Dom (zly)

Dom (zly)

sobota, 28 kwietnia 2018

Recenzja książki Piotra Zychowicza"Skazy na pancerzach" wyd. Rebis

Polskie rachunki

Autor recenzji: 
Autor książki: Piotr Zychowicz
oficjalna recenzja LC 



C
W recenzji ostatniej książki Piotra Zychowicza „Niemcy” pisałem na zakończenie tak: „I w tym tkwi siła tego historycznego pisarstwa – jest ono żywe i inspiruje do autentycznej dyskusji. Osobiście marzy mi się książka Pana Piotra na temat „żołnierzy wyklętych”. Może to marzenie się spełni?”. Nie musiałem długo czekać, bo na początku 2018 wydana została przez Rebis książka „Skazy na pancerzach. Czarne karty epopei Żołnierzy Wyklętych”. I jest to jedna z najważniejszych książek historycznych, jakie wydano w Polsce w XXI wieku.
Książka ta jest ważna z dwóch powodów. Po pierwsze jest pisana przez autora, który deklaruje się jako konserwatysta, zwolennik myśli i dzieła Józefa Mackiewicza – jest to o tyle istotne, że w temacie „żołnierzy wyklętych” obowiązuje daleko idąca polaryzacja opinii. Autorzy o lewicowych lub liberalnych poglądach otwarcie piszą o „żołnierzach wyklętych” jako zbrodniarzach, zwykłych rzezimieszkach, którzy zdemoralizowani okrucieństwami wojny zeszli na ścieżkę gwałtu, gdyż uzależnili się od przemocy i jedynie taka mroczna motywacja pozwalała zaspokoić ich rozbudzone wojną, krwawe instynkty. Z drugiej strony obowiązuje apoteoza wszystkiego, co związane z walką patriotycznego podziemia antykomunistycznego po II wojnie światowej, bez względu na to, czego dopuszczali się „żołnierze wyklęci” podczas prowadzonych akcji. „Skazy na pancerzach” pokazują to, co złego wydarzyło się w kontekście ich działalności, ale wskazuje na prawdziwe motywy i umieszcza te akcje w szerokim tle zdarzeń, które tworzyły klimat tamtego okresu. Zychowicz pokazuje jak łatwo było przekroczyć granicę, która dzieli bohaterstwo od bestialstwa i że w pewnym momencie trzeba wystawić historyczny rachunek, że w sensie szerokim człowiek nie jest jednoznacznie biały lub czarny, że taka narracja jest zbyt prosta i staje się źródłem nierozwiązywalnych konfliktów. Idzie jednak o to, by w wystawianiu tych rachunków być sprawiedliwym, bo stawką jest prawda, bez której żyć w normalnym świecie niepodobna. Ale jest też druga strona, dlaczego jest to taka ważna książka – Zychowicz pisze o historii żywym językiem, jego felietony funkcjonują gdzieś na pograniczu gatunków i dziedzin, niezdefiniowane między tekstem naukowym, publicystyką i literaturą, balansują między felietonem historycznym a reportażem i dlatego trafiają do szerokiego grona odbiorców, a nie tylko do zagorzałych fanów gatunku, zaangażowanych po jednej ze stron barykady.
Odbiegnę na chwilę od tematu (a może właśnie przy nim pozostanę bardziej?) – odwołam się do mojego ukochanego Czecha, Hrabala, który we wstępie do swoich opowiadań przytoczył taką anegdotę „pewien król perski, którego nadworny poeta w swoim wierszowanym peanie porównywał do słońca – otóż ten perski król usłyszawszy ten poemat, powiedział: „Mój lasanoforos temu przeczy”. A lasanoforos znaczy po persku „nocnik”. Potem dodaje, że „człowiek składa się nie tylko ze swojej chwały, ale także ze swojej hańby”. Wszyscy, bez wyjątku, jesteśmy dotknięci tym rozdarciem. Gdyby tak nie było, każdy z nas byłby chodzącym aniołem, czego, rzecz jasna, sobie i Państwu życzę, ale tak nie jest – każdy z nas ma w sobie ciemną stronę, cień, który w pewnych okolicznościach przesłania w nas to, co prawe i dobre. Jak mocno tkwi w nas przekonanie o własnej doskonałości, że nie jesteśmy w stanie przyjąć na siebie tej dialektycznej świadomości. Wspomniałem o Hrabalu, gdyż jest taki stereotyp Czecha, który mówi, że są to ludzie raczej unikający konfliktów i wielkich bohaterskich aktów, a ich patronem jest Szwejk. O ile bardziej narażeni na „skazy” są ci, którzy jako swoją drogę wybrali walkę? W dodatku walkę, która była praktycznie przegrana?
