Dom (zly)

Dom (zly)

niedziela, 7 czerwca 2026

Recenzja spektaklu "Don Kichot" w reżyserii Jakuba Zalasy


 

Don Kichot nie umarł


W adaptacjach klasyki interesuje mnie to, ile dziś jeszcze znaczy ona i co znaczy w naszej, współczesnej świadomości. Nowe odczytania potrafią być dziwne, szaleńcze, prowokacyjne. To, co udało się niewątpliwie twórcom „Don Kichota” w częstochowskim teatrze, jest pogodzenie wierności literackiego pierwowzoru z uniwersalną i aktualną wymową.


Bo baśń jest uniwersalna i aktualna zawsze, a taką właśnie formułę nadał swojej sztuce Jakub Zalasa, reżyser tego poruszającego wszystkie struny emocji przedstawienia. Współistnieją tu ze sobą komizm i rozpacz, tragedia współgra z komedią, mity historyczne i współczesne stoją obok siebie i przyglądają się sobie nawzajem, filozoficzne rozważania skonfrontowane są z ironicznym mrugnięciem okiem w kierunku widza.


Tylko jak udało się ze sobą to wszystko pogodzić? I to nie wyłączając rozbrajającego komentarza do współczesnej popkultury w formie parodii telenoweli, którą idealista Don Kichot zmuszony jest oglądać niejako za karę, by przekonać się ile warte są klasyczne, idealistyczne marzenia, mrzonki o „nowym wspaniałym świecie”, który przecież w jakiś sposób się urzeczywistnia się dzięki narkotykowi kultury masowej. I to nie wyłączając tragedii wojny, która wybrzmiewa dziś ze zdwojoną mocą?


Udało się, bo przedstawieniem tym rządzi cudzysłów baśni, gdzie oniryzm snu wariata staje się uniwersalną przypowieścią o tym, jak myli się człowiekowi iluzja człowieczej wielkości z okrucieństwem świata, które nie zmieniło się od wieków, przybrało jedynie inne formy. Udało się, bo częstochowscy aktorzy podjęli grę, której reguły wyznaczył reżyser. Zarówno Maciej Półtorak jako wieczny duch Don Kichota jak i Sancho Pansa, w którego wcielił się Adam Hutyra, niosą ze sobą wierność bohaterom Cervantesa, nadając tym postaciom równocześnie aktualny i ponadczasowy wymiar. Nie można tutaj nie wspomnieć o roli konia Rosynanta, którego na scenie „uczłowieczył” Karol Czajkowski, by baśniowość „częstochowskiego Don Kichota” przeniosła widzów w krainę teatralnej magii. Pozostała część obsady DOSŁOWNIE dwoi się i troi, wcielając w rozmaite, mniej i bardziej ważne postaci przedstawienia, podkreślając umowność tego, co widzimy na scenie. Szczególny podziw w tym aspekcie wzbudza „ta książęca para”, czyli Marta Honzatko i Robert Rutkowski, ale musiałbym wymienić tutaj dosłownie wszystkich, bo epizod z brazylijską telenowelą, mówiąc kolokwialnie, „wymiata”, a kobiece role są ucieleśnieniem wszelkich „niewieścich” zalet i przywar.


Don Kichot nie umarł. Jego postać jest wiecznie żywa, o czym mogłem przekonać się podczas częstochowskiego spektaklu. Potrzeba było do tego odpowiednio dobranych proporcji humoru i refleksji, przenikających się niezauważalnie na scenie; potrzeba było do tego cudzysłowu baśniowości, która sprawiła, że nawet trudne tematy wybrzmiały szlachetnie i czysto, bez nadmiernego szokowania i prowokacji.

Mega przedstawienie, doskonale wyreżyserowane. Telenowela rozbawiła publikę do łez i niczego nie można zarzucić jej długości. Nie spłycałbym też wymowy spektaklu, który od początku jest opowieścią filozoficzną o tym, co jest iluzją a co prawdą. A to wszystko niesie konwencja baśni. Tylko jak udało się twórcom przemycić w tej stylistyce tak dużo refleksji na temat n

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz