Dom (zly)

Dom (zly)

piątek, 1 września 2017

Recenzja książki "Rok koguta" Terezy Boučkovej - wyd. Afera

365 stron prawdy

                                                     zdjęcie  www.afera.pl
                                                     
                                                       oficjalna recenzja
Autor recenzji:
Tytuł książki: Rok koguta
Autor książki: Tereza Boučková
365 – tyle stron. 365 – tyle dni w roku. Książka – dziennik, książka – pamiętnik. Książka o roku, o jednym ważnym roku w życiu jednej kobiety. Tereza Boučkova, autorka „Roku koguta”, nie oszczędza na szczerości. Pisze o sobie i o swoim życiu – tak, ta książka to dokument, gdzie element kreacji został sprowadzony do minimum. To jest proza ekshibicjonistyczna, to jest proza niepoprawna, to jest literackie reality-show bez „big brothera”, a jednak jest w niej nuta ubezwłasnowolnienia, coś, co każe bohaterce-autorce myśleć i działać. Czy taka kondensacja prawdy ma sens? Czy literacki „projekt-życie” pozwoli nam przejrzeć się w naszych problemach i kompleksach? Czy wyciąganie swej intymności, intymności kobiecej u progu menopauzy, może uwieść polskiego czytelnika? Moja wstępna odpowiedź na to zasadnicze pytanie jest jednoznaczna – tak! „Rok koguta” wciąga i nie pozwala się oderwać. To fascynująca podróż w świat wewnętrznej prawdy.

Tereza Boučkova jest pisarką, scenarzystką i dziennikarką. Na pewno autorka „Roku koguta” zawdzięcza swoją popularność także postaci swojego ojca, znanego pisarza i dysydenta, Pavla Kohouta – autora wybitnej i znanej także w Polsce powieści „Kacica”. „Rok koguta” w samym swoim tytule nawiązuje do ojcowskiej legendy. Mówi nam o tym także okładka, która wyraźnie pokazuje, że jednym z tematów tej historii jest cień ojca w życiu kobiety. A nie jest to dla Boučkovej doświadczenie o pozytywnej wartości. Sama, działając od najmłodszych lat w opozycji, będąc sygnatariuszką Karty 77 i ofiarą represji urzędu bezpieczeństwa, konkurowała, a może chciała dorównać mitowi swego ojca – ten „cień ojca” zalega zarówno na jej życiu zawodowym, jak i osobistych wyborach. Z tym także chce się uporać bohaterka a zarazem autorka książki.

Rok koguta w horoskopie chińskim przypadał na czas między 09.02.2005 - 28.01.2006 i właśnie do tego momentu w swoim życiu odnosi się Tereza Boučkova. Wiem, że kobietom nie powinno się wypominać wieku, ale „rok koguta 2006” poprzedzał 50. urodziny autorki, był to dla niej ważny moment, czas życiowego remanentu, uporządkowania swoich spraw i przygotowania się do kolejnego etapu życia. Ten remanent wiąże się z faktem, że Boučkova adaptowała dwójkę romskich dzieci, Patrika i Lukasa. Patrik w 2006 roku osiąga pełnoletność, Lukas kończy 17 lat. Przybrani Rodzice, Tereza i Marek, stają wobec faktów i dylematów, które nie są dla nich łatwe. Patrik i Lukas na tym etapie swego życia, w momencie wejścia w dorosłość, są zlepkiem najgorszych stereotypów na temat cyganów – kradzież, narkotyki, niechciana ciąża stają się dla dwójki rodziców, którzy mieli dobre intencje i chcieli wyjść poza społeczny wizerunek społeczności romskiej, źródłem bólu, ale także dramatycznych wyborów moralnych.

Wydziedziczenie, skierowanie do ośrodka wychowawczego, procesy w sądzie rodzinnym i finansowa odpowiedzialność za czyny podopiecznych – oto z czego składa się życie codzienne Terezy Boučkovej w roku 2006. Autorka w tych opisach jest szczera do bólu. „Rok koguta” w aspekcie romskim nie ma nic wspólnego z poprawnością polityczną. Ukazane są tutaj realne problemy, które przerastają człowieka. Dominuje tutaj nastrój beznadziei i niemożności, uświadomienie, że dobra wola może prowadzić na manowce, że tak naprawdę nic nie da się tutaj zrobić dobrze, bo wszystkie możliwości zostały wyczerpane, a pozostają sądy i strach.

Boučkova pisze o ostracyzmie, z jakim spotkała się ze strony „wszystkich dobrych rodaków” (aluzja do tytułu znanego filmu czechosłowackiej Nowej Fali w reżyserii Vojtěcha Jasný'ego, o którym autorka nieprzypadkowo wspomina także w „Roku koguta”), gdy została niemalże oskarżona o rasizm, gdy odważyła się szczerze opowiedzieć o swoich uczuciach. Jakże jest nam to bliskie! Książka powstawała ponad dziesięć lat temu. Co będzie dziś, gdy polityczna poprawność staje się moralnym i jedynym argumentem w sporach, dotyczących procesów geopolitycznych w Europie.

„Rok koguta” to także autotematyczna opowieść o twórczości, która czerpie z „8 i pół” Felliniego. Rozterki scenarzystki są przeplatane refleksjami na temat literatury i roli sztuki w ogóle. Jest to także dzieło o tworzeniu i powstawaniu dzieła, o tym, co wpływa na twórcę i jak wyglądają jego interakcje ze światem, że proces twórczy to nie uniesienia i natchnienie, ale że odbywa się w konkretnej, często trudnej rzeczywistości. I zostaje tu podważony mit twórcy-demiurga. To bardziej wygląda tak, że to życie pisze ten scenariusz a nie sama autorka, że nawet twórca jest uwieszony na niewidzialnych niciach, które determinują jego samego, że twórczość jest wypadkową tak wielu elementów, na które nie ma się wpływu.

Tak, „Rok koguta” jest książką aktualną, bo szczerość jest zawsze aktualna. Pozostaje jedynie pytanie, czy jesteśmy w stanie z taką dawką szczerości się uporać w świecie gotowych recept, w świecie, gdy zawsze to ci „inni” decydują o tym, co masz myśleć i robić. Za tę „końską dawkę” literackiej prawdy składam podziękowania „Aferze” - wydawnictwu od spraw czeskich i tłumaczce, Oldze Czernikow. „Rok koguta” na pewno nie jest książką pisaną pod tezę, a takich książek bardzo mi dziś brakuje w Polsce. Oby więcej takich dzieł było asumptem do dyskusji, która wyjdzie poza polityczne uwarunkowania, a będzie realnym dialogiem o realnych problemach. Wydaje mi się, że tego, my, Polacy, będziemy musieli się jeszcze długo uczyć. Czesi, jak widać, lekcje szczerości mają już dobrze odrobione.

środa, 30 sierpnia 2017

Recenzja zbioru opowiadań grozy "Iron Tales" - wyd. Gmork

W hołdzie Eddy'emu!

                                                                oficjalna recenzja LC

 

Kto choć trochę zna heavy-metalowy zespół Iron Maiden, zna na pewno postać Eddy'ego, stwora szczerzącego złowrogie kły z okładek albumów angielskiego zespołu. Eddy to postać z horroru, postać, która ma straszyć, ale jednocześnie jest tego horroru karykaturą. Prześmiewcza, karnawałowa maska symbolizuje dystans do tego wszystkiego, czego się boimy, a nade wszystko do śmierci. Ostatnio postać Eddy'ego zagościła na okładce książki „Iron Tales” - zbioru opowiadań polskich autorów, którzy zainspirowali się poszczególnymi utworami Iron Maiden.

Tak jak Maideni inspirowali się po wielekroć historią, kinem i literaturą, tak dziś pisarze mogą inspirować się ich utworami. Są to inspiracje wielorakie i nie tylko w duchu horroru. Mamy tutaj historie rodem ze stylistyki fantasy („Biegiem, ku wzgórzom!” Kacpra Kotulaka), sf („Oczy obcego” Adama Fronia), tragedią legendarnego sterowca w „Imperium chmur” czy autentyczną tragedią Robina Williamsa, do którego odwołuje się za piosenką „Tears of the Clown” Łukasz Radecki w swoim opowiadaniu „Łzy klauna”.

Jest w tym zbiorze 15. opowiadań oczywiście przewaga typowych horrorowych opowieści, do których kluczem w kilku wypadkach jest postać Eddy'ego. W moim subiektywnym odczuciu najlepsze z nich to te, które traktują grozę prześmiewczo i z dystansem a na plan pierwszy wysuwa się dla mnie opowiadanie „Reinkarnacja Benjamina Brega”, gdzie Kacprowi Kotulakowi udało się oddać sarkastyczny ton narracji Bruce'a Dickinsona, wokalisty „Żelaznej damy”, który znamy choćby z jego prozatorskiej próby czyli „Przygód lorda Ślizgacza”.

Trochę męczył i rozczarowywał ten brak dystansu w wielu tekstach zebranych w tomie, a momentami humor nie był najwyższych lotów. Tak jakby postać Eddy'ego nie chciała zza światów patronować temu dziełu. Trochę szkoda, bo sam pomysł wydawał się całkiem dobry, biorąc pod uwagę rzesze fanów angielskiego zespołu i tłumy, wypełniające szczelnie stadiony podczas koncertów w Polsce. Eddy zawsze toczy tam prześmiewczą walkę z muzykami Iron Maiden. Są to chwile, na które czekają fani zespołu podczas koncertów i moje oczekiwania wobec tego zbioru były podobne.

Na szczęście utwory Iron Maiden idą w setki i ten krótki zbiór nie wyczerpuje źródła inspiracji. Być może czekają na nas kolejne części „Iron Tales” w wydawnictwie „GMROK”? Na pewno fani czekają na dalsze opowiadania, ale dobrze byłoby, aby literacka składanka na cześć Iron Maiden zawierała oprócz mroku większą dawkę dystansu.

sobota, 26 sierpnia 2017

Recenzja horroru "Grzesznik" Artura Urbanowicza - wyd. Gmork

Przeczytaj i nie grzesz więcej!

oficjalna recenzja LC
Autor recenzji:
Tytuł książki: Grzesznik
Autor książki: Artur Urbanowicz
8,38 (52 ocen i 37 opinii)

Opętanie to motyw znany, lubiany, jednak mocno wyeksploatowany. Dlatego bardzo mnie cieszy, że młodemu autorowi, jakim jest Artur Urbanowicz, udało się w „Grzeszniku”, powieści wydanej przez GMORK, specjalistów od horroru, wyjść poza utarte klisze i schematy gatunkowe. I nie chodzi tu jedynie o „podwójną moc hybrydy”, czyli połączenie sensacji i literatury grozy. Taka mikstura także nie jest niczym nowym, żeby wspomnieć chociażby słynny film „Harry Angel”. Zresztą przykłady można mnożyć, gdyż gangsterskie porachunki często w tekstach kultury są ukazane jako inspiracja samego Pana Diabła.

 Jednak Urbanowicz prowadzi literacką grę nie tylko ze schematami gatunkowymi. Autor „Grzesznika” prowadzi także grę z czytelnikiem i jest to niebezpieczna gra, od której w czasie lektury cierpnie skóra. Mało tego - „Grzesznik” zmusza do rachunku sumienia.
Marek Suchocki, roboczy pseudonim „Suchy”, jest szefem gangu, który trzęsie Suwałkami. Pewnego dnia dowiaduje się, że z więzienia wyszedł jego wróg, gangster Samiel, który przeszedł przeobrażenie. Nie wiadomo do końca kim jest i czego chce, ale roztacza wokół siebie złowrogą aurę. Po wypadku, któremu ulega „Suchy” w wyniku gangsterskich porachunków, zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Potrzebna może się okazać pomoc egzorcysty, tylko czy taki „grzesznik” może ją uzyskać?

