Dom (zly)

Dom (zly)

niedziela, 7 października 2018

Recenzja filmu "Kler" Wojtka Smarzowskiego


Oto tajemnice kleru


Na początku był zwiastun. Prześmiewczy to mało powiedziane. Szyderczy i wulgarny, walący na odlew po pysku – po prostu czysty Vega. Zabieg promocyjny powiódł się w 100%. Wszyscy dowiedzieli się, że Smarzowski „dowalił” Kościołowi i to nie na żarty dowalił, ale po „vegańsku”, cynicznie i bez litości dla opływających w luksusy, „bezbożnych” katabasów. Dyskusje rozgorzały, o gorliwych modłach i akcjach protestacyjnych przed kinami informowała Gazeta Wyborcza, wszystkie media o „zakazaniu” filmu w Ostrołęce. „Wróciła cenzura!” -grzmiały nagłówki. Nikt nie czekał już na sam film, tylko na antyklerykalną chłostę należną „czarnym” za wieki prześladowań, gnębienia i walki z aborcją.

„Na pohybel czarnym” mówił w kultowych „Psach” ubek Gross grany przez Gajosa, zbrodniarz niewahający się przed torturami i zabijający z zimną krwią. Jednym słowem potwór. Gen antyklerykalizmu przetrwał mimo ofiary księdza Popiełuszki, mimo hektolitrów łez po śmierci papieża-Polaka wylewanych cysternami we wszystkich bez wyjątku mediach oprócz „Nie”. Postać biskupa Mordowicza, granego w „Klerze” przez Janusza Gajosa, to ciekawa klamra, zwieńczająca dorobek tego wybitnego aktora – bohater ten uosabia wszystko to, czego możemy nienawidzić w „czarnych”. Chciwość, pazerność, umiłowanie luksusów, obłuda doprowadzona do skrajności i cynizm moralny – wszystkie te elementy łączy postać grana przez „prawdopodobnie” najwybitniejszego dziś polskiego aktora, który po swojej roli ubeka w „Psach” pod koniec XX-go wieku, staje dziś na drugim biegunie wartości. Potworny ubek przemienia się w potwornego „czarnucha”. No i nikt nie przeklina jak biskup Mordowicz. To bardzo wymowne, jaką drogę przebyliśmy przez te 20 lat.

Nie jest to moja ulubiona rola Gajosa – zanadto „czarna”, taka aktorska łatwizna. Niektórzy mówią o hiperboli, o przerysowaniu, „panie, daj pan spokój”, wcale mnie to nie przekonuje. Kundera powiedział, że kicz to świat bez gówna. Można to odwrócić i powiedzieć, że samo gówno bez dobra to też kicz. Udało się to kiedyś pokazać Agnieszce Holland, gdy w swoim filmie „Zabić księdza” spojrzała na Jerzego Popiełuszkę z perspektywy oprawcy. Było minęło. „Czerń” biskupa Mordowicza to łatwizna, jedank nie można tego powiedzieć o pozostałych wątkach, które rzeczywiście ukazują psychologiczną prawdę postaw i zachowań. Zarówno Arkadiusz Jakubik jako ksiądz Kukuła, Robert Więckiewicz jako ksiądz Trybus i Jacek Braciak jako ksiądz Lisowski tworzą postaci z krwi i kości. Żaden z nich nie jest aniołem – Kukuła jest oskarżony o molestowanie, Trybus jest alkoholikiem z kochanką na boku, Lisowski ustawia przetargi, dogadując się z mafiosami i wręcza łapówki. Jednak to, kim są naprawdę, wychodzi dopiero, gdy życie poddaje ich prawdziwej próbie, gdy muszą przestać udawać i zadać sobie pytanie, kim są, nie jako kapłani, ale jako ludzie. Te odpowiedzi w filmie padają, a rola Jacka Braciaka to wstrząsające studium psychopatii. W aspekcie tych postaci „Kler” przestaje być opowieścią o klerze, a staje się spektrum odcieni „czerni” ludzkiej duszy.

Poczepiam się jednak trochę i tutaj, bo uważam, że każdy z tych wątków można by rozwinąć w osobny film. W praktyce to trzy sklejone nowele. U Smarzowskiego podobny zabieg był w „Pod mocnym aniołem”, ale tam było to podyktowane literackim oryginałem i mimo wszystko skupiał się tamten film wokół postaci granej przez Więckiewicza. W „Klerze” wszystko się rozpada na cztery części i reżyserowi nie udało się zejść wystarczjąco głęboko pod powierzchnię masek, a w przypadku biskupa Mordowicza skończyło się na powierzchownej karykaturze, która mnie nie przekonała. Najmocniej wybrzmiała dla mnie postać Lisowskiego – demoniczna niczym diabeł w sutannie.

„Kler” , mimo swoich wad, jest filmem ważnym, bo pokazuje problemy polskiego Kościoła. Pewnie większość z nas chce słuchać miłych opowieści o lekarzach z Leśnej Góry i o księdzu Mateuszu, ratującym zbłąkane dusze. Prawda jest inna, a właściwie jest tych prawd o Kościele wiele. Tych prawd jest tyle ilu jest księży, hierarchów, zakonnic i zakonników. Prawd o Kościele jest tyle, ilu jest wiernych. Często te prawdy są bardzo trudne, ale nie znaczy to, że należy o nich milczeć, szczególnie jeśli chodzi o cierpienie dzieci. Wydaje mi się, że jest rzeczą oczywistą, że pedofilia, w Kościele i poza nim – nie rozgraniczam, jest straszliwą zbrodnią, a jakakolwiek chęć tuszowania tego jest w tej zbrodni współuczestniczeniem. Nie wyobrażam sobie, by ktoś będący człowiekiem wiary mógł dawać przyzwolenie na tego typu zwyrodnialstwa. Pamiętać jednak należy, że za tymi czynami stoją konkretni ludzie i to oni winni odpowiedzieć za swoje czyny, nie tylko przed Bogiem. Jeśli efektem tej narracji nie będzie prawdziwe oczyszczenie, a tylko nagonka w postaci wyzwisk i niszczenia Kościoła, to taka sytuacja niczego dobrego nie przyniesie nikomu. Mówi o tym sam Smarzowski, ukazując wątek niewinnie prześladowanego przez społeczność księdza Kukuły. Nasili się jedynie dzięki temu nasza wojna polsko-polska i zadowoleni będą wtedy jedynie ci, którzy eskalacji tego konfliktu pragną, ci, dla których prawda i Polska jest „najmojsza”, ci którzy nie chcą, aby ktoś myślał inaczej niż na czarno, albo na czerwono. Na słowa ubeka Grossa „Na pohybel czarnym” Olo Żwirski grany przezMarka Kondrata odpowiada „I czerwonym”. W rezultacie „na pohybel” wszystkim.