Łupaszka, Ogień, Szary, Bury, Wołyniak, Wacław – tym dowódcom poświęca Zychowicz kolejne rozdziały swojej książki. W większości żołnierze ci zdecydowali się zejść do komunistycznego podziemia, gdyż nie mieli wyjścia. Znów – z jednej strony komuna, Stalin byli przez nich odbierani jako śmiertelni wrogowie Polski, z drugiej mieli świadomość, że jeśli się poddadzą zapłacą za to głową. Mogli oczywiście poddać się bez walki i iść na rzeź jak biedne zwierzątka do rzeźni, cierpieć życie w niewolniczej hańbie, by na koniec i tak położyć głowę pod katowski topór. Jaki wybór mieli? Domorośli kolaboranci i konfidenci oczywiście ferują wyroki, bo wiedzą jak sami postąpiliby na ich miejscu. Ale my tego nie wiemy. I nie wiemy też jak zachowalibyśmy się w matni, w której musieli prowadzić swoje akcje, wiedząc, że ich czas jest policzony. Zychowicz nie usprawiedliwia, Zychowicz wystawia rachunek tej tragicznej i wielowymiarowej historii. Zychowicz zmusza do refleksji w miejsce bezmyślnego powtarzania za albo przeciw.
Leszek Żebrowski zarzucał autorowi „Skaz na pancerzach”, że nie przytacza źródeł, że jest to niczym nie poparta fikcja, wyciągnięte z kontekstu przykłady, które są pisane pod jedną tezę i tracą w ten sposób swój istotny sens. Ja tego nie rozumiem, bo Zychowicz uprawia pisarstwo na pograniczu beletrystyki i publicystyki i nie musi do swoich tekstów tworzyć przypisów na pół strony. Takie konserwatywne podejście wykluczyłoby nawet swobodę wyboru twórczej ekspresji i zostawiłoby pole jedynie dla szczegółowych elaboratów, których przeciętny czytelnik nie jest w stanie poznać i wtedy dopiero temat „żołnierzy wyklętych” stałby się jakimś umownym hasłem, o którym wszyscy mówią, ale nikt o tym nic nie wie poza garstką fachowców. Tak jest w przypadku wielu młodych ludzi, którzy identyfikują się z mitem, zakładają koszulki z wizerunkami swoich bohaterów, organizują marsze z pochodniami ku ich czci, nie wiedząc zbyt wiele o swych patronach. Choćby dlatego książka Zychowicza jest taka ważna, że musi wzbudzić u czytelników autentyczną refleksję co do charakteru wojny, że jej ofiarami są wszyscy, także bohaterowie. „Skazy na pancerzach” nie mają tezy, nie są oskarżeniem, są raczej mową obronną w imieniu tych, którzy byli żołnierzami i mieli przeciw sobie nie tylko całą potęgę militarną sowieckiego imperium, ale także często zwykłych ludzi, którzy traktowali Sowietów jak wybawicieli. W dodatku Zychowicz za każdym razem przywołuje źródła, na które się powołuje i konfrontuje je z innymi punktami widzenia oraz informuje, dlaczego interpretacja, którą przywołuje, wydaje mu się najbardziej zasadna. Uważam, że Piotr Zychowicz jest w swojej książce po prostu uczciwy.
Oczywiście powinniśmy poznać w przypadku „Żołnierzy Wyklętych” także jasną stronę ich legendy. Piotr Zychowicz wspomina o tym wiele razy, jednak za każdym razem dochodzi do wniosku, że bohaterska legenda nie może przysłonić tego, co złe, gdyż bez tego nigdy nie zrozumiemy, kim byli żołnierze antykomunistycznego podziemia w Polsce. Tutaj gra idzie naprawdę o dużą stawkę, o prawdę historyczną, której, podobnie jak na przykład w przypadku historii Lecha Wałęsy, nie możemy zamieść pod dywany i trzeba dowiedzieć się na ten temat jak najwięcej. Polscy bohaterowie wszak to zawsze postaci niejednoznaczne – Soplica, Kmicic to literackie obrazy skomplikowanej polskiej duszy, która wyrastała z niewoli. Jeśli o tym zapomnimy , to nie zrozumiemy prawdy o samych sobie. Dlatego uważam, że książka „Skazy na pancerzach. Czarne karty epopei Żołnierzy Wyklętych” Piotra Zychowicza to jedna z najważniejszych polskich książek historycznych XXI wieku.

