zdjęcie ze spektaklu "Łaskawe" - Przemysław Jendroska
Wczoraj "Łaskawe" wg blisko 1000-stronicowej powieści Jonathana Littella w reżyserii Mai Kleczewskiej. Po raz kolejny Teatr Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego poraził mnie doniosłością tematu i rozmachem inscenizacyjnym. Zastanawiałem się, czy twórcom uda się przenieść mroczną epickość tej opowieści o ludobójstwie II wojny światowej i jej zwykłych wyrobnikach, przeciętnych w gruncie rzeczy urzędnikach, którzy dostosowują się do sytuacji, w której się znaleźli. Tak dostosowuje się Maksymilian Aue - skromny urzędnik III Rzeszy, doglądający jak przebiega proces eksterminacji Żydów. Ta postać to z jednej strony starszy pan, wspominający swoją młodość i młody oficer SS, grany diabolicznie przez Mateusza Znanieckiego (ten śmiech pozostanie mi w uszach). To przedstawienie wybrzmiewa kilka lat od premiery jeszcze mocniej jako przypomnienie tego, o czym zdajemy się zapominać i czego nie chcemy widzieć - czym jest wojna i co robi z nami, z ludźmi. Bo "Łaskawe" to opowieść o każdym z nas, surrealistyczna przypowieść o tym, co może stać się z człowiekiem. "Łaskawe" w tym ujęciu staje się bizarnym dance macabre, gdzie jedyną boginią i jedynym zbawieniem staje się Śmierć. Tak - przeżyłem wczoraj litość i trwogę, przeszedłem katharsis, byłem w tej łaźni, do której zapędzali Żydów i doznałem oczyszczenia, czyli tak jak było w prawdziwym teatrze od staryżytności.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz