Dom (zly)

Dom (zly)

czwartek, 6 sierpnia 2026

Recenzja powieści "Zaświatowiec" Olgerda Dziechciarza


 

Racjonalista próbuje opisać boga


„Zaświatowiec” to powieść Olgerda Dziechciarza, jednego z najbardziej płodnych polskich pisarzy, którego twórczość rozpięta jest między prozą, poezją a historyczną literaturą faktu. Czy ta wieloraka twórczość przekłada się na rozpoznawalność autora? Obawiam się, że nie, a przecież twórczość pisarza pochodzącego z Olkusza i prowadzącego tam wydawnictwo Afront, nie ogranicza się tylko do lokalnego zasięgu. Wspomniany wcześniej „Zaświatowiec”, został wydany przez PiW i jest to tom liczący ponad 500 stron.


Mamy zatem przed sobą dzieło, którego nie wolno zbyć mianem „kolejnej niepotrzebnej książki”. Chciałbym tutaj uzasadnić, dlaczego tak uważam i że te 30 książek, które wydał Olgerd Dziechciarz, nie jest przypadkowym tworem, płynącym z „kategorycznego imperatywu” tworzenia, tylko wynikiem konsekwentnej literackiej drogi. Odniosę się przy tym właśnie do „Zaświatowca”, książki ważnej, jednak pomijanej na zasadzie „nie da się przeczytać wszystkiego”.


A warto przeczytać, bo „Zaświatowiec” łączy tradycję literatury światowej z pomijanym często lokalnym, polskim podwórkiem, ale jest to także powieść operująca metaforą „boga” jako kreacji, jako sztuki w jej wymiarze metafizycznym. Analogii do literatury światowej upatrywałbym w oświeceniowej powieści inicjacyjnej, a odniesienia do „Kandyda” czy w szczególności „Tristama Shandy’ego” Sterne’a nie wydają mi się na wyrost. Oto mamy Małopolskiego, który pojawia się jako twór wyobraźni autora, wyłaniającego się z „zaświatów” za sprawą aktu twórczego. Powieść Dziechciarza, podobnie jak wymienione wyżej utwory jest pełna ironii, autotematycznych gier, czy też przypisów, które odsyłają czytelnika do pozaliterackiego meta-świata.


„Zaświatowiec” to także lokalne poletko „Polski B” z jej politycznymi gierkami – cała akcja powieści toczy się wokół wyboru Małopolskiego na radnego. Przypominał mi ten aspekt utworu takie ikony polskiej popkultury jak serial „Ranczo” czy cykl filmów „U Pana Boga w ogródku”. Znamy także ten prowincjonalny obraz prowincji choćby z prozy Stasiuka, a idąc tropem literatury środkowo-europejskiej można tu wskazać na Hrabala jako stały punkt odniesienia dla takiego typu ironii. Powieść Dziechciarza ucieka bowiem od taniej uczuciowości, od tych sympatycznych prawzorców, każących kochać swoją „małą ojczyznę”. Autor raczej powtarza za Bursą „mam w dupie małe miasteczka”, a jego bohater kręci się po tej powieści trochę jak Adaś Miauczyński z „Dnia świra”, kontestując świat, w którym znalazł się przecież nie z własnej woli. Ewidentnie poletko autoironii przenika „Zaświatowca” i nie pozwala tej powieści skręcić w stronę taniego sentymentalizmu, a jest raczej jego ukazaniem w krzywym zwierciadle.


Jednak dla mnie „Zaświatowiec” jest w głównej mierze powieścią o stworzeniu i w tym sensie jest przesiąknięta duchem kreacjonizmu. Wszak autor jest dla bohatera bogiem, ale czy bogiem ostatecznym? - zdaje się pytać twórca. Oczywiście autor i w tym elemencie nie szczędzi nam gorzkiej ironii, dotyczącej ludzkiego losu jako permanentnej niemożności uwolnienia się ze smyczy oczekiwań i form. W tym rozumieniu Dziechciarz tworzy mit kreacjonistyczny nie jako baśń o Raju, ale jako prozaiczny horror codzienności, przypominający raczej małe lokalne piekiełko z jego marionetkowym charakterem i groteskowymi demonami.


„Zaświatowiec” to gra na wielu polach ironii – literatury, Polski B, „pana boga”. Owa ironia tworzy odnogi, otacza czytelnika i zaskakuje raz po raz, ale pod warunkiem akceptacji reguł gry. Znaczy to ni mniej ni więcej, że Dziechciarz stworzył ten świat i bohatera na własnych zasadach, nie bardzo przejmując się oczekiwaniami czytelników i redaktorów oraz kolejnymi wcieleniami sztucznej inteligencji, które ułatwiłyby porozumienie na linii pisarz-odbiorca, i poszedł pod prąd literackich mód. Właśnie w tym oporze, w tym „afroncie” wobec fałszu literackiego rynku, upatruję wagi powieści Olgerda Dziechciarza.