Nieprzypadkowo na okładce „Grzesznika” cytowany jest najbardziej znany egzorcysta, nieżyjący już Gabriel Amorth. To on sporządził klasyfikację pięciu stopni nękania człowieka przez złego ducha – kuszenie, dręczenie, obsesje, nawiedzenie i opętanie. „Suchy” musi zmierzyć się nie tylko z gangsterskimi porachunkami. O wiele groźniejszy staje się dla niego przeciwnik, którego nosi w sobie, ale którego istnienia do pewnego momentu nawet sobie nie uświadamia. Urbanowicz przekonuje w „Grzeszniku”, że nasz największy wróg czai się w nas samych, przekonuje nad wyraz skutecznie, a duch Gabriela Amortha unosi się nad tą mroczną historią i chciałbym, żeby ten patronat uznać za komplement.

„Grzesznik” to horror i kryminał metafizyczny w jednym. Gatunkowe konotacje są jedynie przykrywką dla głębszych warstw tekstu, które odnoszą się do zagadnień z dziedziny psychologii, manipulacji i socjotechniki. Urbanowicz, prowadząc swoją grę z czytelnikiem, cały czas mruga okiem, by za chwilę przybrać ton całkiem serio, tak że czytelnik może poczuć się notorycznie wkręcany. I o to właśnie chodzi! Na tym polega siła tej książki, która przez swoje cudzysłowy i ironię, staje się źródłem pytania o to, czym jest prawda. A także o to , czym jest zło w naszym życiu.

Jakże często czujemy się w szponach manipulacji, wynikającej z wychowania, kulturowych, politycznych (to w Polsce ostatnio bardzo aktualne niestety) czy zawodowych ograniczeń. Cały czas musimy się dostosowywać, grać, udawać kogoś innego niż jesteśmy. Wydaje nam się, że to my manipulujemy, a to my sami tkwimy po uszy w świecie stworzonych zależności. „Piekło to inni” powiedział Sartre, ale to tylko część prawdy, bo to w dużej mierze my sami pozwalamy sobą manipulować, pozwalamy się rozgrywać, godząc się czy tłumacząc sobie nasze codzienne podłostki. I możemy nie zauważyć, gdy przekroczymy granicę, zza której sami nie będziemy w stanie powrócić.

„Grzesznik” jest książką mocną, mocną wewnętrzną prawdą o człowieku, który staje twarzą w twarz ze swoim egoizmem i musi z niego zdać sobie sprawę. Najgorszy demon tej książki to właśnie zamknięcie w świecie własnych pragnień, które stają się celem samym w sobie. To właśnie gra z tym demonem jest istotną treścią powieści. Artur Urbanowicz ma dopiero 27 lat i jest to już druga książka w jego dorobku, książka inteligentna i przewrotna. Ale także książka po coś, książka, po której przeczytaniu czytelnik może poczuć się niepewnie, może poczuć się oszukany, wkręcony, ale przecież to tylko literatura, fikcja, poligon doświadczalny co najwyżej, więc może czas na wnioski, może czas na zmianę? Nie jest to oczywista dydaktyka, jakiś moralitet z wyłożoną kawa na ławę tezą ale przewrotna gra, o której wyniku możemy jednak zdecydować sami. A poza tym to świetnie napisana książka, którą się „połyka” i która mimo swych prawie pięciuset stron pozostawia uczucie niedosytu.

środa, 23 sierpnia 2017

Recenzja książki Rafała Ziemkiewicza "Złowrogi cień Marszałka" wyd. Fabryka Słów

Polecam poczytać Ziemkiewicza

                                                                  oficjalna recenzja LC

 Autor recenzji:

Tytuł książki: Złowrogi cień Marszałka
                                            
Dziennikarz, publicysta, pisarz – autor prozy sf, człowiek kontrowersyjny, bo mówi o wolności, ale nie o wolności w kontekście politycznej poprawności, czyli tego, co mówić wypada, ostatnio znów obecny w mediach głównego nurtu. Sam siebie określa mianem „nowoczesnego endeka”. O inwektywach płynących w stronę tego pisarza nie będę wspominał, bo nie starczyłoby miejsca. Tym razem Ziemkiewicz w swoich esejach mierzy się z ważnym mitem niepodległościowym, jakim obrosła przez ponad sto lat postać marszałka Piłsudskiego.

Zdawałoby się, że autor „Michnikowszczyzny” winien paść przed postacią „Dziadka” na kolana i bić pokłony. Nic bardziej mylnego. Ziemkiewicz nie oszczędza bohatera swojej książki. Analizuje jego karierę i decyzje w kontekście historyczno-politycznym i wskazuje na słabości ale także pozytywy działalności Piłsudskiego. Właśnie taki dualizm jest charakterystyczny dla tego, co pisze o polskiej historii – wcale nie jest jednoznaczny, nie jest na „nie” ani na „tak”. W czasach, gdy opinie są tak bardzo spolaryzowane, wszystko jawi się w kolorach czarno-białych, tak trudno odnaleźć jest krytyczne, racjonale spojrzenie. Dlatego warto poczytać Ziemkiewicza.

Tak. Ziemkiewicz romantyzmowi Piłsudskiego przeciwstawia racjonalizm i organicyzm Dmowskiego. Jakże inny obraz tej postaci, twórcy endecji prezentuje Ziemkiewicz wobec tego, co poznałem jeszcze w komunistycznej szkole, gdzie Dmowski był wcieleniem faszystowskiego diabła. Dziś widzimy go na hasłach narodowej młodzieży, którzy przybrali go na swego patrona wraz z całym stereotypem polskiego nacjonalisty. Z książki Ziemkiewicza dopiero zrozumiałem jak bardzo złożona jest to postać. Złożona i zmanipulowana przez historię. Dmowski w „Złowrogim cieniu marszałka” jest spadkobiercą polskiego pozytywizmu, tradycji bardziej Prusa niż Sienkiewicza. Czy takie widzenie postaci Romana Dmowskiego jest bliskie członkom ONR-u? Śmiem wątpić i dlatego polecam poczytać Ziemkiewicza.