piątek, 20 kwietnia 2018

Recenzja książki Pawła Sołtysa "Mikrotyki" wyd. Czarne

Obrazki z życia


I już tylko nie ma tego
Kto by to dobrze spisał
Pablopavo „Sobota”
Marek Nowakowski, Marek Hłasko, Jan Himmilsbach, w Czechosłowacji Bohumil Hrabal, Bukowski w Stanach– oni schodzili na margines, oni podróżowali peryferiami, zakazanymi uliczkami, wśród zapitych i niechcianych obrazków z życia. Może jeszcze Stasiuk podróżujący za prawdą na marginesy Europy, na styk Europy i Azji. Przyglądali się tym, których z reguły omijamy szerokim łukiem, żeby poznać ich historie. Pisarze ci schodzili na margines rzeczywistości, poza marzenia, karierę, wielkość, by odkrywać przed naszymi oczami prawdę o człowieku. Prawdę, która nie wita nas z okładek kolorowych czasopism, pełnych celebrytów lub programów o gwiazdach. Pablopavo pisał o Marku Nowakowskim w swojej piosence „Sobota”:
I już tylko nie ma tego
Kto by to dobrze spisał

Książę się w noc
Książę się w noc
W powidok się książę wypisał
Pisał to po jego śmierci Pablopavo, czyli Paweł Sołtys – autor tomiku „Mikrotyki”, książeczki mikrej ale ważnej.
Marek Nowakowski w poszukiwaniu prawdy schodził na manowce, na marginesy, na peryferie. PRL-owska propaganda sukcesu to był, jak pisał Adam Zagajewski, „świat nieprzedstawiony”. Taki właśnie „świat nieprzedstawiony” ukazuje w swoich opowiadaniach Paweł Sołtys. Czyż nasza kolorowa pozłotka z sukcesów i landrynkowego piękna nie jest kolejną fałszywą wersją rzeczywistości, tyle że wolnorynkowej. Świat zawsze pełen jest tych, którzy się spóźnili i nie pozostaje im nic innego jak czekanie w w tanim barze przy tanim piwie. Ale przecież, jak pisał Hrabal, „ten świat jest opętańczo piękny, nie dlatego, że jest, ale dlatego, że ja go tak widzę”.
Jest dla mnie w tym luksusowym świecie fit jakaś ściema niesamowita, jakieś rozmijanie się z prawdą, co wyłazi jak polska słoma z butów co jakiś czas i boli tych, co to europejscy, czyści, ładni i zdrowi. Ten skłamany obraz domaga się kontry i tacy są bohaterowie opowiadań Pawła Sołtysa – skrzywieni, ułomni, biedni, ale prawdziwi tą prawdą, którą omijamy szerokim łukiem w drodze do „nowego wspaniałego świata”. I z tego względu są „Mikrotyki” książką potrzebną, żebyśmy nie przespali tego trudnego piękna z zakazanych zakamarków, gdzie rządzi ból, który tak nas obraża.
Tej prozie patronują pospołu Hrabal i Marek Nowakowski, ale bardziej Marek, bo to jednak proza z Warszawy i okolic. Takie powidoki z życia naszego powszedniego, niezauważalnego, peryferyjnego. Że „cud zdarza się co dnia". To proza z szaro-mętnych miejsc, gdzie jeszcze nie wyblakły prawdziwe kolory życia. To nie są opowieści o „biednych Polakach”, to opowieści o pięknych i prawdziwych ludziach.

