Dom (zly)

Dom (zly)

środa, 7 lutego 2018

Recenzja filmu "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri"

Bardzo prosta historia

Martin McDonagh nie jest rodowitym Amerykaninem. Ma 48 lat i pochodzi z Wielkiej Brytanii. Znany jest z komedii kryminalnych takich jak „In Bruges” (nie cierpię polskiego tłumaczenia „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj”) i „Siedmiu psychopatów” - daleko tym filmom do fajerwerków Guya Ritchiego. Jednak to, co robi w swoim amerykańskim debiucie „Trzy billboardy do Ebbing, Missouri”, to jest skok z potrójnym saltem na głęboką wodę amerykańskiej tradycji.

Mildred Hayes (ekstremalnie brawurowa Frances McDormand) cierpi po stracie córki, która została zgwałcona i brutalnie zamordowana. O d kilku miesięcy miejscowym policjantom z miasteczka Ebbing w stanie Missouri nie udaje się w tej sprawie niczego ustalić. Szefem miejscowych stróżów porządku jest powszechnie szanowany Szeryf Bill Willoughby (Woody Harrleson jako szowinistyczna męska świnia 100% i 100% męskiego ciepła i opiekuńczości pospołu) i to on staje się obiektem ataku zdesperowanej Mildred. Wynajmuje ona trzy billboardy przy zapomnianej drodze i umieszcza na nich hasła szkalujące miejscowych stróżów prawa z Willoughbym na czele. W małym miasteczku rozpętuje się wojna.

Trzy billboardy” to film wywiedziony z amerykańskiej tradycji, z Faulknera i Cormaca. To film o prostych ludziach i prostych emocjach opowiedziany w prosty sposób. Martinowi McDonagh udało się utrzymać cały obraz w klimacie takiej szlachetnej prostoty. Dzięki temu, że reżyserowi udało się cały czas zachować balans między dramatem a komedią, między prostą mądrością a ludzką głupotą, między szczerym dobrem a zwyrodniałym bestialstwem, film nie traci autentyczności swej etycznej wymowy. A było przecież tak łatwo wpaść w moralizatorski ton. Tymczasem to po prostu bardzo prosta historia.

Ten efekt szlachetnej, zamierzonej prostoty uzyskał McDonagh dzięki absolutnie perfekcyjnym kreacjom aktorskim - „Trzy billboardy” to koncert wirtuozów aktorstwa i to nie tylko w pierwszoplanowych rolach. Obok Harrlesona i McDormand największe wrażenie robi kreacja Sama Rockwella w roli policjanta Dixona – wiejskiego przygłupa, żyjącego pod jednym dachem z matką alkoholiczką. Postać Dixona wydaje się z pozoru wizerunkiem typowego „rednecka”, znęcającego się nad „kolorowymi” i żłopiącego na przemian whiskey i browar – brutalna postać bez szans na przemianę. Ale McDonagh tę szansę swojemu bohaterowi daje. I wygrywa, bo wychodzimy poza schematy w postrzeganiu ludzi, wychodzimy poza strach, wynikający ze stereotypów, bo u McDonagh okazuje się, że stereotypy to nie tylko postrzeganie uciśnionych mniejszości, ale także ci, którym z góry przypisujemy negatywne role.

Nie tylko rola Sama Rockwella uderza swoją bezpretensjonalnością i szczerością. Niemal każdy epizod w tym filmie to perełka. Z takich aktorskich diamencików jest utkany cały ten film, który niby niczym nie zaskakuje, niby jest tradycyjnie sfilmowany, ale coś powoduje, że odbieramy go w wyjątkowy sposób – bohaterowie są tutaj tragiczni i śmieszni, jakże bezradni w swej walce ze złem i śmiercią; skazani na porażkę, jakże często nieudolni a jednak heroiczni w pragnieniu dobra. Hasło „czyńmy dobro” już dawno nie wybrzmiało dla mnie w sposób tak szczery i autentyczny jak w filmie „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”.

poniedziałek, 5 lutego 2018

Recenzja książki "Lakrimma" Konrada Ludwickiego - wyd. Śląsk

Dnie i noce

„Lakrimma” Konrada Ludwickiego jest romansem. Rzadkim rodzajem męskiego romansu. Męskiego, bo pisanego z punktu widzenia mężczyzny. Łzawe lub czułe opisy nie są domeną męską. Mężczyzna w miłości staje się bezbronny. Dużo bardziej pasuje mu rola łowcy, twardego samca, walczącego o prymat. Uczucie kobiety jest wtedy dopełnieniem jej podziwu. Atawizmem. Bezpiecznym gruntem odziedziczonym od przodków z jaskini.