Tyle razy płakaliśmy razem – po śmierci Papieża, po katastrofie smoleńskiej najbardziej. Pamiętam te łzy i te obietnice, że nawet kibice wrogich klubów sobie wybaczali. Trwało to chwilę, by do głosu znów dochodziły stadne instynkty i wyszczerzone, wściekłe kły. Nie chcę być w żadnej z waszych Polsk, nie jestem zainteresowany waszą wzajemną nienawiścią. Nikt nie ma monopolu na to jak być człowiekiem. Smarzowski opowiada część prawdy, a ta część to pojedyncze historie ludzi o tym, że warto za wszelką cenę pozostać człowiekiem a nie trybem w systemie. Tak chcę rozumieć te historie i tak chcę odebrać film „Kler”. Tylko wtedy będzie on czymś więcej niż kolejnym zarzewiem konfliktu.




wtorek, 14 sierpnia 2018

20książek 2018

  • Na półkach: 2018, Przeczytane Skończyłem: 14 sierpnia 2018

  • Vernon Subutex. Tom 3
    Na półkach: 2018, Przeczytane Skończyłem: 07 sierpnia
    Opinia:
    Uciekaj, Vernon, i zabierz mnie z sobą!

    Virgine Despentes trzecim tomem opowieści o Vernonie Subuteksie zamyka swą trylogię o „zmarginalizowanych Paryżanach”, którzy uciekają od tego świata. Ten cykl nie spodoba się wszystkim,którym mógłby się spodobać, bo nie jest tak jednoznaczny jak wypowiedzi współczesnych artystów przeciwko Trumpowi, Orbanowi czy Kaczyńskiemu. W spolaryzowanym świecie opinii proza Despentes, mimo że agresywna, jest zbyt mało wyrazista. Autorka nie poddaje swojego cyklu jednej tezie o biednych, wykluczonych gejach, o dziewczynach manifestujących za aborcją, o świecie reżymów, które niszczą wolność. Ona wie, że wolność tego świata jest marzeniem, utopią, że ci, którzy dziś walczą o pokój i miłość, jutro nadepną ci z uśmiechem i swoimi sloganami na gardło. Dla Despentes sytuacja jest zła aczkolwiek beznadziejna i wyjścia z niej nie ma. Ale można uciec.

    Vernon i krąg wtajemniczonnych freaków, ludzi przejechanych przez życie, kryje się GDZIEŚ. Może to Paryż, może jakaś prowincja, może jakiś zakamarek Europy. Komuna życiowych rozbitków, których poznaliśmy w poprzednich częściach, mieszka gdzieś w tajemnicy, ukrywając się przez demonicznym Dopaletem,który doprowadził do śmierci Vodki Satany i w ramach zemsty został za to naznaczony haniebnym znamieniem gwałciciela, wyrytym na jego skórze. Wiadomo, że tacy jak Dopalet nie zostawiają niczego samemu sobie i takiej zniewagi nie wybaczają. Gra idzie o najwyższą stawkę.

    Pod taką sensacyjną fabułą odkrywa się czytelnikowi świat współczesnych rozbitków, którzy są właśnie różni i bardzo niejednoznaczni. Pewnie ktoś wolałby, żeby świat komuny Subutexa był lewackim rajem, gdzie hipisi, geje, lesbijki wiodą błogi żywot w świetle rozjaśnianym blaskiem głównego bohatera i w oparach wolnej miłości oraz narkotyków. Nic bardziej mylnego. Despentes doskonale zdaje sobie sprawę, że podziały nie przebiegają między lewicą a prawicą, a między tymi którzy chcą dorwać się do władzy i trzymać społeczeństwo za gębę a tymi którzy przed nimi uciekają. Większość pozostaje bierna i niewolnicza – jak zawsze.

    Sam Vernon jest uosobieniem anarchii, z jednej strony jest przywódcą, z drugiej wcale tej władzy nie chce i nie dba o nią. Przyciąga tych, którzy nie szukają przemocy i nie potrafią się podporządkować gwałtowi społeczeństwa na jednostce. Przemoc zaś jest demokratyczna i nie posiada płci – mężczyźni gwałcą kobiety, kobiety gwałcą mężczyzn (jak w słynnym pornosie w reżyserii Despentes „Gwałt”). W powieści znów widzimy całe spektrum ludzkości , która urywa się z łańcucha. Powieść jest pisana metodą punktów widzenia i cały czas jest, jak chciał Stendhal, „zwierciadłem przechadzającym się po ulicach”. Zwierciadłem, dodam, które zagląda w głowy swoim bohaterom. Wszyscy jesteśmy złomotani i wszyscy szukamy swego Vernona, „niech przywróci nam wzrok, słuch i mowę”, niech da nam przestrzeń wolności w tym zakazanym więzieniu, jakim jest nasza rzeczywistość. Anarchia nie jest tutaj ani lewacka, ani prawacka.

    Anarchia to wyspa, gdzie chcę się wybrać, nie chcąć być wbitym w tryby poprawności, dobrego wychowania, gotowych szablonów i sloganów na kążdą okazję, w wojnie, która określi w czycich dybach doczekam końca swych dni. Anarchia to wyspa, gdzie wieczny DJ Vernon puszcza muzykę ze swoich starych vinyli, z Davidem Bowie, Lemmym z Motorhead, z tymi, którzy dali nam wolność rocka. Anarchia to wyspa, gdzie możemy do tej muzyki tańczyć. Ale Dopaleci, z lewa i prawa, zawsze będą chcieli nas dopaść, ale oni zawsze będą chcieli nas zniszczyć.
  • Stancje
    Na półkach: 2018, Przeczytane Skończyłem: 13 lipca 2018
    Opinia:
    Traumy gramatyki opisowej

    Wiola Grzegorzewska kontynuuje swoje ludowe sylwy ku czci życia i młodości, które rozpoczęła w swoim prozatorskim debiucie "Gugułach". Kontynuacja jest wejściem bohaterki w dorosłość. Wioletka z jurajskich Hektarów wyrusza do "wielkiego miasta", czyli Częstochowy. Jest połowa lat 90-tych. Trwa pełnia transformacji ustrojowej, galopująca inflacja i miliony złotych na kontach, zdezorientowani ludzie i początki polskiego kapitalizmu. I studia polonistyczne na częstochowskiej WSP, czyli nasz wspólny wątek biograficzny. I jest cichy bohater tej powieści - profesor Bańkowski - profesor belwederski i mroczna legenda częstochowskiej WSP.

    Tytułowe "Stancje" to czasowe miejsca pobytu, gdzie mieszka bohaterka - hotel "Wega" z radzieckimi gośćmi, pozostałymi tam po likwidacji jednostki wojskowej na Sabinowie, klasztor sióstr zakonnych i wynajmowana samodzielnie kawalerka, miejsce erotycznej inicjacji. Stancje to także przystanki Drogi Krzyżowej, którą przechodzi wkraczająca w dorosłość bohaterka. Ból dorosłości, ból samotności i odwaga, która pozwala się z nimi zmierzyć.

    To nasze miasto, Częstochowa, z połowy lat 90-tych to większa, obskurna wieś, mniej kolorowa niż Hektary, bardziej ponura i brutalna. Ucieczką jest wyobraźnia, która tworzy azyl i uspokaja, ale także tworzy koszmary i przeraża. Samotna dziewczyna ze wsi porusza się po tej wielkiej wsi jak po labiryncie ulic, cieni i groźnych zakamarków. Jest opuszczona i pozbawiona oparcia. Ale chce być samodzielna. I to jest piękne w tej książce - ten powszedni heroizm, który nie pozwala się poddać.

    I jest profesor Bańkowski, w powieści Brankowski, prowadzący zajęcia z gramatyki opisowej. Dla mnie był on fascynujący jak dziwak-ojciec z opowiadań Schulza. Dla Wioletki to dziki satyr, bezlitosny pogański bożek uprawiający jogę na swoich wykładach, porywający młode studentki na jurajskie szlaki, by uczyć sikania na stojąco i na barana przenosić przez jurajskie potoki. Niebezpieczny, mizoginiczny relikt z umarłego paternalistycznego świata.

    Ale to za mało, Wioletko. Za mało, za delikatnie, za subtelnie w spolaryzowanym świecie bez-idei, w świecie wyszczerzonych kłów i wściekłej piany. Twój świat groźnej wyobraźni, strachu, który jest głównie w środku, jest zbyt intymny, a przez to zbyt słaby. A gdyby tak Bańkowski onanizował się na swoich zajęciach i spryskiwał ejakulatem studentki zamiast opowiadać o sikaniu na stojąco? A gdyby tak siostry gwałciły studentkę krucyfiksem, odbierając dziewictwo, zamiast wracać do obozów swojego dzieciństwa? Gdyby tak ruscy zakuli w kajdany i zmuszali do prostytucji i sodomicznych praktyk samotną dziewczynę? Czyż nie byłoby wyraziściej, prościej i ciekawiej? Czy nie byłoby po prostu atrakcyjniej bez tych niuansów powrotów sylwicznej wyobraźni?

    A tak to misie podoba. I to bardzo. Szkoda. Smuteczek.
  • Niezwykła historia Sebastiana Van Pirka.
  • Outsider
    Na półkach: 2018, Przeczytane Skończyłem: 25 maja 2018

  • Ostatnia wolność
    Na półkach: 2018, Przeczytane Skończyłem: 08 maja 2018
  • Na półkach: 2018, Przeczytane Skończyłem: 08 maja 2018
  • Nikola Tesla. Władca piorunów
    Na półkach: 2018, Przeczytane Skończyłem: 19 kwietnia 2018
  • Na półkach: 2018, Przeczytane Skończyłem: 28 marca 2018 
    Opinia:
    Szok. Myślałem, że wszystkie modne książki powstają jako wyraz antypolskiej histerii, tymczasem to po prostu pięknie napisane, wzruszające i pełne humoru wspomnienia. Książka, która mimo tematu śmierci bliskiej osoby daje dużo ciepła i uśmiechu. I jest to książka o książkach, o miłości do książek. Co prawda tylko do połowy, ale to zawsze coś. Dziękuję.
  • Bestie i ludzie
    Na półkach: 2018, Przeczytane Skończyłem: 26 marca 2018

  • Skazy na pancerzach. Czarne karty epopei Żołnierzy Wyklętych
    Na półkach: 2018, Przeczytane Skończyłem: 08 marca 2018 Plusów za opinię: 13 | Kto głosował?
    Opinia:
    Książka ta jest ważna z dwóch powodów. Po pierwsze jest pisana przez autora, który deklaruje się jako konserwatysta, zwolennik myśli i dzieła Józefa Mackiewicza – jest to o tyle istotne, że w temacie „żolnierzy wyklętych” obowiązuje daleko idąca polaryzacja opinii. Autorzy o lewicowych lub liberalnych poglądach otwarcie piszą o „żołnierzach wyklętych” jako zbrodniarzach, zwykłych rzezimieszkach, którzy zdemoralizowani okrucieństwami wojny zeszli na ścieżkę gwałtu, gdyż uzależnili się od przemocy i jedynie taka mroczna motywacja pozwalała zaspokoić ich rozbudzone wojną, krwawe instynkty. Z drugiej strony obowiązuje apoteoza wszystkiego, co związane z walką patriotycznego podziemia antykomunistycznego po II wojnie światowej, bez względu na to, czego dopuszczali się „żołnierze wyklęci” podczas prowadzonych akcji. „Skazy na pancerzach” pokazują to, co złego wydarzyło się w kontekście ich działalności, ale wskazuje na prawdziwe motywy i umieszcza te akcje w szerokim tle zdarzeń, które tworzyły klimat tamtego okresu. Zychowicz pokazuje jak łatwo było przekroczyć granicę, która dzieli bohaterstwo od bestialstwa i że w pewnym momencie trzeba wystawić historyczny rachunek, że w sensie szerokim człowiek nie jest jednoznacznie biały lub czarny, że taka narracja jest zbyt prosta i staje się źródłem nierozwiązywalnych konfliktów. Idzie jednak o to, by w wystawianiu tych rachunków być sprawiedliwym, bo stawką jest prawda, bez której żyć w normalnym świecie niepodobna. Ale jest też drugi powód, dlaczego jest to taka ważna książka – Zychowicz pisze o historii żywym językiem, jego felietony funkcjonują gdzieś na pograniczu gatunków i dziedzin, niezdefiniowane między tekstem naukowym, publicystyką i literaturą, balansują między felietonem historycznym a reportażem i dlatego trafiają do szerokiego grona odbiorców, a nie tylko do zagorzałych fanów gatunku, zaangażowanych po jednej ze stron barykady.
  • Małe życie
    Na półkach: 2018, Przeczytane Skończyłem: 13 lutego 2018 Plusów za opinię: 17 | Kto głosował?