Ten literacki kontekst staje się ważny, gdy zrozumiemy, że w literatura XIX-wieczna dzierżyła faktyczny rząd dusz w czasach, gdy nie było innych mediów. Dziś wygrywa ten, kto ma internet, w XX-tym wieku zwyciężali ci, którzy posiadali telewizję, w XIX-tym wieku o wyborach ludzi decydowała literatura. Ziemkiewicz określa Piłsudskiego mianem spadkobiercy tradycji romantycznej i Sienkiewicza z jego heroicznymi bohaterami wzorowanymi na Konradach i Kordianach, ludziach niejednoznacznych moralnie ale zawsze z priorytetem Polski w duszy. Na drugim biegunie umieszcza Dmowskiego i Prusa z ich zdrowym rozsądkiem i pracą dla Polski.

Z tych wzorców literackich wynikają dla Ziemkiewicza poważne konsekwencje – konsekwencje o polityce „dyktatury moralnej', którą przyjął Piłsudski jako podstawowy element swego działania. Dla Polski należy poświęcić wszystko, bez względu na konsekwencje, bez oglądania się na zdrowy rozsądek. Tworzenie mitu Piłsudskiego działo się w oparciu o ten „moralny dyktat”, który ukazywał go jako wzorzec postawy gotowej poświęcić wszystko dla ojczyzny – poświęcić także praworządność i demokrację, gdy wymaga tego dobro ojczyzny. Ziemkiewicz idzie dalej i ukazuje jak wzorzec polityki „dyktatury moralnej” wpłynął na przyszłość Polski – tych, którzy walczyli o Polskę w czasie II wojny światowej, jak odwoływano się do tych mitów w czasach komunistycznych dla obrony tak zwanych wyższych racji, a także po 89 roku, gdy każda z opcji politycznych podpierała się przekonaniem o wyższości własnej, romantycznej racji nad zdrowym rozsądkiem. Dziś widać, że z takiej postawy wynikało zawsze więcej złego niż dobrego dla Polski. Ale i dziś powracają słowa o „dyktacie moralnym”, który ma usprawiedliwiać każde chamstwo.

Ziemkiewicz jasno stawia sprawę – nie można przypisywać sobie monopolu na Polskę i wskazuje na to zjawisko jako źródło wojny polsko-polskiej. Tylko wyzwolenie z obsesji stereotypów, rzeczowy dialog może zasypać przepaść między zwaśnionymi kastami, które po równi pochyłej staczają się w otchłań fanatyzmu i wzajemnej nienawiści. Dlatego zachęcam do przedyskutowania z samym sobą tez postawionych przez autora „Złowrogiego cienia marszałka”. Może znajdzie się ktoś, kto chciałby podjąć się publicznej dyskusji z Panem Rafałem? Pamiętam taką rozmowę ze Sławomirem Sierakowskim w telewizji, była to jedna z lepszych rzeczy na temat Polski, jaką miałem okazję kiedykolwiek widzieć. Ale czy dziś jest taki dialog w ogóle możliwy? Marzy mi się taka książka „Ziemkiewicz kontra Sierakowski” - to byłaby prawdziwa Polska, nie ta pozamykana w dobrowolnych gettach. I wiem, że Ziemkiewicz gotów jest taki bój stoczyć. Bój w otwartym polu, a nie poprzez mur strachu i wzajemnej nienawiści. Dlatego polecam poczytać Ziemkiewicza.

sobota, 12 sierpnia 2017

Nowohoryzontowe reminiscencje day by day

Moje nowehoryzonty 2017

1 Otwarcie A Ghost Story kino z Sundance, jak ktoś lubi, na plus duchy

2 Nocturama Bardzo dobre. Terroryzm w oparach absurdu. Tworzą go nie fanatycy tylko anarchiści, którym na niczym nie zależy. Znudzeni wygodnym życiem bogaci mieszkańcy Zachodu stracili poczucie sensu. Będą walić we wszystko co się rusza - przypomniały się niedawne obrazki z Dortmundu, a sam film miał premierę przed zamachem w Nicei, gdzie zginęły dwie Polki. No bo skoro nic nie ma sensu to dlaczego nie terroryzm. Dla mnie film o pułapkach nihilizmu. Myślę, że tegoroczny festiwal będzie przebiegał pod hasłem poczucia totalnej alienacji i absurdu - niby nic nowego, ale próba nadania ważności absurdowi egzystencji jest charakterystyczna dla kilku już obejrzanych filmów.

NIEMIŁOŚĆ zaczyna się to jak komedia małżeńska, jakaś antykomedia romantyczna, by zmienić się z czasem w potworny dramat, który swój epilog znajduje w obojętności dwojga głównych bohaterów. Znów jakiś dojmujący nihilizm, szukanie ucieczki od pustki, popadanie w egoizm, które niszczy wszystko dookoła. Niby szczerość, okazująca się grą pozorów. Zwiagincew może nie level "Lewiatan", ale bardzo dobry. Wszystko to przeplatane absurdami rosyjskiej codzienności.

HAPPY END Takiej autoironii, takiej szydery z własnej twórczości nie spodziewał się chyba nikt. Jest to autoironiczne oskarżenie sztuki, która stara się zabierac głos, ukazywać problemy ale tak naprawdę nie jest w stanie zrobić nic naprawdę. znów nihilizm na poziomie, do którego przyzwyczaił nas Haneke. Śmiech przez łzy. Niemożność i wypełnianie pustki, trud Syzyfa - jedyne co nam pozostało.

TWÓJ VINCENT Film dobry - do szkół, najlepiej nowych podstawówek, ożywione obrazy van Gogha, strona wizualna ok, ale wszystko zabija jakaś sensacyjna fabuła, infantylne śledztwo w sprawie śmierci van Gogha. Więc lepiej wyłączyć dźwięk i oglądać same animacje.

SŁUŻĄCA Bardzo ładny film, zaległość z zeszłego sezonu. Generalnie mimo urody nie moja bajka. Jak sobie pomyślę, że ta konfekcja wygrała Filmastery z Synem Szawła...


nowe i horyzontowe cz 2

NOTHINGWOOD coś wesołego i pozytywnego i to z Afganistanu, gdzie lajtowo nie jest ale jest koleś , który stworzył z "niczego" - stąd tytuł filmu - wytwórnię filmów na wzór Hollywood czy Bollywood. Pozytywnie zakręceni i nakręceni mimo zamachów i trupów na ulicach. Cichym bohaterem tego filmu jest reżyserka, Francuzka, która niesie tym ludziom pomoc i pozwala nam odkryć promyki normalności w tym nienormalnym świecie. No i jest mega śmiesznie!