Ludwicki nie boi się uczucia. Miłość jest jednak dla narratorów jego powieści terenem niebezpiecznym. Niebezpiecznym, bo ulotnym, zmiennym. Uczucie dla Ludwickiego to nie wspólne „noce i dnie”, zaprzepaszczone w rutynie przebłyski tęsknoty za prawdą. „Dnie i noce” Ludwickiego są ścieraniem się, codziennym stępianiem się ostrych i wyrazistych pragnień, gwałtownymi zderzeniami skrajnych emocji.

Maski tej miłości zmieniają się. Bohaterowie mają wiele twarzy, ale poszukują tej jednej, prawdziwej. Wytrącenie się z typowych ról społecznych jest dla nich zgubne, nie potrafią zaakceptować półprawd i gierek, ta szczerość jest destrukcyjna. Miłość dla tych dwojga jest aktem bezkompromisowej szczerości, której nie są w stanie unieść. Widmo tragedii czai się za każdym gestem i słowem. Te „Dnie i noce” wypełnione są sobą i sztuką aż do zatracenia.

Bohaterowie uciekają w piękno, w kulinaria, w dyskusje. Byle dalej od codzienności, która próbuje ich dosięgnąć. Rytm i kolory miłości to rytmy muzyki i kolory obrazów, to motywy literackie i fragmenty filmów, to wspólne posiłki, będące preludium miłości. Te kulturalno-kulinarne wątki są literackimi przyprawami – czasem unoszą naszą wyobraźnię wysoko, czasem jest ich po prostu zbyt wiele, nie mniej ta natrętna momentami estetyzacja życia jest pełna wiary w sens piękna i sztuki.

A „Lakrimma” to taka krótka powieść, ale w duchu „slow reading”. Przy jej lekturze nie wolno się spieszyć, trzeba się nią delektować i cieszyć powoli. Tak jak powinniśmy delektować się miłością i życiem, które pędzi, zamiast być dla nas przestrzenią kontemplacji i piękna. Ludwicki w swojej prozie chce nam o tym przypomnieć.

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Recenzja książki Konrada Ludwickiego "Bóg Zło Modlitwa" - wyd. Universitas

                                                     okładka www.universitas.com.pl

Bóg Zło Modlitwa – porządkowanie absurdu

Konrad Ludwicki poświęcił swą monografię książce znalezionej w bibliotece. Była ona wystawiona przy okazji bibliotecznych „porządków” i można było ją sobie zabrac do domu. Owe „porządki” polegają na tym, że usuwa się z księgozbioru stare książki, by dac miejsce nowościom – kryminałom i romansom z pięknymi okładkami. Kto zwróciłby uwagę na starą, potarganą książeczkę? Na szczęście znalazł się ktoś, kto po upływie pół wieku odkopał „Uwagi 1940-1942” Karola Ludwika Konińskiego, książkę poświęconą doświadczeniu choroby, umierania, cierpienia, ale przede wszystkim poszukiwaniu Boga w kontekście sytuacji granicznych jak mówili o nich egzystencjaliści.

Uwagi” Karola Ludwika Konińskiego są w duchu i z epoki egzystencjalizmu. Pochodzą one z okresu ostatnich dwóch lat życia pisarza, który cierpiał na gruźlicę kości i odchodził długo w wielkich cierpieniach. Na doświadczenie bólu, świadomości śmierci, choroby nakłada się doświadczenie wojny i śmierci bliskich osób. Kilka lat wcześniej samobójczą ginie jeden z najbliższych przyjaciół Konińskiego – Stanisław Ignacy Witkiewicz. Okres wojny to czas, kiedy horyzont ludzkiego poznania przesłania wszechobecny tuman śmierci. To wobec niej stoi człowiek ze swoim prywatnym strachem i bólem.

To intymne doświadczenie staje się punktem wyjścia dla refleksji teologicznej. Spiętrzone zło osacza pisarza, a on przeciwstawia mu się umysłem i duszą. Koniński porządkuje myślą i modlitwą absurd. Nadaje sensy tam, gdzie wielu by się poddało. „Uwagi” ta mała, zapomniana książeczka to wyraz wielkiego heroizmu – bohaterstwa polegającego na wewnętrznej pracy, budowaniu perspektywy nadziei i miłości tam, gdzie przygnieciony złem człowiek mógłby zacząc złorzeczyc. Postawa Konińskiego to bunt konstruktywny, ucieczka do przodu poza ból i przerażenie. To irracjonalne doświadczanie tajemnicy, że to wszystko jest po coś, że istnieje sens, którego nie pojmujemy, tak jak nie pojmujemy, skąd przyszliśmy i po co tu jesteśmy.

Tysiąclecia cywilizacji, idea oświeconego rozumu, kult nauki. I człowiek – pascalowska trzcina na wietrze – z jednej strony grzęznący w swej pysze, z drugiej tak bezradny wobec żywiołów i zła, którego doświadcza chocby myślą, chocby samą świadomością wielkiego cierpienia, które jest wszechobecne w świecie, absurdalnego i przekraczającego mozliwośc rozumienia niezawinionego cierpienia bezbronnych. Choroba, śmierc zostały wyeliminowane z ludzkiej perspektywy doświadczenia, bo bezradnośc, niemoc są największymi grzechami naszej cywilizacji i nie ma na nie zgody. Człowiek współczesny mówi absurdowi NIE. I za każdym razem przegrywa. I za każdym razem nie chce się do tej porażki przyznac.

Koniński stawia na pokorę. Koniński mówi absurdowi TAK. Koniński uznaje tajemnicę i metafizykę.


Ta zlikwidowana mała książeczka w łódzkiej bibliotece, to skromne i niepozorne dzieło, zostało przez Konrada Ludwickiego odkopane jak archeologiczny eksponat w świecie dyktatu technologii. I za to należą się podziękowania autorowi monografii o Karolu Ludwiku Konińskim, że jak mówił Hrabal, potrafił dostrzec „perełkę na dnie”. Refleksja teologiczna Karola Ludwika Konińskiego to osobista wojna wytoczona absurdowi i piekłu, gdzie doświadczony złem człowiek nie staje się oskarżycielem Boga, ale pokornie pochyla głowę przed tajemnicą, której pojąc nie umie. Refleksja Konińskiego mierzy się z bezkrytyczną apoteozą racjonalizmu, ale jest to perspektywa własnego, osobistego doświadczenia, a przez to czytelnik zderza się z tym, co współczesna kultura nieudolnie chce wyrzucic poza margines ludzkiego doświadczenia, koncentrując się na biologicznym aspekcie życia, a zapominając o sferze ducha.

środa, 24 stycznia 2018

Recenzja "Polskiej Biblioteki Widmowej" Pawła Dunina-Wąsowicza = wyd. Narodowe Centrum Kultury

Techniki do-wyobrażenia

Widmowa biblioteka to projekt Pawła Dunina-Wąsowicza, o którym mogliśmy czytać w „Widmowej bibliotece” z 1997 roku i na łamach gazety „Lampa”, czasopisma już niestety także „widmowego”, ale pozostałego we wdzięcznej pamięci wszystkich tych, którzy sięgali po nie na początku dwudziestego wieku. „Lampa” rozświetlała czytelniczą świadomość Polaków pokolenia „pobrulionowego”. Dzięki niej i Pawłowi Duninowi -Wąsowiczowi pojawiły się na naszej mapie literackie gwiazdy pokroju Doroty Masłowskiej czy Mariusza Sieniewicza. Pozostała także po „Lampie” „Widmowa biblioteka” - wielki projekt polskiej literatury potencjalnej.

Książki „do-wyobrażenia”, które stanowią podstawowy sens „Polskiej Biblioteki Widmowej”, książki wydanej przez Narodowe Centrum Kultury, to dzieła, które nigdy nie zostały napisane. Oprócz autora, tytułu, ewentualnie wydawnictwa i krótkiego opisu, nie wiemy o tych książkach prawie nic, bo książki te istnieją jedynie zapisane na kartach realnych książek prawdziwych twórców. Paweł Dunin-Wąsowicz, wielki bibliofil i miłośnik literatury wszelakiej oraz samej książki jako artefaktu, zapragnął na wzór starych kodeksów spisać to, co nie zostało napisane. Pomysł to przewrotny i na pewno zabawny. Ale czy coś więcej?