    Opinia:
    Wiem, że wiele osób się zachwyciło, ale dla mnie podstawowy problem z tą książką stanowi obojętnośc, w jaką mnie jej lektura wprawiła. Nie poczułem świata jej bohaterów, im bardziej radykalne wizje snuł narrator, tym mniej mnie to obchodziło. Biorę na siebie, nie dla mnie to opasłe tomisko.
  • Lakrimma
    Na półkach: 2018, Przeczytane Skończyłem: 05 lutego
    Opinia:
    Dnie i noce

    „Lakrimma” Konrada Ludwickiego jest romansem. Rzadkim rodzajem męskiego romansu. Męskiego, bo pisanego z punktu widzenia mężczyzny. Łzawe lub czułe opisy nie są domeną męską. Mężczyzna w miłości staje się bezbronny. Dużo bardziej pasuje mu rola łowcy, twardego samca, walczącego o prymat. Uczucie kobiety jest wtedy dopełnieniem jej podziwu. Atawizmem. Bezpiecznym gruntem odziedziczonym od przodków z jaskini.

    Ludwicki nie boi się uczucia. Miłość jest jednak dla narratorów jego powieści terenem niebezpiecznym. Niebezpiecznym, bo ulotnym, zmiennym. Uczucie dla Ludwickiego to nie wspólne „noce i dnie”, zaprzepaszczone w rutynie przebłyski tęsknoty za prawdą. „Dnie i noce” Ludwickiego są ścieraniem się, codziennym stępianiem się ostrych i wyrazistych pragnień, gwałtownymi zderzeniami skrajnych emocji.

    Maski tej miłości zmieniają się. Bohaterowie mają wiele twarzy, ale poszukują tej jednej, prawdziwej. Wytrącenie się z typowych ról społecznych jest dla nich zgubne, nie potrafią zaakceptować półprawd i gierek, ta szczerość jest destrukcyjna. Miłość dla tych dwojga jest aktem bezkompromisowej szczerości, której nie są w stanie unieść. Widmo tragedii czai się za każdym gestem i słowem. Te „Dnie i noce” wypełnione są sobą i sztuką aż do zatracenia.

    Bohaterowie uciekają w piękno, w kulinaria, w dyskusje. Byle dalej od codzienności, która próbuje ich dosięgnąć. Rytm i kolory miłości to rytmy muzyki i kolory obrazów, to motywy literackie i fragmenty filmów, to wspólne posiłki, będące preludium miłości. Te kulturalno-kulinarne wątki są literackimi przyprawami – czasem unoszą naszą wyobraźnię wysoko, czasem jest ich po prostu zbyt wiele, nie mniej ta natrętna momentami estetyzacja życia jest pełna wiary w sens piękna i sztuki.

    A „Lakrimma” to taka krótka powieść, ale w duchu „slow reading”. Przy jej lekturze nie wolno się spieszyć, trzeba się nią delektować i cieszyć powoli. Tak jak powinniśmy delektować się miłością i życiem, które pędzi, zamiast być dla nas przestrzenią kontemplacji i piękna. Ludwicki w swojej prozie chce nam o tym przypomnieć.
  • Człowiek bez ojczyzny
    Na półkach: 2018, Przeczytane Skończyłem: 05 lutego 2018
  • Górnicy PL
    Na półkach: 2018, Przeczytane Skończyłem: 01 lutego 2018

  • BÓG-ZŁO-MODLITWA
    Na półkach: 2018, Przeczytane Skończyłem: 27 stycznia 2018 
    Opinia:
    Bóg Zło Modlitwa – porządkowanie absurdu

    Konrad Ludwicki poświęcił swą monografię książce znalezionej w bibliotece. Była ona wystawiona przy okazji bibliotecznych „porządków” i można było ją sobie zabrac do domu. Owe „porządki” polegają na tym, że usuwa się z księgozbioru stare książki, by dac miejsce nowościom – kryminałom i romansom z pięknymi okładkami. Kto zwróciłby uwagę na starą, potarganą książeczkę? Na szczęście znalazł się ktoś, kto po upływie pół wieku odkopał „Uwagi 1940-1942” Karola Ludwika Konińskiego, książkę poświęconą doświadczeniu choroby, umierania, cierpienia, ale przede wszystkim poszukiwaniu Boga w kontekście sytuacji granicznych jak mówili o nich egzystencjaliści.

    „Uwagi” Karola Ludwika Konińskiego są w duchu i z epoki egzystencjalizmu. Pochodzą one z okresu ostatnich dwóch lat życia pisarza, który cierpiał na gruźlicę kości i odchodził długo w wielkich cierpieniach. Na doświadczenie bólu, świadomości śmierci, choroby nakłada się doświadczenie wojny i śmierci bliskich osób. Kilka lat wcześniej samobójczą ginie jeden z najbliższych przyjaciół Konińskiego – Stanisław Ignacy Witkiewicz. Okres wojny to czas, kiedy horyzont ludzkiego poznania przesłania wszechobecny tuman śmierci. To wobec niej stoi człowiek ze swoim prywatnym strachem i bólem.

    To intymne doświadczenie staje się punktem wyjścia dla refleksji teologicznej. Spiętrzone zło osacza pisarza, a on przeciwstawia mu się umysłem i duszą. Koniński porządkuje myślą i modlitwą absurd. Nadaje sensy tam, gdzie wielu by się poddało. „Uwagi” ta mała, zapomniana książeczka to wyraz wielkiego heroizmu – bohaterstwa polegającego na wewnętrznej pracy, budowaniu perspektywy nadziei i miłości tam, gdzie przygnieciony złem człowiek mógłby zacząc złorzeczyc. Postawa Konińskiego to bunt konstruktywny, ucieczka do przodu poza ból i przerażenie. To irracjonalne doświadczanie tajemnicy, że to wszystko jest po coś, że istnieje sens, którego nie pojmujemy, tak jak nie pojmujemy, skąd przyszliśmy i po co tu jesteśmy.

    Tysiąclecia cywilizacji, idea oświeconego rozumu, kult nauki. I człowiek – pascalowska trzcina na wietrze – z jednej strony grzęznący w swej pysze, z drugiej tak bezradny wobec żywiołów i zła, którego doświadcza chocby myślą, chocby samą świadomością wielkiego cierpienia, które jest wszechobecne w świecie, absurdalnego i przekraczającego mozliwośc rozumienia niezawinionego cierpienia bezbronnych. Choroba, śmierc zostały wyeliminowane z ludzkiej perspektywy doświadczenia, bo bezradnośc, niemoc są największymi grzechami naszej cywilizacji i nie ma na nie zgody. Człowiek współczesny mówi absurdowi NIE. I za każdym razem przegrywa. I za każdym razem nie chce się do tej porażki przyznac.