niedziela, 8 kwietnia 2018

Recenzja filmu "Twarz" Małgorzaty Szumowskiej


Polska bez twarzy

Nowy film Małgorzaty Szumowskiej „Twarz” został już doceniony na festiwalu w Berlinie. I nie jest to jedyny powód , dla którego warto to dzieło obejrzeć. Przecież Małgorzata Szumowska to dla nas wyjątkowy powód do dumy, gdyż każdy jej film jest doceniany w Europie wydaje mi się bardziej niż w samej Polsce, a przecież wszystkie jej dzieła są mocno z Polską związane. Szumowska nigdy nie wyparła się polskości i nie siliła się na nowoczesną europejskość. Ta cecha decyduje według mnie o jej filmowej wyjątkowości, że na prezentowane problemy spogląda z perspektywy Polski i to spojrzenie, którego się nie wstydzi, wyostrza wymowę jej filmów.

Twarz” nawiązuje do sprawy pierwszej w Polsce transplantacji twarzy, którą przeprowadzono w 2013 na młodym mężczyźnie. Autentyczna historia jest dla twórców jedynie pretekstem dla ukazania z jednej strony panoramy polskich problemów i kompleksów, z drugiej ukazania egzystencjalnego dramatu samotnego człowieka, który uległ wypadkowi. Te dwa elementy przenikają się w filmie i tworzą opowieść o współczesnej Polsce, ale także przypowieść o losie człowieka, który w jednym momencie staje się dla otoczenia dziwadłem.

Podoba mi się humor Szumowskiej. Dla mnie jej filmy to dowód, że humor nie ma płci. Jest to humor ostry, drapieżny i mocno ironiczny, a że reżyserka wypowiada się w swoich filmach na „trudne tematy” to jest wielką sztuką, by nie przekroczyć granic dobrego smaku. Szumowska to balansowanie na granicy dobrego gustu opanowała doskonale i chociaż czasem zdaje się, że jej filmy idą w stronę drapieżnej publicystyki Vegi to poetyckie twisty, swoiste zawieszenie, znak zapytania zamiast wykrzyknika, powodują, że ta ostra wymowa jest nieoczywista i wybrzmiewa jak prowokacja a nie deklaracja.

Tak jest z humorem „Twarzy”, który z pozoru wydaje się najbardziej ewidentnym wyrazem antypolskiej histerii, która stała się po pierwsze modna, po drugie jest często przepustką dla dzieł słabych, które nie zasługują na większą uwagę. „Twarz” nie jest jednak filmem, który można zbyć przypięciem kilku łatwych etykietek. Szumowska nie musi tego robić, naprawdę nie musi podrabiać stylu Vegi. Momentami tak jest – na przykład łopatologiczna scena spowiedzi, która pokazuje, że Szumowska dawno nie miała nic wspólnego z konfesjonałem. Ale są to raczej pojedyncze wpadki. Satyra na Polskę jest w „Twarzy” wymierzona ostro i celnie. Naprawdę możemy się przeglądać w tym filmie jak w zwierciadle, ważne jednak, aby widz nie miał przekonania, że to oni, ci inni są tacy, a ja jestem w porządku. Tylko wtedy ta satyra będzie miała sens.