Techniki do-wyobrażenia to nierozpoznana dotychczas kategoria literacka. Wszak dzieło literackie to nie tylko twórca i jego zamysł. Wszystko, co zapisane musi zostać wypełnione wyobraźnią czytelnika, jego intencjami i pomysłami. Nie powinniśmy bagatelizować tej czytelniczej instancji i ograniczać jej zasięgu tylko do tego, co miał zamiar przekazać twórca. Każdorazowe odczytania tworzą kalejdoskop tego, co można określić jako czytelnicze wizje. Mogą być one zaskakujące dla samego autora, mogą nawet irytować ignorancją, złą wolą czy wręcz chamstwem, ale nic się z tym zrobić nie da – bo interpretacja, choćby najgłupsza, istnieje od dzieła niezależnie. Ile zła wyrządziły w kwestii czytelnictwa wyżłobione głęboko tory jedynych możliwych interpretacji, wynikających z niepodważalnych kompetencji mądrych moli książkowych, którzy zazdrośnie strzegą swego prawa osądu.

I tutaj wkracza na arenę „Polska Biblioteka Widmowa” ze swoim pomysłem literatury konceptualnej. No dobrze, mówi nam ten leksykon, skoro do zrozumienia dzieła mają prawo tylko ci nieliczni i wybrani, to dajmy czytelnikom coś, co obiektywnie nie istnieje. Dajmy czytelnikom tylko zajawkę, tytuł, autora, skromny blurb, czyli to, z czym ma do czynienia, wchodząc do księgarni czy biblioteki. Tutaj jest tytuł, autor i czyste kartki, owa „tabula rasa”, którą możemy wypełniać swobodnie i bez obaw, że nasze pomysły staną się źródłem drwin. W „Bibliotece Widmowej” proces do-wyobrażania jest niczym nieograniczony, a literatura konceptualna na powrót staje się nieposkromionym żywiołem wyobraźni.

Czy istnieje głębszy sens takiego działania? Skoro książki widmowe to tylko fikcyjni autorzy i fikcyjne tytuły, to po co poświęcać tym ciekawostkom tyle uwagi, by tworzyć potężny leksykon czegoś, co realnie nie istnieje. Ale przecież literatura jest domeną fikcji, literatura to zawsze czyjeś „do-wyobrażenie”, dlaczego więc książki, które nie zostały nigdy napisane miałyby być czymś gorszym od tych realnie istniejących? Być może w tych książkach, jak w „Alefie” Borgesa, kryją się najważniejsze odpowiedzi na tajemnice świata. Tylko wystarczy je sobie wyobrazić i wypełnić tą tajemniczą alchemią jaką jest nasza fantazja.

Paweł Dunin-Wąsowicz ograniczył się tutaj tylko do dzieł polskich autorów i mimo to mamy do czynienia z całkiem pokaźnym spisem widmowych ksiąg. W „Polskiej Bibliotece Widmowej” znajdziemy dzieła najwybitniejszych twórców wszelkich epok, ale i literacką mizerię – autor tego leksykonu, wnikliwy czytelnik książek klasy B, C i D, zawsze cenił popkulturowe inspiracje i potrafił dostrzec w nich to, co poza językiem i erudycją autorów, refleksy geniuszu „światów do-wyobrażenia”. Dlatego mimo alfabetycznego porządku „Leksykon książek widmowych” przypomina trochę literacki bigos, gdzie o smaku decydują ingrediencje wszelkiego pochodzenia, a nie tylko specjalnie wybrane i wyjątkowe specjały.

„Polska Biblioteka Widmowa” Pawła Dunina-Wąsowicza to świadectwo erudycji i miłości do literatury w jej wszelakich przejawach. To książka, która przywołuje wyimaginowane przez literatów światy i pokazuje moc i bogactwo wyobraźni, bo literatura jest tej wyobraźni królestwem. Zagłębiając się w lekturę tych książek „do-wyobrażenia” wyzwalamy potencjał własnej fantazji. Dotyczy to także „Polskiej Filmoteki Widmowej”, czyli zbioru nigdy nienakręconych filmów, który znajdziemy pod koniec książki. Ta lektura to w końcu kopalnia pomysłów, źródło inspiracji dla tych, którzy czekają na twórczą wenę – być może znajdą ją właśnie tam?