    Koniński stawia na pokorę. Koniński mówi absurdowi TAK. Koniński uznaje tajemnicę i metafizykę.


    Ta zlikwidowana mała książeczka w łódzkiej bibliotece, to skromne i niepozorne dzieło, zostało przez Konrada Ludwickiego odkopane jak archeologiczny eksponat w świecie dyktatu technologii. I za to należą się podziękowania autorowi monografii o Karolu Ludwiku Konińskim, że jak mówił Hrabal, potrafił dostrzec „perełkę na dnie”. Refleksja teologiczna Karola Ludwika Konińskiego to osobista wojna wytoczona absurdowi i piekłu, gdzie doświadczony złem człowiek nie staje się oskarżycielem Boga, ale pokornie pochyla głowę przed tajemnicą, której pojąc nie umie. Refleksja Konińskiego mierzy się z bezkrytyczną apoteozą racjonalizmu, ale jest to perspektywa własnego, osobistego doświadczenia, a przez to czytelnik zderza się z tym, co współczesna kultura nieudolnie chce wyrzucic poza margines ludzkiego doświadczenia, koncentrując się na biologicznym aspekcie życia, a zapominając o sferze ducha.
  • Dzielnica występku
    Na półkach: 2018, Przeczytane Skończyłem: 11 stycznia 2018

  • Portret młodej wenecjanki
    Na półkach: 2018, Przeczytane Skończyłem: 06 stycznia 2018

  • Mikrotyki
    Na półkach: 2018, Przeczytane, 2017 Skończyłem: 07 listopada 2017 
    Opinia:
    Tej prozie patronują pospołu Hrabal i Marek Nowakowski, ale bardziej Marek, bo to jednak proza z Warszawy i okolic. Takie powidoki z życia naszego powszedniego, niezauważalnego, peryferyjnego. Że "cud zdarza się co dnia", że "ten świat jest opętańczo piękny, nie dlatego że jest, ale że ja go tak widzę". To proza z szaro-mętnych miejsc, gdzie jeszcze nie wyblakły kolory życia.


wtorek, 7 sierpnia 2018

Recenzja powieści Virgine Despentes "Vernon Subutex" cz. 3 - wyd. Otwarte



Uciekaj, Vernon, i zabierz mnie z sobą!

Virgine Despentes trzecim tomem opowieści o Vernonie Subuteksie zamyka swą trylogię o „zmarginalizowanych Paryżanach”, którzy uciekają od tego świata. Ten cykl nie spodoba się wszystkim,którym mógłby się spodobać, bo nie jest tak jednoznaczny jak wypowiedzi współczesnych artystów przeciwko Trumpowi, Orbanowi czy Kaczyńskiemu. W spolaryzowanym świecie opinii proza Despentes, mimo że agresywna, jest zbyt mało wyrazista. Autorka nie poddaje swojego cyklu jednej tezie o biednych, wykluczonych gejach, o dziewczynach manifestujących za aborcją, o świecie reżymów, które niszczą wolność. Ona wie, że wolność tego świata jest marzeniem, utopią, że ci, którzy dziś walczą o pokój i miłość, jutro nadepną ci z uśmiechem i swoimi sloganami na gardło. Dla Despentes sytuacja jest zła aczkolwiek beznadziejna i wyjścia z niej nie ma. Ale można uciec.

Vernon i krąg wtajemniczonnych freaków, ludzi przejechanych przez życie, kryje się GDZIEŚ. Może to Paryż, może jakaś prowincja, może jakiś zakamarek Europy. Komuna życiowych rozbitków, których poznaliśmy w poprzednich częściach, mieszka gdzieś w tajemnicy, ukrywając się przed demonicznym Dopaletem,który doprowadził do śmierci Vodki Satany i w ramach zemsty został za to naznaczony haniebnym znamieniem gwałciciela, wyrytym na jego skórze. Wiadomo, że tacy jak Dopalet nie zostawiają niczego samemu sobie i takiej zniewagi nie wybaczają. Gra idzie o najwyższą stawkę.

Pod taką sensacyjną fabułą odkrywa się czytelnikowi świat współczesnych rozbitków, którzy są właśnie różni i bardzo niejednoznaczni. Pewnie ktoś wolałby, żeby świat komuny Subutexa był lewackim rajem, gdzie hipisi, geje, lesbijki wiodą błogi żywot w świetle rozjaśnianym blaskiem głównego bohatera i w oparach wolnej miłości oraz narkotyków. Nic bardziej mylnego. Despentes doskonale zdaje sobie sprawę, że podziały nie przebiegają między lewicą a prawicą, a między tymi którzy chcą dorwać się do władzy i trzymać społeczeństwo za gębę a tymi którzy przed nimi uciekają. Większość pozostaje bierna i niewolnicza – jak zawsze.

Sam Vernon jest uosobieniem anarchii, z jednej strony jest przywódcą, z drugiej wcale tej władzy nie chce i nie dba o nią. Przyciąga tych, którzy nie szukają przemocy i nie potrafią się podporządkować gwałtowi społeczeństwa na jednostce. Przemoc zaś jest demokratyczna i nie posiada płci – mężczyźni gwałcą kobiety, kobiety gwałcą mężczyzn (jak w słynnym pornosie w reżyserii Despentes „Gwałt”). W powieści znów widzimy całe spektrum ludzkości , która urywa się z łańcucha. Powieść jest pisana metodą punktów widzenia i cały czas jest, jak chciał Stendhal, „zwierciadłem przechadzającym się po ulicach”. Zwierciadłem, dodam, które zagląda w głowy swoim bohaterom. Wszyscy jesteśmy złomotani i wszyscy szukamy swego Vernona, „niech przywróci nam wzrok, słuch i mowę”, niech da nam przestrzeń wolności w tym zakazanym więzieniu, jakim jest nasza rzeczywistość. Anarchia nie jest tutaj ani lewacka, ani prawacka.