Twarz” wpisuje się w modny ostatnio nurt biograficzny w polskim kinie. „Bogowie”, „Najlepszy”, „Sztuka kochania” to tylko kilka przykładów, pokazujących jak autentyczne historie z sukcesem udało przenieść na ekran. Oczywiście „Twarz” to jedynie pretekst, by opowiedzieć historię młodego metalowca słuchającego na okrągło „Hardwire to self destruct” (brawurowa rola Mateusza Kościukiewicza), który wskutek wypadku jest odbierany przez otoczenie jako wybryk natury, ale znów mamy do czynienia z sytuacją, gdy w realnej historii poszukujemy rozwiązań nurtujących problemów. I w tym aspekcie Szumowska wygrywa na całej linii, bowiem tę prawdziwą historię przenika aura bajkowej przypowiastki, która powoduje, że ta „polska” historia nabiera uniwersalnego, humanitarnego wymiaru.

niedziela, 25 marca 2018

Recenzja filmu "Wieża.Jasny dzień" Jagody Szelc - dystrybucja Against Gravity


Dwie siostry

Dwie siostry, Mula i Kaja, spotykają się po latach w bardzo specyficznych okolicznościach – ośmioletnia Nina, która jest wychowywana przez Mulę i Michała nie wie, że jej biologiczną matką jest Kaja. Niedługo ma się odbyć pierwsza komunia Niny, a w jej rodzinnym domu zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Tak wygląda zarys fabuły debiutu Jagody Szelc „Wieża. Jasny dzień” - debiutu, dodam, tyleż zaskakująco dobrego, co nieoczywistego.

Zaczyna się ten film jak „dogmopodobna” podróbka o biednych Polakach, kórzy nie bardzo lubią swoje życie i samych siebie – połączenie Smarzowskiego z feministycznymi niepokojami współczesności. Jednym słowem nic nowego i z początku „Wieża” tym swoim stereotypowym ujęciem mnie irytowała. Jednak od samego początku, napierw pomału potem coraz intensywniej, jest wprowadzona tutaj natura, natura, z którą niepokojący klimat filmu sopniowo zmienia się w horror.

Kaja, to imię przywodzi na myśl Gaję – grecką boginię matkę, czasy przedchrześcijańskie i nieokiełznane siły natury. Mula skojarzyła mi się z bohaterką chińskiej legendy, która w przebraniu męskim służyła w armii, ratując życie wielu wojownikom. Legenda ta stała się popularna dzięki filmowi Disneya z 1998 roku. Do walczącej o swoją rodzinę Muli przychodzi Kaja, przybywa nie wiadomo skąd – może z mrocznych krain Tartaru, może z sabatu czarownic na Łysej Górze. W spokojne życie sympatycznej rodziny Muli wkrada się niepokój i zmiany burzące sielską, przedkomunijną atmosferę.

Pierwsza komunia to tradycja, to ustalony, odwieczny porządek, który scala rodzinę nie tylko w aspekcie religijnym, ale także czysto społecznym. Często owa duchowa strona uroczystości zostaje przesłoniona przez drogie prezenty i huczną imprezę w wynajętym kilka lat wcześniej lokalu. Ten kryzys w filmie Jagody Szelc to kryzys tradycyjnej duchowości katolickiej, który jest ukazany w „Wieży” przez pryzmat bezradnego wobec wydarzeń księdza.

Pogańska, niokiełznana natura wraz z nadejściem Kai burzy ustalony porządek. Mimo że Mula dzielnie przeciwstawia się mrocznym siłom, tytułowa „wieża” zaczyna się rozpadać. Kaja, za którą stoją duchy natury, chce przejąć władanie nad światem swojej córki, odebrać dzieci tym, którzy wychowywali je do tej pory, skierować je na bezdroża nieokiełznanych pierwotnych żywiołów, wyrwać z bezpiecznych, opiekuńczych ramion i rzucić w nieznaną przestrzeń, gdzie czają się demony wobec których są one bezbronne. Jeśli tu idzie o wolność, to o wolność nagich i bezbronnych praprzodków z ich szamańskimi praktykami jako jedynym orężem wobec wszechmocy i absurdu bezwzględnej natury.

Ważnym aspektem konfliktu między Mulą i Kają są jego feministyczne inspiracje. O ile reprezentowane przez Kaję siły natury są „naturalnie” przypisane pierwiastkowi kobiecemu, o tyle Mula(n) musi nałożyć zbroję, by walczyć o rodzinę, która symbolizuje kulturę i cywilizację. W świecie zdenominowanej męskości to kobieta musi „założyć spodnie”, by bronić tradycyjnych wartości i odbieram o jako swoisty apel Jagody Szelc do kobiet, by stanęły po stronie porządku świata miast pierwotnego chaosu. Kobiecość jest zatem w „Wieży” siłą destrukcyjną ale może też bronić porządku świata, a klęska Muli jest jedynie pesymistyczną wersją wydarzeń. Bez kobiet już nic się nie może wydarzyć - ani dobrego ani złego – mówi reżyserka.