ZIMA No tutaj nie ma że boli, porządne, dopracowane w detalach slow movie z Argentyny. Męskie kino w scenerii chyba pampy, w każdym razie są góry i owce, dużo owiec i jest strzyżenie owiec. I jest konflikt dwóch samców alfa, młodego i starego, ale w świecie bez prawdziwych wartości wartosci przegrywają. Czyli temat przewodni cały czas aktualny

WSZYSTKIE MIASTA PÓŁNOCY dwóch gości, jeden młody, drugi starszy, mieszkają w wybudowanej w latach 70 czarnogórskiej miejscowości Lagos, której celem były nowoczesne jak na rzeczywistość socjalistycznej Jugosławii targi, ale dziś jest to betonowa pustynia. Jest tak jak w "filmie o chodzeniu po lesie zimą" - chodzą, chodzą, palą w domach ogniska, mają namiot z brezentu, który też jest rozbity w jednym z domów, Podobały mi się sceny szczekania psów po nocy, bo to jak w Gnaszynie. Jesli chodzi o potrzeby fizjologiczne to posikują na mur jak wyżej wymienione pieski. Jesli chodzi o "dwójkę" to nie wiadomo. nie mówią za dużo, tylko trochę o historii i bajki o braciach i wróżce. No i jeszcze kąpią się po nocy, więc są czyści, nie tak jak klasyczni homeless. Dobre kino.

MANIFESTO Kate Blanchet wciela się 13 współczesnych postaci, wyglaszających słynne manifesty artystyczne. Znów film o wyczerpaniu idei, gdzie brakuje punktu oparcia, gdzie wszystko jest labilne i niepewne, a pewność z jaką autorzy wygłaszali swe recepty na świat dziś może jedynie śmieszyć. I taki jest ten genialnie i humorystycznie zagrany przez Blanchet popis. Popis jednak oparty na dość prostym pomyśle. Ale ładne.

FABRYKA NICZEGO Mój faworyt. Epicki, 3-godzinny fresk o śmierci słów kapitalizm, socjalizm. Po raz kolejny film , który mierzy się z tematem wyczerpania i denominacji sensów wokół których toczylismy wojny do tej pory. Wyzysk istniał póki praca miała swoją wartość, dziś stajemy w obliczu bezwartościowości ludzkiej pracy. Portugalczyk sięga po szeroki wachlarz środków formalnych i coraz potrafi zaskakiwać widza w filmie, który jednak jest głęboko zakorzeniony w kinie społecznym ale znajdziemy tutaj elementy komedii i musicalu. Trzeba zwrócić jeszcze uwagę, że jest to kino autotematyczne, film o filmie, ale Pinho ani na moment nie przestaje poważnie traktować swoich bohaterów i ta bliskość sprawy .spaja film w monolit. Bardzo pozytywnie i oryginalnie.


nowo acz horyzontowo 3

PO TAMTEJ STRONIE Niedziela zaczęła się trochę smutno, ale bardziej wesoło, bo to najśmieszniejszy film Fina od czasów "Leningrand Cowboys". Jak to u Kaurismakiego jest nostalgia, jest oldskul, jest klasyczny rock w jego różnych odmianach w przerwach. Jest to w dużej mierze historia uchodźcy z Aleppo, więc jest to aktualne. W zestawie indywidualistów, trochę dziwaków znalazło się miejsce dla arabskiego uciekiniera, który sam nie umie określić, co wyznaje. Bardzo typowe, czyż nie? Przecież na świecie nie ma radykałów.
CHOMIKI nowohoryzontowicz tańczy, lubię mockumenty ale ten nie,mocku- video-art, odnoszący się do legendy na temat sredniowiecznej plagi Św. Wita, że w poczuciu beznadziei ludzie zaczynali szaleńczo tańczyć. W dobie terroryzmu plaga tańca powraca, choć z tańcem to ona nie ma wiele wspólnego - jakieś drgawki. Do tego seny "tanca" przeplatane są performancem, gdzie ktoś sobie zaszywa usta - z detalami, choć czarno-biało. Do tego staruszek, który snuje teorię marności w oparciu o Koheleta. Bardzo dziwne i bardzo daleko od ok. A o chomikach mało co - trochę tylko pogawędziły i tyle.

WESTERN męski świat. Z reguły to jest tak , że to Bułgarzy jeżdżą do cywilizowanych Niemiec . A może tak było? Bo tutaj cywilizowani Niemcy przyjeżdżają na bułgarską prowincję i to tak przyjeżdżają jakby szukali przygód, szukali westernu, choć to przecie eastern. Ale wszystko tak samo jak w westernie to gra, popisy męskie, sprawdziany męskości. No i są konie. Jak w prawdziwym westernie.

LUDZKA FALA wychodzi od tematu męskiej prostytucji, by podążać za chłopakami z odległych dla nas zakątków globu i śledzić ich, kim są naprawdę, jak żyją, jakie są ich emocje i relacje. Surowość kamery z telefonu komórkowego powoduje w tym wypadku wrażenie autentyczności, a przede wszystkim transowości.
SEXY DURGA indyjskie kino drogi zawodzi na bezdroża, tu nie ma miejsca na zdrowy rozsądek, gps-y, nie ma miejsca nawet na papierowe mapy. Są za to czary-zmory i mity. No i jest heavy metal po indyjsku i to były dla mnie jedyne dobre momenty w tym filmie Po prostu goście, którzy lubią sobie powisieć na hakach nie wzbudzają mojego zaufania


nowe hryzantemy 4

NIESAMOWITE ALE PRAWDZIWE Mroczny czyli meksykański romans z wysypiska śmieci. Trudne kino społeczne z promykiem nadziei. To historia miłosna, która opowiada o tym drugim Meksyku, brutalnym Meksyku ze śmietniska. Przypomniałem sobie dokument "Wysypisko" i zrzumiałem, że pokazywanie takiego miejsca jako atrakcyjnego dla artystycznych eksperymentów to oszustwo. Lipkes też chciał zrobić dokument, ale poznając dramat ludzi, którzy wśród śmieci znajdują np ludzkie zwłoki, odszedł od tego i stworzył mroczną, pełną bólu fabułę o pragnieniu miłości ludzi ze śmietnika historii. Kwestią otwartą pozostaje, czy uda im się stamtąd uciec?