Anarchia to wyspa, gdzie chcę się wybrać, nie chcąć być wbitym w tryby poprawności, dobrego wychowania, gotowych szablonów i sloganów na kążdą okazję, w wojnie, która określi w czyich dybach doczekam końca swych dni. Anarchia to wyspa, gdzie wieczny DJ Vernon puszcza muzykę ze swoich starych vinyli, z Davidem Bowie, Lemmym z Motorhead, z tymi, którzy dali nam wolność rocka. Anarchia to wyspa, gdzie możemy do tej muzyki tańczyć. Ale Dopaleci, z lewa i prawa, zawsze będą chcieli nas dopaść, ale oni zawsze będą chcieli zniszczyć nasze wyspy.

poniedziałek, 16 lipca 2018

Recenzja książki "Tak będzie prościej" Przemysława Semczuka - wyd. Rebis

 Będzie dobrze


Polski kryminał to oryginalna i samodzielna marka. Europejskie, dzikie państwa środka mają swój styl. Każdy tutaj kręcił wałki, oszukiwał, kiwał jak mógł. Prywaciarze, cinkiarze, badylarze – to oni stworzyli ten wykantowany do bólu rewir. Kryminał na kryminale, jak w „Misiu”, jak w filmach Barei. Przemysław Semczuk w swojej powieści „Tak będzie prościej” wraca do czasów transformacji, wraca do czasów pierwszej wolności i opowiada w jakim klimacie rodziła się „wolna Polska”.

Kanwą akcji tej powieści jest autentyczna historia morderstwa przewodnika sudeckiego, Tadeusza Stecia, zbrodni, która nie została do dziś wyjaśniona. W tę historię wplata się polityka a także wątek homoseksualny. Tadeusz Steć oprócz swojej działalności turystycznej zajmował się handlem antykami, których źródło nie było legalnego pochodzenia. Fakty i fikcja w tej niewyjaśnionej do dziś sprawie łączą się w powieści w mieszankę motywów znanych z seriali i powieści milicyjnych z epoki PRL-u, a sprawa sięga aż znanej i także niewyjaśnionej historii morderstwa komunistycznego premiera Jaroszewicza i jego małżonki. Nowum tutaj jest fakt, że mamy epokę przełomu, transformacja ustrojowa nabiera rozpędu i wchodzi w swoją pełną fazę – raj dla tych, którzy nie boją się ryzyka.

To Przemysławowi Semczukowi udało się najlepiej – sportretować jak stare ściera się z nowym, jak komunistyczna Polska nie bez trudu ustępuje nowemu światu gospodarki rynkowej, gdzie liczy się refleks i brak skrupułów. Każdy chce tutaj urwać swój kawałek z tortu, jakim jest odchodząca do lamusa historii komunistyczna Polska, a najbardziej chcą na tym skorzystać ci , którzy byli do tej pory u władzy. Oni nie dadzą się tak łatwo odstawić na boczny tor.
Jak każda dobra powieść sensacyjna „Tak będzie prościej” nie pozostaje do końca tylko prozą gatunkową. Jest to także odważna jak na dzisiejsze standardy powieść obyczajowa. Semczuk w kontekście swojej historii świetnie portretuje środowisko homoseksualne z początku lat 90. i nie wchodzi w popularny obecnie nurt poprawności politycznej. Książce wychodzi to tylko na dobre, bo czytelnik może zobaczyć, czym w istocie było to środowisko w tamtych czasach, jak dużo miało wspólnego ze światem przestępczym i jak budowało swoją pozycję w wolnorynkowej Polsce. Nie byli to wcale wiecznie krzywdzeni i potulni geje-kozły ofiarne. Byli to ludzie, którzy potrafili być twardsi bardziej bezwzględni od innych, walczący bez skrupułów o swoje. W obecnej epoce politycznej poprawności takie ujęcie rzecz to wielce unikatowa.

„Tak będzie prościej” to ciekawe połączenie kryminału z reportażowym ujęciem świata. Wszystko tu wypada wiernie i dzięki tej dziennikarskiej uczciwości czytelnik intensywnie zanurza się w autentyczny polski krajobraz sprzed ćwierć wieku. Jest to książka dla tych, którzy lubią świat retro z epoki demoludów i dla tych, którzy już dziś pytają – jak to wtedy naprawdę było?

piątek, 13 lipca 2018

Recenzja książki "Stancje" Wioletty Grzegorzewskiej - wyd. WAB

Trauma gramatyki opisowej



Wiola Grzegorzewska kontynuuje swoje ludowe sylwy ku czci życia i młodości, które rozpoczęła w swoim prozatorskim debiucie "Gugułach". Kontynuacja jest wejściem bohaterki w dorosłość.  Wioletka z jurajskich Hektarów wyrusza do "wielkiego miasta", czyli Częstochowy. Jest połowa lat 90-tych. Trwa pełnia transformacji ustrojowej, galopująca inflacja i miliony złotych w grubych rulonach, zdezorientowani ludzie i początki polskiego kapitalizmu. I studia polonistyczne na częstochowskiej WSP, czyli nasz wspólny wątek biograficzny. I jest cichy bohater tej powieści - profesor Bańkowski - profesor belwederski i mroczna legenda częstochowskiej WSP.

Tytułowe "Stancje" to czasowe miejsca pobytu, gdzie mieszka bohaterka - hotel "Wega" z radzieckimi gośćmi, pozostałymi tam po likwidacji jednostki wojskowej na Sabinowie, klasztor sióstr zakonnych i wynajmowana samodzielnie kawalerka, miejsce erotycznej inicjacji. Stancje to także przystanki Drogi Krzyżowej, którą przechodzi wkraczająca w dorosłość bohaterka. Ból dorosłości, ból samotności i odwaga, która pozwala się z nimi zmierzyć. 

To nasze miasto, Częstochowa, z połowy lat 90-tych to większa, obskurna wieś, mniej kolorowa niż Hektary, bardziej ponura i brutalna. Ucieczką jest wyobraźnia, która tworzy azyl i uspokaja, ale także tworzy koszmary i przeraża. Samotna dziewczyna ze wsi porusza się po tej wielkiej wsi jak po labiryncie ulic, cieni i groźnych zakamarków. Jest opuszczona i pozbawiona oparcia. Ale chce być samodzielna. I to jest piękne w tej książce - ten powszedni heroizm, który nie pozwala się poddać.

I jest profesor Bańkowski, w powieści Brankowski, prowadzący zajęcia z gramatyki opisowej. Dla mnie był on fascynujący jak dziwak-ojciec z opowiadań Schulza. Dla Wioletki to dziki satyr, bezlitosny pogański bożek uprawiający jogę na swoich wykładach, porywający młode studentki na jurajskie szlaki, by uczyć sikania na stojąco i na barana przenosić przez jurajskie potoki. Niebezpieczny, mizoginiczny relikt z umarłego paternalistycznego świata. 

