyraz całe to ciepełko mamie, którego oni w swej ostrej, świeżej, dziewczęcej i młodzieńczej wizji świata nie chcieli uwzględnić"

mamamamusiamamuniamatuchna
maćmacioramacica 
omatcepieśńtopieśńtobezsłówtopieśńprzezłzy
matkoboskakrólowopolskaopaninaszaczęstochowska
niemajakumamycichykątciepłypiec
ajakochamswojąmamęcomawłosyjakatrament
jebemtwojumaćnadrobno
omatkopolko!źlesięsyntwójbawi!
onjużniejestchłopcemmatkoonjużjestbogiem!

co zostanie, gdy jej też zabraknie?

Cytat 4 "Lokomotywa"
-i choćby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc kotletów i każdy nie wiem jak się natężał ...

Z lokomotywą było tak. Właściwie nie z lokomotywą a z ciuchcią. Dzisiaj wiem, co to ciuchcia. Kiedyś, w czasach mojego przedszkola, nie było tak miło, a konkretnie ciuchcia nie była mi miła. Wszyscy dziarsko lepili z dużych klocków kolorowe bryły i radosnym okrzykiem "ciuchcia!" oznajmiali światu i Pani powstanie ciuchci, demonstrując z dumą okazały twór. Jednocześnie zadawali cios moim intelektualnym dociekaniom - "ciuchcia? WTF?". Wiedziałem, co to szpadel, grabie, a nawet kolkastla, ale nie wiedziałem, czym jest ciuchcia. A oni tworzyli te swoje "wielkie, ogromne, z żelaza, stali" ciuchcie, których nie podejrzewałem o to, czym są. W końcu zinterpretowałem słowo "ciuchcia" po swojemu, tworząc abstrakcyjną, wielokolorową, klocczaną bryłę. Miało to być coś tak wielkiego jak największy papież. Musiałem zabierać klocki innym dzieciom, by moja domniemana ciuchcia była największą. Byli na mnie źli, łypali krzywo na moją rozkwitającą bryłę. Gdy klocki już się skończyły, uznałem dzieło za dokonane. Parą swych małych rączek uniosłem dzieło i rzekłem "ciuchcia!" I ten drab Jacek, ten cynik i aferzysta, szyderca i bezczel jedyny w swoim rodzaju podszedł i rzucił twardo: "Chachacha! To nie jest ciuchcia!" Ryk małych przedszkolaków gorszy niż fala tsunami śni mi się do dziś. I odłupał Jacek-bluźnierca znaczną część abstrakcyjnej bryły, która mogła być wszystkim, więc ciuchcią także, teraz wiem to na pewno, ale wtedy nie wiedziałem, więc opuściłem rączki i opuściłem bryłę, która wszak mogła być dowyobrażoną ciuchcią, prosto na głowę Jacka - szydercy. Za karę Pani zaciągnęła mnie do maluchów. Jackowi za karę popłynęła krew z nosa. Nie wiem, kiedy dowiedziałem się, co to jest ciuchcia. na pewno wcześniej dowiedziałem się z wiersza Tuwima, czym jest lokomotywa. miałem taką malutką płytę, którą sobie odtwarzałem na starym bambinioku. Bambinioka mam na strychu do dziś. Miałem tez płytę ze "Słoniem Trąbalskim". 

Tendencja do dowybrażania sobie zawartości pojęć, o których nie mam pojęcia, została mi do dziś - tak jak bambiniok.

Cytat 5 - "Lament świętokrzyski"

"Pożałuj mie, stary, młody/boć mi przyszły krwawe gody..."

O śmierci wiem gówno. Tak mnie naszło jakoś po wczorajszym. Nie ukrywam - byłem podjarany katastrofą 10 kwietnia od samego początku i jestem do tej pory. Wkur... mnie ten śmiech nad trumną. Wkur mnie tym bardziej, że, o ile generalnie słabo kumam cokolwiek, to taki bezsens, i że to w moim kraju, no żebym jeszcze biegle, i żebym mógł sobie opuścić ten pokład tego tupolewa, to bym się z tym jakoś, ale tak to Mrożek za słaby, Ionesco za słaby, Beckett za słaby. "Nie ogarniam", śpiewa Maria. W ogóle to jest tak, że myślę, że cud to, że w ogóle żyję, że mnie jeszcze nie rozerwało. Ale "co się odwlecze" - mówi staropolskie przysłowie.  Tylko, że to normalne. Ostatnio leciałem po raz pierwszy w życiu samolotem. Ani w Warszawie, ani w Monachium, ani w Wenecji nie było w polu widzenia żadnej brzozy, powiem więcej - nie było żadnego drzewka.