PHOTON Jared Leto opowiada historię świata, wizualizując drobne elementy, od których się zaczęło Bozon Higgsa, fotony, kwarki, w sumie atomy to już jest mega skomplikowany poziom. Ciekawe i pouczające. Dla mnie ciekawsze niż pseudonaukowe popisy Hawkinga na Discovery Ważne, że Leto i naukowcy nie rozstrzygają o istnieniu czy nieistnieniu Boga i mówią o tym, co już wiedzą

Wszystko INNE powiem szczerze, nie spodziewałem się, że jakiś film mnie zamęczy. Widziałem wiele slow, ale ten to jest slooow Godzinę bym wytrzymał bez problemu, ale ostatnie 0.5 to była droga przez mąkę. To że życie pani Flor straciło sens to jedno, ale po takim seansie można stracić wiarę w kino. Na otarcie łez są sceny spod damskiego prysznica 60 + i 100+ kilo. Biurwy po menopauzie znam z autopsji i mam ich dość na codzień.
World is mine - coś tam słyszałem o fenomenie cosplay, że w Japonii istnieją takie wirtualne gwiazdy i że to w ogóle jest przyszłość - związki z robotami. Tłumy na koncercie , gdzie wyświetlają jakiś film 3D robią wrażenie. Ann Oren przebiera się za jedną z takich gwiazd - Hatsune Miku, by przeniknąć w ten świat i go zrozumieć. I to jest fajne, a momentami zabawne. Trochę mniej fajne jest to , że jest to film skromny, bo aż prosiło się o wizualne przenikanie światów cyberprzestrzeni i realności. Tego mi brakło.
KUSO to lubię, oblech na wariackich papierach, takich wariactw szukam, film sam w sobie jest kolażem obrazow i scen z jakiegoś chorego swiata, dla mnie to świat postapo, jakiś popromienny wybryk, który odchodzi w nonsens, a im bardziej jest porąbany tym lepiej, albo gorzej, najgorzej, czyli najlepiej. Szczegółów oszczędzę. Znów wyczerpanie, dno kloaki, dół g. rozpad. Sceny takie jak ruchanie gówna są tutaj na porządku nocnym, bo to nocne szaleństwo.



mój nowohryzostomowy karuzel 5

CZŁOWIEK Z LONDYNU Tarr interpretuje Simenona w duchu kina noir, nie tracąc nic ze swojego charakterystycznego stylu. Przepiękne , sterylne kadry tworzą dojmujące poczucie wewnętrznej pustki tego świata. Jeden z tych filmów, na które przyjechałem.
PODRÓŻ PO NIZINIE WĘGIERSKIEJ Tarr przenosi na ekran poezję Sandora Petofiego i tworzy piękny, choć smutny obraz swojej ojczyzny, która jest ukazana przez pryzmat pól, piaszczystych drug, obskurnych barów i odrapanych murów. Skąd my to znamy? A jednak wybrzmiewa w tym krótkim filmie piękna nuta patriotyzmu. Lengyel Magyar ket yo barat.
SZRON Bartas ukazuje konflikt na Ukrainie z perspektywy dwójki młodych ludzi, którzy jadą tam jako wolontariusze. Jest to także swoisty test ich uczucia. Z jednej strony konflikt jest ukazany z perspektywy "widzów" dziennikarzy i ludzi , którzy lubią być w środku wydarzeń, ale jednak z dystansu. Jest to dla nich swoisty sport ekstremalny i nieraz fajna zabawa, gdzie jest miejsce na romanse, bo cień wojny na wszystkich działa jak afrodyzjak. Z drugiej strony jest prawdziwa wojna, męska sprawa, z góry przegrana, o której nie mamy pojęcia, bo nasze wyobrażenia nie są w stanie unieść potworności wojny. Walczący żołnierze są ukazani jak straceńcy, którzy wierzą , że muszą stać na posterunku i dotykać śmierć póki sami nie zginą Jest to chyba pierwszy tak dobry film, opisujący, czym jest wojna hybrydowa, jej "niewidzialność" i jej okrucieństwo. Andrzej Chyra znów bierze się za małolaty.

KALYI Hipnotyczne postapo, czerpiące z tradycji ekspresjonistycznej. Film wizyjny bez okreslonej fabuły, historia miłości po zagładzie. Czy miłość ocali świat? Wg Kelemena samo pragnienie jasności nie wystarczy, by wydobyć się z mroku, który symbolizuje upadek i śmierć. Przypomniały mi się gotyckie klimaty z Bolkowa.

Gdzie jest Rocky 2? Poszedłem dla Rocky'ego, a dostałem coś jak detektywistyczny mockument o poszukiwaniu sztucznego kamienia pośród tysięcy prawdziwych kamieni na pustyni Mojave, ale tak naprawdę świetną komedię o pisaniu scenariusza filmowego. Jest Rocky, jest mockumentary, jest film w filmie i jest do smiechu, więc bylo to, co lubię, choć czasami miałem wrażenie, że ekipa bawiła się lepiej niż publiczność na seansie. Jedna ważna rzecz - profesjonalny poziom realizacji robi różnicę w porównaniu do takich eksperymentów jak Chomiki czy World is mine, a ja lubię jak się widza serio traktuje nawet jeśli się go robi w konia.


nowechromosomy 6

 OGARY MIŁOŚCI taki horror, że od samego początku chwyta cię za gardło i nie puszcza do samego końca, nie dlatego że pokazuje parę sadystów uprowadzających i mordujących młode dziewczeta, nie dlatego że są tutaj litry krwi, bo prawie nie widać przemocy, ale dlatego, że te obrazy pokazują wszystkie chore emocje, które towarzyszą zbrodni.