Ale to za mało, Wioletko. Za mało, za delikatnie, za subtelnie w spolaryzowanym świecie bez-idei, w świecie wyszczerzonych kłów i wściekłej piany. Twój świat groźnej wyobraźni, strachu, który jest głównie w środku, jest zbyt intymny, a przez to zbyt słaby. A gdyby tak Bańkowski onanizował się na swoich zajęciach i spryskiwał ejakulatem studentki zamiast opowiadać o sikaniu na stojąco? A gdyby tak siostry gwałciły studentkę krucyfiksem, odbierając dziewictwo, zamiast wracać do obozów swojego dzieciństwa? Gdyby tak ruscy zakuli w kajdany i zmuszali do prostytucji i sodomicznych praktyk samotną dziewczynę? Czyż nie byłoby wyraziściej, prościej i ciekawiej? Czy nie byłoby po prostu atrakcyjniej bez tych niuansów powrotów sylwicznej wyobraźni? 

A tak to misie podoba. I to bardzo. Szkoda. Smuteczek.

sobota, 23 czerwca 2018

Recenzja kryminału "Detonator" Kathrin Lange - wyd. "Media Rodzina"

Będziesz detonatorem!

Terroryzm to temat modny i wzbudzający niezmiennie zainteresowanie ludzi. Zamachy terrorystyczne, które dość regularnie powtarzały się w ostatnim czasie w wielkich stolicach europejskich miast, pobudzają wyobraźnię masowego odbiorcy. Chcemy wiedzieć kim są ludzie planujący bezwzględne ataki na bezbronnych ludzi, gdzie ofiarami często są niczego nieświadomi cywile, niewinne dzieci. Niemiecka autorka, Kathrin Lange, w swojej kolejnej książce z cyklu o Farisie Iksanderze, policjancie arabskiego pochodzenia, próbuje znów odpowiedzieć na nurtujące wszystkich pytania. Po pierwszej książce z cyklu, jaką była powieść „40 godzin”, przyszedł czas na „Detonator”.

Faris tym razem musi wygrać wyścig z czasem, aby nie dopuścić do śmierci bliskiej osoby. Cały czas wykonuje polecenia psychopatycznego przeciwnika, który dąży do tego, by sam Iksander stał się „detonatorem”, by to on nacisnął przycisk, który spowoduje eksplozję i śmierć niewinnych osób.
Wyścig z czasem to znany i oklepany motyw powieści sensacyjnych. Wydaje się zatem, że nic nowego nas tutaj nie czeka. Jednak decydujący jest tutaj sposób realizacji, a w tym przypadku nie można niczego Kathrin Lange niczego zarzucić.

Faris Iksander jest muzułmaninem. To ten zabieg fabularny, zrównujący kata i ofiarę w kwestii pochodzenia, pozwala czytelnikowi wniknąć dogłębnie w sferę motywacji i myśli terrorysty. Farisowi ten świat jest bliski i dużo lepiej rozumie niuanse decyzji potencjalnych „detonatorów” Jeśli miałbym wskazać w książce Kathrin Lange element, który wyróżnia ją wśród innych opowieści o terroryzmie, to właśnie dobre zrozumienie intencji negatywnych bohaterów jest dla mnie tym wyróżnikiem. Autorce udało się przekonać mnie, że wybory i decyzje ludzi z innych kultur, które niejednokrotnie sobie prostacko interpretujemy wcale nie muszą iść w tak oczywistą stronę. Tak jest w przypadku bohaterów „Detonatora”.

„Detonator” nie jest powieścią pozytywną. Powieść ta przekonuje, że terroryzm to stugłowa hydra, gdzie po ujęciu jednego chorego z nienawiści człowieka na jego miejsce przychodzą dziesiątki innych, którzy są zagrożeniem dla setek, tysięcy niewinnych. I nie ma tutaj, jak niejednokrotnie chcielibyśmy myśleć, jednoznacznych, łatwych recept. Im prędzej to zrozumiemy, tym lepiej będziemy umieć bronić się przed tym zagrożeniem – mówi w swojej powieści Kathrin Lange. A jako powieść sensacyjna „Detonator” to mroczna, ale niesamowicie dynamiczna historia, która wciąga od pierwszej do ostatniej strony.