Z filmu Jagody Szelc bije strach – jest to lęk przed tym, co nastąpi. Tak jak pogańskie praktyki Hitlera i Stalina przejęły porządek nad tym światem niecałe sto lat temu, tak i dziś stoimy w obliczu duchowego kryzysu, kóry może zakończyć się tragicznym żywiołem wojny, drogą ku nicości zaprogramowanych zombi, którzy nie potrafili obronić ducha swej kultury, bo pozwolili się uśpić w hipnotycznym transie. „Wieża. Jasny dzień” to przerażający horror, horror, który może się spełnić.

sobota, 17 marca 2018

Recenzja książki "Nieprzysiadalnośc. Autobiografia" Marcina Świetlickiego i Rafała Księżyka

Który to Świetlicki?

 

Autor recenzji:
7,28 (89 ocen i 17 opinii)

Któregoś dnia to miasto będzie należeć do mnie.
Fragment wiersza Marcina Świetlickiego „Opluty”
Ja się nie spodziewałem, że może powstać tak osobista książka o Marcinie Świetlickim. Co prawda Rafał Księżyk prowadził swoje rozmowy z nie byle kim. Kazik Staszewski, Tomasz Stańko, Robert Brylewski czy Tymon Tymański byli już bohaterami jego książek, więc może to skłoniło Marcina Świetlickiego, by zwierzać się publicznie z całego swego życia. „Nieprzysiadalność. Autobiografia” to bardzo długa rozmowa, która ma objętość 650 stron. Bardzo długa, bardzo ciekawa i w wielu momentach bardzo śmieszna.

Książka to prawdziwe kompendium, jeśli chodzi o twórczość urodzonego w 1961 roku poety. Zawiera ona 27 rozdziałów, z których każdy odnosi się do ważnego momentu w twórczości Świetlickiego, bo cała ta rozmowa jest pisana z perspektywy twórczości i dzieła. Wszystko, co prywatne, pojawia się przy okazji, niejako ukazując kontekst twórczości bohatera.
A przecież działalność Marcina Świetlickiego to nie tylko poezja. To także kolejne projekty muzyczne jak Świetliki czy Zgniłość, to książki prozą, praca w Tygodniku Powszechnym, czy tworzenie magazynu telewizyjnego „Pegaz”. Z tej rozmowy wyłania się wiele twarzy poety na różnych etapach życia. Co łączy te wizerunki? Dystans do własnej osoby, do tego, co się tworzy i do całego środowiska. „Nieprzysiadalność” to książka pełna humoru i ironii i chyba najpełniejsze spektrum tego, czym stała się polska literatura po 90. roku.

Kraków i Nowa Huta - Sodoma z Gomorą - z Sodomy do Gomory jedzie się tramwajem. „Opluty”
I jest jeszcze jeden bohater tej książki obok Marcina Świetlickiego – miasto Kraków i ludzie, którzy je wypełniali. Jerzy Pilch, Andrzej Stasiuk, Maciej Maleńczuk to tylko kilku, których poznajemy w kontekście relacji z poetą. Autor „Autobiografii” nie oszczędza na szczerości i ironii. Nie ma w tej książce klękania na kolana a momentami jest ona złośliwa, jednak poczucie humoru Świetlickiego niweluje nutę jadu czy pretensji. Kraków z „Nieprzysiadalności” to Kraków prywatny, z dobrymi knajpami i ludźmi, którym chce się tworzyć. Marcin Świetlicki w swojej rozmowie z Rafałem Księżykiem wcale nie jest „nieprzysiadalny”, raczej bardzo „przysiadalny”, wylewny i szczery. Jednak przez cały czas ukrywa się za ironią i swoją twórczością, tak że dostajemy Świetlickiego nie wprost tylko Świetlickiego artystę – człowieka, który poświęcił swoje życie tworzeniu.

poniedziałek, 12 marca 2018

Kilka refleksji o Nergalu i współczesnej popkulturze

Chrystus ukrzyżowany po raz kolejny!