STRASZYDŁA Czysta radość tworzenia jest wyssana w tym filmie z emocji i entuzjazmu ludzi tworzących park grozy w dawnym zakładzie psychiatrycznym. Ci ludzie to także "freaks", którzy w tej pracy odreagowują nagromadzone przeżycia. Jest śmiesznie, jest radośnie, jest ok.

FANTASTYCZNA KOBIETA Ładne, ładne. Cieszę się, że obejrzałem i mam za sobą. Z ducha Almodovara.

Zmierzch FREDA KELEMENA po prostu przepiękny i dekadencki. Nocny świat wyrzutków i obskurnych knajp jest tłem . dla przepięknej historii miłosnej, która dzieje wśród umierającego świata. Wszystko tonie w sepii i półcieniach. Powolne, subtelne ale mroczne kino. Mój film tej edycji. To już wiem.

REQUIEM DLA PANI J. Sześćdziesiona, która umiera, sześćdziesiona, która się budzi. Pokazać by ten film tej reżyserce od "Wszystko inne". Jest w tym filmie Mitteleuropa i jej melancholia, jest i smutno i śmieszno, jest znany nam krajobraz post-demoludowy, a wszystko bardzo spokojnie opowiedziane i z odpowiednio dawkowanym humorem. O poszukiwaniu siebie we mgle absurdu.


nowiichromobrązowi 7

20th CENTURY WOMAN bardzo przyjemna i często śmieszna komedia o dorastaniu i przemijaniu w ogóle. Bardzo subtelny, można rzec kobiecy, chociaz głównym bohaterem jest nastolatek. Mike Mills , reżyser "Debiutantów", powraca do roku 1979 jako do końca pewnej epoki, którą kojarzy ze szczęśliwym dzieciństwem, końcem ery punk rocka i końcem prezydentury Cartera. Świat ukazany przez Millsa, mimo że momentami boli, wydaje się być niewinny, dziewiczy. Wiąże się to także z przeżyciami głównego bohatera i jego inicjacją. Żeńska część obsady "American Beauty" nie zawodzi dużych oczekiwań.

W UŁAMKU SEKUNDY Porządna sensacja i porządny dramat sądowy z porządną tezą, że źródłem europejskiego terroryzmu są biali faszyści. Profesjonalna robota 100%

MENASHE Kameralny film, ukazujący społeczność ortodoksyjnych Żydów mieszkających na Brooklynnie. Jest to pierwszy taki film od czasów II wojny światowej, w całości w języku jidisz. Obyczajowa komedia ukazuje tytułowego Menashe, który boryka się z problemami z samotnym wychowaniem syna po śmierci żony, choć i tak ma dużo kłopotów sam ze sobą . Trochę taka rola jak Hoffmana w Sprawie Kramerów. Rzeczywistość tego świata jakby się zatrzymała kilkadziesiąt lat wstecz, ludzie ci starają się żyć z dala od rewolucji informatycznej i ich problemy z tej spokojnej perspektywy, z dala od współczesnej gonitwy, wyglądają zupełnie inaczej. Ciekawe, inne kino.

1945 Sa filmy wazne artystycznie, są filmy ważne politycznie, są filmy ważne społecznie itd. 1945, film o tych którzy wracają, jest ważny ze wszystkich tych powodów. NAJWAŻNIEJSZY FILM FESTIWALU i kolejny głos w dyskusji o holocauście. I kolejny dowód na doskonałą kondycję kina węgierskiego. Lengyel Magyar ket yo barat. Wspólny los.

APART CLAIRE dobry film na pożegnanie, bo mi nie żal , takie pogadane z Isabele Huppert

piątek, 4 sierpnia 2017

Recenzja książki "Wagiel" Wojciech Bonowicz, Wojciech Waglewski wyd. Znak

W.W.wywiad albo książka- rozmowa

                                                                     oficjalna recenzja

 Autor recenzji:

Są wywiady, wywiady-rzeki i książki-rozmowy. Kiedy spotyka się dwóch takich Wojciechów to wybór może być tylko jeden, bowiem rozmawiają Wojciech Waglewski – muzyk Osjana i VooVoo, a prywatnie ojciec Fisza i Emadego oraz poeta, krytyk i autor książek-rozmów – Wojciech Bonowicz. Obaj panowie znają się od dawna i właśnie z tych spotkań powstała jedyna w swoim rodzaju książka-rozmowa-rzeka - „Wagiel. Jeszcze wszystko będzie możliwe”.

Rozmowa ta ma układ chronologiczny. Waglewski opowiada o swoim życiu od dzieciństwa, poprzez szkołę po karierę muzyka, która trwa do dziś. I nie jest to historia polskiego rock'n'rolla, która jest powszechnie znana, bo też Voo Voo nie uzyskało w latach 80. statusu takiej gwiazdy jak Maanam, Republika czy Lady Pank. Waglewski zawsze był trochę z boku, bardziej interesował go eksperyment niż tworzenie hitów dla Listy Przebojów „Trójki”. Waglewski i jego artystyczne emanacje, Osjan, VooVoo, I Ching, zawsze były w awangardzie muzycznych zjawisk na polskiej scenie rockowej lat 80. i 90. I właśnie z tej perspektywy możemy spojrzeć na historię rocka – z perspektywy ludzi, którzy nie biegli za modami, nie schlebiali gustom, ale podążali swoją własną drogą.

Ta droga nie zawsze była usłana różami, ale była drogą własną. Dzięki temu Waglewski mógł pozostać sobą. Nie musiał się nikomu podlizywać. Ceną było czasem niezrozumienie, czasem niedocenienie, ale charakterystyczną cechą tej rozmowy jest skromność – nie żadne na pokaz uniesienia jak to ktoś skrzywdził dobrego muzyka, a takie Kombi w teledysku jeździ Porsche, ale autentyczne pogodzenie ze swoim statutem nie-gwiazdy i nie-celebryty. Ten stoicyzm, spokój, jakaś niewypaczona męskość, brak histerii – tym emanuje ta książka.