sobota, 28 kwietnia 2018

Recenzja książki Piotra Zychowicza"Skazy na pancerzach" wyd. Rebis

Polskie rachunki

Autor recenzji: 
Autor książki: Piotr Zychowicz
oficjalna recenzja LC 



C
W recenzji ostatniej książki Piotra Zychowicza „Niemcy” pisałem na zakończenie tak: „I w tym tkwi siła tego historycznego pisarstwa – jest ono żywe i inspiruje do autentycznej dyskusji. Osobiście marzy mi się książka Pana Piotra na temat „żołnierzy wyklętych”. Może to marzenie się spełni?”. Nie musiałem długo czekać, bo na początku 2018 wydana została przez Rebis książka „Skazy na pancerzach. Czarne karty epopei Żołnierzy Wyklętych”. I jest to jedna z najważniejszych książek historycznych, jakie wydano w Polsce w XXI wieku.
Książka ta jest ważna z dwóch powodów. Po pierwsze jest pisana przez autora, który deklaruje się jako konserwatysta, zwolennik myśli i dzieła Józefa Mackiewicza – jest to o tyle istotne, że w temacie „żołnierzy wyklętych” obowiązuje daleko idąca polaryzacja opinii. Autorzy o lewicowych lub liberalnych poglądach otwarcie piszą o „żołnierzach wyklętych” jako zbrodniarzach, zwykłych rzezimieszkach, którzy zdemoralizowani okrucieństwami wojny zeszli na ścieżkę gwałtu, gdyż uzależnili się od przemocy i jedynie taka mroczna motywacja pozwalała zaspokoić ich rozbudzone wojną, krwawe instynkty. Z drugiej strony obowiązuje apoteoza wszystkiego, co związane z walką patriotycznego podziemia antykomunistycznego po II wojnie światowej, bez względu na to, czego dopuszczali się „żołnierze wyklęci” podczas prowadzonych akcji. „Skazy na pancerzach” pokazują to, co złego wydarzyło się w kontekście ich działalności, ale wskazuje na prawdziwe motywy i umieszcza te akcje w szerokim tle zdarzeń, które tworzyły klimat tamtego okresu. Zychowicz pokazuje jak łatwo było przekroczyć granicę, która dzieli bohaterstwo od bestialstwa i że w pewnym momencie trzeba wystawić historyczny rachunek, że w sensie szerokim człowiek nie jest jednoznacznie biały lub czarny, że taka narracja jest zbyt prosta i staje się źródłem nierozwiązywalnych konfliktów. Idzie jednak o to, by w wystawianiu tych rachunków być sprawiedliwym, bo stawką jest prawda, bez której żyć w normalnym świecie niepodobna. Ale jest też druga strona, dlaczego jest to taka ważna książka – Zychowicz pisze o historii żywym językiem, jego felietony funkcjonują gdzieś na pograniczu gatunków i dziedzin, niezdefiniowane między tekstem naukowym, publicystyką i literaturą, balansują między felietonem historycznym a reportażem i dlatego trafiają do szerokiego grona odbiorców, a nie tylko do zagorzałych fanów gatunku, zaangażowanych po jednej ze stron barykady.
Odbiegnę na chwilę od tematu (a może właśnie przy nim pozostanę bardziej?) – odwołam się do mojego ukochanego Czecha, Hrabala, który we wstępie do swoich opowiadań przytoczył taką anegdotę „pewien król perski, którego nadworny poeta w swoim wierszowanym peanie porównywał do słońca – otóż ten perski król usłyszawszy ten poemat, powiedział: „Mój lasanoforos temu przeczy”. A lasanoforos znaczy po persku „nocnik”. Potem dodaje, że „człowiek składa się nie tylko ze swojej chwały, ale także ze swojej hańby”. Wszyscy, bez wyjątku, jesteśmy dotknięci tym rozdarciem. Gdyby tak nie było, każdy z nas byłby chodzącym aniołem, czego, rzecz jasna, sobie i Państwu życzę, ale tak nie jest – każdy z nas ma w sobie ciemną stronę, cień, który w pewnych okolicznościach przesłania w nas to, co prawe i dobre. Jak mocno tkwi w nas przekonanie o własnej doskonałości, że nie jesteśmy w stanie przyjąć na siebie tej dialektycznej świadomości. Wspomniałem o Hrabalu, gdyż jest taki stereotyp Czecha, który mówi, że są to ludzie raczej unikający konfliktów i wielkich bohaterskich aktów, a ich patronem jest Szwejk. O ile bardziej narażeni na „skazy” są ci, którzy jako swoją drogę wybrali walkę? W dodatku walkę, która była praktycznie przegrana?
Łupaszka, Ogień, Szary, Bury, Wołyniak, Wacław – tym dowódcom poświęca Zychowicz kolejne rozdziały swojej książki. W większości żołnierze ci zdecydowali się zejść do komunistycznego podziemia, gdyż nie mieli wyjścia. Znów – z jednej strony komuna, Stalin byli przez nich odbierani jako śmiertelni wrogowie Polski, z drugiej mieli świadomość, że jeśli się poddadzą zapłacą za to głową. Mogli oczywiście poddać się bez walki i iść na rzeź jak biedne zwierzątka do rzeźni, cierpieć życie w niewolniczej hańbie, by na koniec i tak położyć głowę pod katowski topór. Jaki wybór mieli? Domorośli kolaboranci i konfidenci oczywiście ferują wyroki, bo wiedzą jak sami postąpiliby na ich miejscu. Ale my tego nie wiemy. I nie wiemy też jak zachowalibyśmy się w matni, w której musieli prowadzić swoje akcje, wiedząc, że ich czas jest policzony. Zychowicz nie usprawiedliwia, Zychowicz wystawia rachunek tej tragicznej i wielowymiarowej historii. Zychowicz zmusza do refleksji w miejsce bezmyślnego powtarzania za albo przeciw.
Leszek Żebrowski zarzucał autorowi „Skaz na pancerzach”, że nie przytacza źródeł, że jest to niczym nie poparta fikcja, wyciągnięte z kontekstu przykłady, które są pisane pod jedną tezę i tracą w ten sposób swój istotny sens. Ja tego nie rozumiem, bo Zychowicz uprawia pisarstwo na pograniczu beletrystyki i publicystyki i nie musi do swoich tekstów tworzyć przypisów na pół strony. Takie konserwatywne podejście wykluczyłoby nawet swobodę wyboru twórczej ekspresji i zostawiłoby pole jedynie dla szczegółowych elaboratów, których przeciętny czytelnik nie jest w stanie poznać i wtedy dopiero temat „żołnierzy wyklętych” stałby się jakimś umownym hasłem, o którym wszyscy mówią, ale nikt o tym nic nie wie poza garstką fachowców. Tak jest w przypadku wielu młodych ludzi, którzy identyfikują się z mitem, zakładają koszulki z wizerunkami swoich bohaterów, organizują marsze z pochodniami ku ich czci, nie wiedząc zbyt wiele o swych patronach. Choćby dlatego książka Zychowicza jest taka ważna, że musi wzbudzić u czytelników autentyczną refleksję co do charakteru wojny, że jej ofiarami są wszyscy, także bohaterowie. „Skazy na pancerzach” nie mają tezy, nie są oskarżeniem, są raczej mową obronną w imieniu tych, którzy byli żołnierzami i mieli przeciw sobie nie tylko całą potęgę militarną sowieckiego imperium, ale także często zwykłych ludzi, którzy traktowali Sowietów jak wybawicieli. W dodatku Zychowicz za każdym razem przywołuje źródła, na które się powołuje i konfrontuje je z innymi punktami widzenia oraz informuje, dlaczego interpretacja, którą przywołuje, wydaje mu się najbardziej zasadna. Uważam, że Piotr Zychowicz jest w swojej książce po prostu uczciwy.
Oczywiście powinniśmy poznać w przypadku „Żołnierzy Wyklętych” także jasną stronę ich legendy. Piotr Zychowicz wspomina o tym wiele razy, jednak za każdym razem dochodzi do wniosku, że bohaterska legenda nie może przysłonić tego, co złe, gdyż bez tego nigdy nie zrozumiemy, kim byli żołnierze antykomunistycznego podziemia w Polsce. Tutaj gra idzie naprawdę o dużą stawkę, o prawdę historyczną, której, podobnie jak na przykład w przypadku historii Lecha Wałęsy, nie możemy zamieść pod dywany i trzeba dowiedzieć się na ten temat jak najwięcej. Polscy bohaterowie wszak to zawsze postaci niejednoznaczne – Soplica, Kmicic to literackie obrazy skomplikowanej polskiej duszy, która wyrastała z niewoli. Jeśli o tym zapomnimy , to nie zrozumiemy prawdy o samych sobie. Dlatego uważam, że książka „Skazy na pancerzach. Czarne karty epopei Żołnierzy Wyklętych” Piotra Zychowicza to jedna z najważniejszych polskich książek historycznych XXI wieku.