Jak napisałem - o śmierci wiem gówno. Najbardziej chyba przeżywam (tak, tak - przeżywam,do tej pory, choć minęło 20 lat) śmierć babci, matki mojego ojca. Przeżywam, bo nie było mnie na pogrzebie. Jakoś za daleko mi było z ziemi opolskiej do podlaskiej, żeby się tam ciorać w trymiga. Cały genotyp mam po niej - mówili mi, jak tam zajechałem kiedyś. Ojciec ma to w nosie, jak większość rzeczy oprócz aktualnych notowań SLD. Dziadkowie od tatusia mieli po siedemdziesiątce, dziadkowie od mamuni mieli po dziewięćdziesiątce. Jedynie brat ojca, mój chrzestny, przekroczył 50 i się zabrał. Zdążył być na moim weselu, niedługo potem umarł - chorował wiele lat, nie lecząc się, bez żadnej diagnozy. Budził się w nocy, żeby palić białoruskie przemyty. Tracił kontakt z rzeczywistością, myślę, że cierpiał najmocniej w duchu. Nie miał lekko. chyba nikt go nie rozumiał, on nikogo nie rozumiał. Dziadka i babci od mamuni śmierć miałem przy sobie. Dziadek leżał jeszcze w domu - słodko pachniały kalie i on. Babcia już nie - w kaplicy musiało być jej w nocy smutno jak w grobie. Dziadek przed śmiercią cofał się gdzieś w prenatalne okolice i jednym z nielicznych zrozumiałych słów, które wymawiał, było "mamusia". Jego matka zmarła w czasie wojny.

O śmierci wiem gówno. Dużo więcej wiem o nienawiści. Tak nas to trzyma jakoś, w polu magnetycznym wzajemnego przyciągania i odpychania, że się nienawidzimy. Nie chcemy sobie dać tej satysfakcji, że jednak doczekałem tej chwili, że oni pierwsi. I żyjemy. 

O śmierci wiem gówno i dziękuję za to Bogu co rano, zanim jeszcze dotrze do mnie, że w ogóle istnieję.  To też mnie dziwi niepomiernie, albo nie dziwi już wcale, że za życia hejt jak kromka chleba, a po śmierci gorzkie żale, jak się już tego owego do kwatery cmentarnej, murowanej wpędziło. Banalizm księdza agenta Twardowskiego, że "spieszmy się 'kochać ludzi, tak szybko odchodzą" jest nie do przyjęcia. Ja cytowałbym tak: "mordować, żeby czuli, że umierają" (oczywiście Sienkiewicz - jeszcze wrócę do tego cytatu), a potem "wybudować pomnik, trwalszy niż ze spiżu", żeby wszyscy widzieli jakie z nas porządne katoliki.

Ale wróćmy do "Lamentu...', bo tam są takie momenty piękne, że aż niewiarygodne, że mogło to powstać w zalążku polszczyzny pisanej. Ja wiem, że tam się pojawia i "niewierny Żydowin", jakby Jezus Maryja to byli jacyś celebryci z TVN-u. Ale gdy czytam słowa:

"Synku miły i wybrany,
Rozdziel z matką swoją rany!
A wszakom cię, Synku miły, w swem sercu nosiła,
A takież tobie wiernie służyła,
Przemow k matce, bych się ucieszyła,
Bo już jidziesz ode mnie, moja nadzieja miła.

Synku, bych cię nisko miała,
Niecoć bych ci wspomagała;
Twoja głowka krzywo wisa, tęć bych ja podparła,
Krew po tobie płynie, tęć bych ja utarła,
Picia wołasz, piciać bych ci dała,"

to ja już się godzę, już wiem, że to tak być musiało. Że jedyne, co naprawdę dobrze potrafimy, to cierpieć. Że bez tego cierpienia nie umielibyśmy tutaj żyć, nie mielibyśmy tego piękna, że dopiero wtedy mamy tę odrobinę światła. Dwie drogi polskiej kultury "Bogurodzica" i "Lament świętokrzyski" - chwała i cierpienie. I Matka Boska. A ja całe życie przeżyłem pod jej obrazem. Z okna widzę czubek Jasnej. 