Mamy okres Wielkiego Postu. Dla wielu z nas jest to czas oczyszczenia i pokuty, zrobienia „wiosennych porządków” związanych z nadejściem Zbawiciela. Co roku przeżywamy to, co dwa tysiące lat temu dokonało się na Golgocie. Przeżywamy dramat Wielkiego Piątku, by dotrzeć do Niedzieli Zmartwychwstania, do nadziei, wynikającej z ofiary Jezusa Chrystusa. Nie jestem teologiem i nie aspekt religijny jest tematem mojej refleksji. Jest nim natomiast miejsce, w jakim znalazła się nasza kultura.

Chrystus został ukrzyżowany po raz kolejny! Z okazji Dnia Kobiet celebryta Nergal, znany jako wokalista i lider deathmetalowego zespołu Behemot, dokonał tego po raz kolejny. Tym razem miejscem tego aktu uczynił sztuczny penis, a akcję nagrał i umieścił na swoim facebooku. W interpretacji celebryty zrobił to, by rozbawić panie z okazji ich święta. Dla mnie to odrażający cyrk, profanacja podstawowych wartości i bezdenny cynizm człowieka, który z krzyża, który jest w naszej kulturze ponadreligijnym symbolem ludzkiego cierpienia, uczynił wulgarny spektakl.

Ale nie chodzi mi o Nergala tak naprawdę. Akty bluźnierstwa w wypadku człowieka, określającego się mianem satanisty nie mogą dziwić. Chodzi o to, że postać lidera Behemota przeniknęła do popkulturowego mainstreamu z jakiejś mrocznej niszy, gdzie sataniści odprawiali swe mroczne sabaty i dziś skazani na obcowanie z takimi prowokacjami jesteśmy wszyscy – także młodzież, także dzieci. I to nie jest tak, że tylko Nergal, Nergal to dno, do którego prowadziła nas długa droga podobnych ekscesów.

Przykłady można mnożyć, ale nie chcę wylewać litrów fekaliów, czy zachęcać kogokolwiek do poszukiwań tego typu akcji, choć znaleźć je nietrudno. Obrazoburczy spektakl „Klątwy” wg Wyspiańskiego, kolejne akcje rodzimych performerów czy w końcu zaprezentowane w TVN widowisko „Pożar w burdelu” z rozsypywaniem na scenie „prochów” Jana Pawła II to tylko kilka przykładów. Dziś artyści „sztuki wyzwolonej” biorą udział w wyścigu, kto kogo jest w stanie bardziej obrazić i jak daleko można się posunąć w przekraczaniu granic już nie dobrego smaku, ale po prostu moralności. Tak – ten wyścig odbywa się na naszych oczach, a właściwie pod naszym nosem, a nie w niszowych galeriach. Fala nienawiści do ukrzyżowanego Zbawiciela to dziś już zalew – potop złych myśli i złej woli ludzi, którzy szukają wolności poza Nim.

Ale to wszystko już raz się wydarzyło. Dwa tysiące lat temu w ten sam sposób chciano zniszczyć to , co reprezentował sobą Chrystus. Krzyż i męczeńska śmierć zamiast zakończyć temat, który był niewygodny dla możnych ówczesnego świata, stały się źródłem nadziei na spotkanie ze Zmartwychwstałym. Ta „anty-kultura” to nic nowego, coś co dąży do pogaństwa i zburzenia fundamentów Wiary, Nadziei i Miłości. Pytanie, które mnie dziś niepokoi, to czy sztuka chrześcijańska w swej wymowie, niekoniecznie sakralna, potrafi wznieść się na poziom adekwatny do wartości, które pragnie reprezentować i czy potrafi być wyrazista, rozpoznawalna i czy potrafi przyciągać odbiorców. I to mnie właśnie nurtuje, a nie to, czy Nergal wykona kolejną prowokację w swoim chorym guście. Tak widzę zadanie dla współczesnej sztuki i artystów, którzy chcą wyprowadzić z kloaki dzisiejszą sztukę.