Dużo pytań w mojej recenzji, ale tym właśnie jest „Biblioteka Widmowa” - zbiorem pytań, co kryje się za tytułami wyimaginowanych ksiąg. Można w tej księdze szukać jak w labiryncie, odnajdywać nowe ścieżki i tropy, dostrzegać wesołe lub intrygujące pomysły, można się także z przjemnością i bezpiecznie zagubić, uświadamiając sobie, że kreatywność literacka jest bezkresna. Alfabetyczne uporządkowanie tej książki jak powiedziałem jest pozorne, bowiem nie sposób uładzić czegoś tak nieokiełznanego jak twórcza wyobraźnia.

niedziela, 14 stycznia 2018

Moja 10 filmowa 2017

Moja dziesiątka filmowa 2017

To był trudny wybór, kinowe olśnienia zdarzały się w kinie wyjątkowo często. W kinie byłem 120 razy. Do tego dochodzą filmy, które nie dotarły do szerokiej dystrybucji takie jak „Ogary milości” i genialny „Ornitolog”. Skoncentrowałem się jednak na tych filmach, które widziałem w kinie, najczęściej w studyjnym, częstochowskim Ośrodku Kultury Filmowej „Iluzja” - to był dobry rok dla tego kina i tylko utrzymac poziom, takie noworoczne życzenie. Do kina uciekałem co 3 dzień w roku, uciekałem przed „kulturą narodową” i przed „kulturą niepodległą”, przed miesięcznicą i przed KODem, przed Macierewiczem i przed Tuskiem. Tam było pięknie. Spróbowałem i wyszło mi tak.

10 Sieranevada
Kino byłych demoludów dobrze ma się w Rumunii, na Węgrzech też nie najgorzej, ale najlepszy film z tej części Europy należał do Rumuna – Cristiana Puiu. Kulinarny komediodramat w cieniu śmierci - w kilku ścianach rumuńskiego mieszkania z czasów Causescu rozgrywa się historia kompleksów, uwikłań i pragnień, dramat brutalnych doświadczeń, niemożności i niespełnienia. Wielkie kino, które dobrze rozumiemy.
9. The Square
Ostlund próbuje zadac naszej kulturze pytanie - kim jesteśmy? Z jednej strony sarkastycznie obnaża naszą bezdusznośc i zamknięcie weleganckich gettach politycznej poprawności, z drugiej nie kryje obaw co do „barbarzyńców” i czy Europa jest w tym zderzeniu w stanie ocalic własną tożsqamośc . obok tych wszystkich fajerwerków, satyr i ironii na temat sztuki współczesnej jest to pedagogika najwyższych lotów. Jaki jest nasz przekaz do naszych następców, co przekażemy naszym dzieciom Na tym filmie śmiałem się przez łzy.
8. Ostatni w Aleppo – Aleppo to zburzona przez Niemców Warszawa. Aleppo to symbol, że historia miele dalej nasze marzenia o miłości i pokoju. I ludzie , którzy wbrew ludzkiemu sensowi chcą nieśc pomoc -”białe hełmy” – syryjska obrona cywilna ratuje ludzi spod gruzów zniszczonego miasta. Ten film poraża. Choć owo porażenie jest często wyświechtane, bo tyle zła na świecie i tyle drastycznych dokumentów, to w przypadku filmu Fayyada trudno znaleźć bardziej adekwatne określenie na to, co oglądamy na ekranie. Właśnie nad znaczeniem słów wobec rzeczywistości wojny zastanawiałem się, oglądając „Ostatnich w Aleppo” - bestialstwo, okrucieństwo, wcielone zło, brutalność? Czy te słowa mogą oddać to, czego jesteśmy świadkami podczas seansu? Nie ma takich słów. Reszta jest milczeniem.
7. Ostatnie dni miasta – Kair w przededniu rewolucji islamskiej. Film łączący realizm i ludzkie dramaty z poetycką refleksją i poczuciem schyłku wobec świata, który umiera na naszych oczach. Ludzie ludziom.
6. American Honey – potężna piguła optymizmu w tym smutnym czasie. Pozamiatało mną. potężny strzał i wielka dawka pozytywnej energii, to taki film, że wyszedłem z kina i inaczej spoglądałem na świat. Miałem tak kilka razy np. po "Jańcio Wodniku". To taki film o ludziach, którzy nic nie mają ale mają wszystko, bo mają młodość, zdrowie, niebo i słońce, i marzenia. I chociaż bywa źle, to oni dają radę. Ten film bije na głowę oskarowy "Moonlight", a zdjęcia bez przesteru dużo lepiej oddają świat bohaterki. No i Shea Le Bouef!
5. Toni Erdmann – taki smutny i radosny jednocześnie, że człowiek się śmieje, by za chwilę otrzec łzę. O śmierci, o stracie, o pamięci i niewykorzystanych szansach. Przychodzimy – odchodzimy cichuteńko na paluszkach. No i spieszmy się kochac ludzi, bo chociaż zostaną rekwizyty, pamięc, zdjęcia to pozostaną też niespełnione uczucia, niewypowiedziane słowa.
4. „Machester by the Sea” -świat po zagładzie, świat postapo. Nie po tej wielkiej, ale po tej osobistej, prywatnej. Film, który uswiadamia, że masz się z czego cieszyc, otwierając oczy i wracając do swoich banalnych czynności. Casey Affleck jest jak kamień, kamień, który rozbija wszystkie emocje życia zakute w lodzie, tak jak zamrożone jest to małe miasteczko portowe.
3. To Stay A Live. Metoda Houllebeqa – Houllebecq i Iggy Pop tworzą poradnik survivalu dla wrażliwych. Przetrwać. Ale jak to zrobić? Czasami wydaje się, że to po prostu niemożliwe. Bo ileż można się ukrywać? W zakurzonym pokoju napakowanym książkami, barze z tanim piwem i książką Houellebecqa na blacie i mentolowymi fajkami dla świeżości. Jak długo można uciekać do ciemnej sali kinowej – najlepszej baśniowej nory, jaką świat wymyślił . Zanim stworzył swoje „Cząstki elementarne”, czy „Możliwość wyspy” napisał tekst „Resert vivant” - podręcznik dla tych, którzy nie są dopasowani do ram współczesnego świata i dlatego chcą z niego uciec. Dla Houellebecqa, pracownika jakiejś tam ponurej firmy był to początek. „Przeżyć. Metoda Houellebecqa” to film dla takich jak Ty.