Cytat 6. "Zbyt głośna samotność" Bohumil Hrabal - frg. ballada o posranej Mańce

"Maniusię zaczęto od tej pory nazywać Posraną Mańką, bo Maniusia przejęta tym, że jej powiedziałem, że ją kocham, wybiegła do wiejskiego wychodka przy gospodzie, z piramidą fekaliów po sam otwór w desce, zamoczyła sobie swoje wstążki i wstążeczki w zawartości tej wiejskiej latryny i znów wbiegła z ciemności do rozświetlonej sali, aby ruch odśrodkowy jej wstążeczek i wstążek opryskał i ochlapał tancerzy, wszystkich tancerzy, którzy znaleźli się w zasięgu jej wstążek i wstążeczek"

Tak, jestem Posraną Mańką. Hrabala właśnie za to cenię, że pisał o sraczce. We wstępie do "Bawidułek" sam Hrabal pisze: pewien cesarz perski w poemacie został porównany do słońca. Słysząc to, odrzekł: "Mój lasafronos temu przeczy", a lasafronos to persku nocnik. Z pamięci cytuję i nawet pewien nie jestem, czy dobrze pamiętam nazwę nocnika. A może Hrabal sobie sam tę anegdotę wymyślił? U niego wszystko możliwe. Chyba w "Listach do Kwiecieńki" zaprezentował tę nieprzyjemną sytuację, którą niemal każdy ma za sobą, ale raczej woli odłożyć to do składziku podświadomości niż chwalić się, że gówno. On tylko tak potrafił łączyć wzniosłość i wychodek.
Posranie najczęściej dotyczy dziecięcej traumy, zjedzonych gruszek, śliwek brudnych, zapitych wodą ze studzienki, jabłek kosztel z robakami. Osobiście zawsze starałem się dobiec. Z wyjątkami jakichś  krzaków udawało się. Co dziwne - często jakoś tak z kościoła trzeba było wyskoczyć. Dobrze pokazuje to film "Jabłka Adama" - podczas mszy wychodek zawsze był zamknięty. Kiedy chce się najbardziej. No ale wiadomo - do kościoła powinno się na czczo. 
Ten chłopczyk nie był na czczo. Wyrąbał z siebie cało-kluskowo-żółte śniadanie centralnie na ławeczkę. Ile lat mieć mogłem? Z siedem? Chyba nie byłem jeszcze u komunii. Sam chodziłem te trzy kilometry piechty, pilnie, pobożnie. I ta baba kościelna, która mi kazała iść do kościelnego, więc wdrapałem się obok księdza z hostią w ręku. I ten kościelny podał mi ścierę kościelną, żebym mu ten kościół posprzątał. Ksiądz trzymał Ciało Chrystusa nad pochylonymi głowami, ja szedłem plecami do hostii obrócony , w kierunku tego wylanego z chłopaka śniadania. Czułem jak z ołtarza patrzy na moje plecy. Byłem winny i tych klusek i tej szmaty i całej profanacji, w której uczestniczyłem. Wybiegłem za tym chłopakiem, współwinny jego hańby. Nie chciałem tam wracać. Ale wracałem i czułem zawsze i czuję zawsze smród winy.

3 komentarze:

  1. Jeden z najlepszych Pańskich tekstów. Moim zdaniem, że dopowiem przekornie do udzielanych dawno nauk :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Teksty, nauki, wszystko było ;) sam nie wiem, nie wiem

    OdpowiedzUsuń
  3. Dla mnie rewelacja. Teraz piszą wszyscy, niestety w większości kiepsko. Miło, że są wyjątki od tej reguły. Miło, że Pan nie wie, że wątpi. I niech Pan niczego już nie znieczula, chyba że dla przyjemności. Pozdrawiam i zapraszam na http://okiemdolnoslazaczki.blog.pl/
    Może będzie się Pan dobrze bawił, a może nie.

    OdpowiedzUsuń