Wojciech Waglewski opowiada o swojej rodzinie i przyjaciołach. Na pierwszym miejscu wśród osób bliskich jest jego żona, Grażyna Waglewska. W pewnym sensie ta książka-rozmowa-rzeka jest o tym jak przetrwać w związku od liceum po muzeum. Waglewski daje prostą receptę – miłość. Jak jest uczucie, więź emocjonalna między ludźmi, to całą resztę da się przetrwać. No i bohater pokazuje jak brać na siebie, czyli być odpowiedzialnym – także za swoją wybrankę, także za swoje dzieci. Tak, to naprawdę męska książka.
Powiem jeszcze, że mocno się bałem, że będzie to przepełnione jakimiś politycznymi wyziewami, rozwodzeniem się jak to zaprzepaszczamy kolejną szansę, rejtanowskim rozdzieraniem szat nad smutnym, pisowskim losem polskiej kultury. Nic z tego - Waglewski jest znany między innymi z tego, że nie opuścił "reżymowej" Trójki i dalej prowadzi tam swój "Magiel Wagli". I chociaż pewnie tego rządu nie kocha, to nie przeszkadza mu to puszczać dobrej muzyki. Cóż, taka moda polityczna, ale Waglewski pozostaje taki sam - czy to komuna, czy po-land, czy pis-land. I o tym jest ta książka. I o to cho. 

piątek, 28 lipca 2017

Recenzja książki "Katedra" Jorisa-Karla Huysmansa -wyd. Instytut Globalizacji

Powieść- modlitwa

Autor recenzji:
Tytuł książki: Katedra
Autor książki: Joris-Karl Huysmans
                                                                     oficjalna recenzja
Przypomnieliśmy sobie o nim dzięki wybitnej powieści Michela Houllebecqa „Uległość”. Jej bohater, Francois, jest specjalistą od twórczości Jorisa-Karla Huysmansa, dziewiętnastowiecznego pisarza, który był typowym dekadentem, człowiekiem doświadczającym bezsensu istnienia i oddawania się rozpustnemu życiu, co miało wypełnić dogłębne uczucie duchowej pustki. Huysmans opisywał te doświadczenia w swoich wcześniejszych dziełach takich jak „biblia dekadentyzmu” - „Na wspak”, która zyskała wśród współczesnych miano „sodomicznej”. W swojej kolejnej książce - „La Bas” 1895 – opisywał zjawisko satanizmu i kto wie, czy ten fakt nie miał wpływu na jego konwersję? Już cztery lata później wychodzi „W drodze” - pierwszy tom trylogii, będący świadectwem poszukiwania Boga i nawrócenia. Książka ta była była wydana w 1960 roku przez wydawnictwo PAX. Dziś, po ponad pół wieku, możemy dzięki Instytutowi Globalizacji zapoznać się z drugim tomem cyklu – powieścią „Katedra”.

Główny bohater, Durtal, przybywa do katedry w Chartres, by w skupieniu rozmyślać nad swoim życiem. Namówiony przez swoich przewodników duchowych, pod pretekstem artykułów poświęconych sztuce sakralnej, musi zmierzyć się z najważniejszą w swoim życiu decyzją, dotyczącą całkowitego poświęcenia swojego życia Bogu jako oblat – świecki mnich. Ostatnia część trylogii Huysmansa nosi właśnie tytuł „Oblat”. Takie też były koleje samego Jorisa-Karla Huysmansa, dlatego śmiało mogę założyć, że powieść „Katedra” ma charakter autobiograficzny.

A jest to autobiografia wewnętrzna, wręcz duchowa. W scenerii katedry w Chartres, która jest mostem łączącym dwa potężne style sztuki średniowiecza – romański i gotycki – widzimy zmagania człowieka, który porzucił dawne życie, ale jeszcze nie przestąpił progu życia nowego. Opisy i analizy piękna sztuki sakralnej, motywów i symboli, z których jest utkana opowieść o zbawieniu zawarta w murach Chartres są pretekstem dla opisu wędrówki rozdwojonej duszy. To jest uniwersalny wymiar tej powieści – metafizyczne rozdwojenie między ciałem z jego skłonnością do racjonalizmu i duchowością, anielskim lotem ku Niebu. Żadna ze znanych mi książek nie oddała tego dylematu w tak głęboki sposób. Huysmansowi udało się to, bo opisał swe doświadczenie, gdy stał na samym progu wyboru, gdy dokonywał rozliczenia ze swym własnym życiem.

Katedra słów, którą buduje francuski autor nie powstałaby bez erudycji, bez olbrzymiej wiedzy na temat sztuki sakralnej w ogóle, a w szczególności na temat średniowiecza i stylów romańskiego i gotyckiego. „Katedra” jest w pewnym sensie przewodnikiem po tych zagadnieniach – rozmowy prowadzone na temat sztuki średniowiecza są kopalnią wiedzy na ten temat i jest to kolejny, bardziej praktyczny wymiar tej książki. Co więcej – wykład historii sztuki według Huysmansa jest napisany barwnym, acz prostym językiem, dzięki któremu jesteśmy w stanie wejść w gąszcz tajemniczych znaczeń i symboli. Nie jest to popis erudycji, aby czytelnika ogłuszyć, ale by go zauroczyć, zbliżyć do wielkości i absolutu, do sztuki, która chciała wyrazić niewyrażalne, która przenosiła wiernych w inny wymiar.

Ale w swej istocie "Katedra" to powieść-modlitwa, która toczy się w kontekście sztuki średniowiecza. Łącząca elementy architektury romańskiej i gotyckiej katedra w Chartres jest dla narratora pretekstem, by snuć rozważania na temat Boga nie tylko w sztuce, ale i w kulturze, w tym jak człowiek sam przestał odczuwać tę wielkość i piękno absolutu, by pozostać na płaszczyźnie pstrego kiczu i tandety. To także książka o tym jak człowiek nie może znieść tego, co naprawdę wielkie i wzniosłe, bo go to przerasta i przeraża zarazem. Ten powieściowy zamysł nie udałby się bez wielkiego języka i wspaniałego tłumaczenia Marcina Masnego.