2. Łagodna To miasto, to panstwo to więzienie, które wygląda jak kafkowski zamek, a ci ludzie są zaledwie w jego przedsionku. Gdy Łagodna dotrze do środka, trafi tam skąd nie ma powrotu. Ta dantejska symbolika przesyca film Sergieja Łoznicy na równi z kafkowską scenerią. Mniej tu Dostojewskiego, bo „Łagodna” to film o beznadziei. Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy [tu] wchodzicie. A Dostojewski to promyki światła w mroku. Kafka wcale.
I jest to film z Rosji. I Łoznica ani na moment nie pozwala , aby widz o tej dantejskiej Rosji przestał myśleć. I w pewnym momencie spotykają się carska Ruś, sowiecka komuna i współczesna Rosja Putina. Surrealna wizja, przywołująca to co określamy jako „rosyjską duszę” ukazuje właśnie bezduszność, marionetkowość, bajkowy anturaż tego świata, który w swej istocie jest bezduszny. I staje się „Łagodna” prawosławnym misterium, ofiarą składaną na ołtarzu sztuki za winy i bezduszność wszystkich tych trzech Rosji. Sama Łagodna też staje się ofiarą. Ale w świecie bez duszy, bez nadziei i bez Boga nie ma odkupienia.
Nie przypuszczałem, że kino może mną jeszcze wstrząsnąć. A jednak.

1. Zabicie świętego jelenia Lanthimos po bajeczce dla dorosłych, jaką był Lobster powraca do naprawdę ciężkich tematów, powraca do rudymentów, powraca do greckiej tradycji, do mitów, by zmierzyc się z tym , co niezrozumiałe. Duma i pycha współczesnego, racjonalnego człowieka to duma Edypa, który nie chce przyjąc na swe barki tragicznego losu, który ucieka przed odpowiedzialnością, który jest bezradny wobec metafizyki zła. Jak trudno zrozumiec, że mimo tysięcy lat cywilizacji nie posunęliśmy się w zrozumieniu świata nawet o milimetr, a właściwie cofnęliśmy się wciśnięci w kąt przez tony technologicznych gadżetów. Jak zawsze bezradni wobec przeznaczenia. Rary Keoghan -ten młody, nastoletni aktor,niszczy beztrosko nasze nowoczesne poczucie bezpieczeństwa. Wielkie, bezkompromisowe kino!

piątek, 5 stycznia 2018

Recenzja ksiazki "Uczniowie Cobaina" Miroslava Pecha wyd. Stara Szkola

To tylko rock'n'roll, głupcze!

Autor recenzji:
Tytuł książki: Uczniowie Cobaina
Autor książki: Miroslav Pech
 
Tanie wina, u nas zwane kwachami, wypijane w rytm ulubionej muzyki. Próby z narkotykami najróżniejszego rodzaju jak przykładowo grzybki halucynki i wszystko, co wprowadza w stan trochę odmienny od normalnego. Bo normalność to najgorsza opcja. Jest od czego uciekać. Szary dom, nudne życie, rodzina jak zombie – cały ten świat, martwy za życia, nie napawa optymizmem. Młodzi ludzie uciekają w muzykę, używki, byle dalej od nudy i szarości. Chcą, żeby ich życie było kolorowe, żeby nie było nijakie. Może być krótkie, nie może być puste. „Uczniowie Cobaina” Miroslava Pecha są kolejną książką, będącą opisem romantycznych szaleństw młodości, ikaryjskich wzlotów i upadków – na pewno to kolejna taka książka, ale czy inna?

Przykładów takiej literatury jest tak samo wiele jak legendarnych i tragicznych twórców. Nazwiska młodo zmarłych Stachury, Wojaczka czy Bursy, lidera „Dżemu” - Ryśka Riedla to tylko niektóre z polskich przykładów, o których powstały książki i filmy. Podążali oni śladem bitników i legend epoki hipisowskiej – Jima Morrisona, Jimiego Hendrixa, Janis Joplin. Każda nacja ma swoich poetów wyklętych, którzy skończyli życie w tragiczny sposób i takie przykłady można mnożyć bez końca. Jeśli chodzi o czeską tradycję literacką, to trzeba wymienić książkę Jana Pelca „...będzie gorzej”, gdzie opisany został los wyrzutka Olina, szukającego w narkotykach, alkoholu i seksie ucieczki od normalnego świata czechosłowackiej komuny.

„Uczniowie Cobaina”, jak sam tytuł wskazuje, są dziełem o czasach późniejszych. Co prawda zaczynają się w komunie, w niesławnym roku 1986 z Czarnobylem i płynem Lugola, pitym na przerwach między lekcjami. Wtedy bezimienny, ale „kolorowy”, bohater zaczyna fascynować się muzyką i rock'n'rollem. Na początku jest tragiczna śmierć lidera The Beatles w 1980 roku i inspiracja jego legendą. Potem pojawiają się twórcy epoki hipisowskiej – Jim Morrison, Janis Joplin, Jimi Hendrix. Postaci te fascynują „kolorowych” bohaterów – ich legenda to dla nich pragnienie wolności ponad wszelką cenę, nawet za cenę życia.

No i w końcu jest młodość i pokolenie muzyki grunge z Kurtem Cobainem i jego tragiczną legendą na czele. I są alkoholowo-narkotykowe przygody. I jest zespół „Ibogain” od legendarnej halucynogennej rośliny ibogi. I są pierwsze miłości i młodzieńczy seks. I nagle okazuje się, że marzenia o wolności to nie wszystko, że rzeczywistość dopada i boli.

Taka jest właśnie książka - „Uczniowie Cobaina” - ukazuje młodzieńczą fascynację dekadencją i jej konsekwencje. Jest tutaj sporo anegdot i uśmiechu, ale widać w tej książce też pewną beznadzieję i iluzję wolnego życia, które jest jedynie utopijnym marzeniem, kończącym się albo katastrofą albo, na wzór ostatniego komunistycznego czechosłowackiego władyki Gustava Husaka, normalizacją. I na tym polega odmienność wydanej przez Starą Szkołę powieści od innych tego typu dzieł, że nie pozostawia złudzeń. Ale przecież wspomnienia pozostaną – i te głupie, i te śmieszne, i te straszne, i te piękne. I dla tych wspomnień warto sięgnąć po „Uczniów Cobaina” ze Starej Szkoły.

wtorek, 2 stycznia 2018

Moje 50 książek 2017