środa, 7 lutego 2018

Recenzja filmu "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri"

Bardzo prosta historia

Martin McDonagh nie jest rodowitym Amerykaninem. Ma 48 lat i pochodzi z Wielkiej Brytanii. Znany jest z komedii kryminalnych takich jak „In Bruges” (nie cierpię polskiego tłumaczenia „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj”) i „Siedmiu psychopatów” - daleko tym filmom do fajerwerków Guya Ritchiego. Jednak to, co robi w swoim amerykańskim debiucie „Trzy billboardy do Ebbing, Missouri”, to jest skok z potrójnym saltem na głęboką wodę amerykańskiej tradycji.

Mildred Hayes (ekstremalnie brawurowa Frances McDormand) cierpi po stracie córki, która została zgwałcona i brutalnie zamordowana. O d kilku miesięcy miejscowym policjantom z miasteczka Ebbing w stanie Missouri nie udaje się w tej sprawie niczego ustalić. Szefem miejscowych stróżów porządku jest powszechnie szanowany Szeryf Bill Willoughby (Woody Harrleson jako szowinistyczna męska świnia 100% i 100% męskiego ciepła i opiekuńczości pospołu) i to on staje się obiektem ataku zdesperowanej Mildred. Wynajmuje ona trzy billboardy przy zapomnianej drodze i umieszcza na nich hasła szkalujące miejscowych stróżów prawa z Willoughbym na czele. W małym miasteczku rozpętuje się wojna.

Trzy billboardy” to film wywiedziony z amerykańskiej tradycji, z Faulknera i Cormaca. To film o prostych ludziach i prostych emocjach opowiedziany w prosty sposób. Martinowi McDonagh udało się utrzymać cały obraz w klimacie takiej szlachetnej prostoty. Dzięki temu, że reżyserowi udało się cały czas zachować balans między dramatem a komedią, między prostą mądrością a ludzką głupotą, między szczerym dobrem a zwyrodniałym bestialstwem, film nie traci autentyczności swej etycznej wymowy. A było przecież tak łatwo wpaść w moralizatorski ton. Tymczasem to po prostu bardzo prosta historia.

Ten efekt szlachetnej, zamierzonej prostoty uzyskał McDonagh dzięki absolutnie perfekcyjnym kreacjom aktorskim - „Trzy billboardy” to koncert wirtuozów aktorstwa i to nie tylko w pierwszoplanowych rolach. Obok Harrlesona i McDormand największe wrażenie robi kreacja Sama Rockwella w roli policjanta Dixona – wiejskiego przygłupa, żyjącego pod jednym dachem z matką alkoholiczką. Postać Dixona wydaje się z pozoru wizerunkiem typowego „rednecka”, znęcającego się nad „kolorowymi” i żłopiącego na przemian whiskey i browar – brutalna postać bez szans na przemianę. Ale McDonagh tę szansę swojemu bohaterowi daje. I wygrywa, bo wychodzimy poza schematy w postrzeganiu ludzi, wychodzimy poza strach, wynikający ze stereotypów, bo u McDonagh okazuje się, że stereotypy to nie tylko postrzeganie uciśnionych mniejszości, ale także ci, którym z góry przypisujemy negatywne role.

Nie tylko rola Sama Rockwella uderza swoją bezpretensjonalnością i szczerością. Niemal każdy epizod w tym filmie to perełka. Z takich aktorskich diamencików jest utkany cały ten film, który niby niczym nie zaskakuje, niby jest tradycyjnie sfilmowany, ale coś powoduje, że odbieramy go w wyjątkowy sposób – bohaterowie są tutaj tragiczni i śmieszni, jakże bezradni w swej walce ze złem i śmiercią; skazani na porażkę, jakże często nieudolni a jednak heroiczni w pragnieniu dobra. Hasło „czyńmy dobro” już dawno nie wybrzmiało dla mnie w sposób tak szczery i autentyczny jak w filmie „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”.