kadr z filmu "Ojczyzna" Pawła Pawlikowskiego
Czy można tworzyć "sztukę wysoką" po Auschwitz? Refleksja po drugim seansie „Ojczyzny” Pawła Pawlikowskiego.
Nie będę tutaj dogłębnie analizował filmów Pawła Pawlikowskiego, bo powiedziano o nich tak dużo i mądrzej i wszechstronniej, że nie śmiałbym wchodzić w filmoznawcze polemiki. Bardziej chodzi mi tu o krótką (jak zwykle) refleksję nad polaryzacją opinii wokół tryptyku, który wieńczy „Ojczyzna”.
Sparafrazowałem tu słynną myśl Theodora Adorno, który pytał, „czy można pisać wiersze po Auschwitz?”, bo wydaje mi się ona adekwatna do tego, co pokazuje w swoich filmach reżyser „Idy”. Zresztą, gdyby rozszerzyć pojęcie poezji na inne dziedziny sztuki, to filmy Pawlikowskiego można uznać za takie poematy filmowe „po Auschwitz”, bo tak umieszcza twórca akcję swoich filmów, stawiając wielkie pytanie Adorno przede wszystkim samemu sobie.
Oskarżenia wobec „Ojczyzny” o pseudointelektualne pozerstwo dzielą „filmowy” internet niczym w sporze na miny w „Ferdydurke”. W najlepsze dzieje się ten nieustający pojedynek zwolenników Syfona z jego wzniosłą twarzą i Miętusa z karykaturalną, obleśną gębą. U Gombrowicza wygrywa Miętus, wygrywa reprezentant kultury masowej, o której z taką niechęcią wypowiadali się filozofowie tacy jak Adorno czy Ortega y Gasset, oskarżając ją między innymi o totalitaryzmy.
Późniejsza refleksja na temat kultury skłaniała do akceptacji tego, co nieuchronne, gdyż elitarność „kultury wysokiej” mogła sama z siebie tworzyć głębokie podziały społeczne, dziś znane pod potocznym określeniem „klasizmu” – „sztuka wysoka” wymaga wykształcenia, czasu, skupienia. Kogo w rozpędzonym, kapitalistycznym świecie, stać na ten komfort? Tylko jakąś arystokrację, dziedziczącą majątki i kształcącą się na Oxfordzie. Takim arystokratą wydaje się być dziś Paweł Pawlikowski, który swoim tryptykiem „Ida”, „Zimna wojna”, „Ojczyzna” znów zadaje pytanie o sens sztuki po Auschwitz.
Słusznie ktoś zauważył, że główny bohater „Ojczyzny”, którego pierwowzorem jest wracający do swojego rodzinnego kraju po koszmarze II wojny światowej Thomas Mann, przypomina profesora Borga z "Tam, gdzie rosną poziomki", podróżującego do Lundu na swój jubileusz. Ale to nie tylko estetyka Bergmana była inspiracją dla twórców filmu i przepięknych zdjęć Łukasza Żala. Jak napisała w swojej recenzji „Zimnej wojny” Aleksandra Łapot, znajdziemy tu także klimat Nowej Fali i włoskiego neorealizmu – właściwie wszystko, co zaistniało tak mocno w powojennej kulturze filmowej Europy, także wpływ Polskiej Szkoły Filmowej, można dostrzec w tryptyku Pawlikowskiego.
Tak, filmy pierwszego polskiego laureata Oscara za film długometrażowy (przypomnę, że była to „Ida”) są w dużej mierze hołdem dla kultury europejskiej, która ośmielała się stawiać wielkie pytania po Auschwitz. Tryptyk Pawlikowskiego dzieje się przecież w kontekście osobistych, powojennych tragedii – samobójstwo Klausa Manna, syna Tomasza, samobójstwo „czerwonej” Wandy w „Idzie” czy samobójstwo bohaterów „Zimnej wojny”, inspirowane losami rodziców reżysera, mówią nam o wielkim niedostosowaniu idealizmu postaw wobec rzeczywistości, która nastała po wojnie.
Bo „Ojczyzna” to w istocie film o klęsce wartości. O wielkich słowach, które nie mają żadnego znaczenia, gdy przejeżdża po nich walec historii. Ten film najsilniej wybrzmiewa, kiedy pośród eleganckich dialogów i kwiecistych przemówień zapada chwila milczenia i ciszy. Owo milczenie jest reprezentowane przez milczące posągi w weimarskim parku i przez pośmiertną maskę Goethego oraz jego milczące popiersie, przy którym fotografują się Mann i sowiecki politruk. Dlatego nie można oskarżyć „Ojczyzny” o stanie na koturnach, o pustosłowie i patetyczny ton, który nie pasuje do współczesnej, „inkluzywnej” kultury, zapraszającej wszystkich do dobrej zabawy. „Ojczyzna” bowiem przeniknięta jest ironią, te „wielkie słowa” i wartości są tutaj „gombrowiczowską” gębą Syfona, wzniosłą i pustą zarazem. A filmy Pawlikowskiego wybrzmiewają najsilniej, gdy zapada cisza.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz