O co chodzi w "Zaproszeniu" Olivii Wilde?
Wypalone małżeństwo (Olivia Wilde i Seth Rogen) zaprasza do siebie parę uprawiającą seks w rozmaitych konfiguracjach (Penelope Cruz, Edward Norton), ale możemy się domyślać, że zawsze jest tam terapeutyczna podszewka - wydaje się, że w ich prowokacyjnych "or-gierkach" chodzi o coś więcej niż seks, że chodzi o rozmowę.
Para spokojnych, wypalonych, pogodzonych z wyjałowieniem pożądania, sąsiadów nadaje się idealnie - do rozmowy. I właśnie dialogi w "Zaproszeniu' tworzą jedyną w swym rodzaju komedio-dramę, która na naszych oczach staje się seks-dramą. Ileż już takich przeniesionych z teatru, mniej czy bardziej klasycznych utworów, mogliśmy podziwiać w kinie - od "Kto się boi Virginii Wolf" po "Rzeź". Czy "Zaproszenie" może być postawione na równi z takimi tytułami jak powyższe?
Tak, a zawdzięczamy to bezkompromisowej i prowokacyjnej fabule, która nie przekracza granicy dosłowności. Twórcy dowożą nas do ściany dobrego smaku i kiedy wydaje się, że całość się rozleci jak tekturowa scenografia filmowego studia, wszystko w ostatnim momencie wyhamowuje i nabiera refleksyjnego charakteru.
Siłą tego filmu są doskonałe role całej aktorskiej czwórki. To dzięki nim widz ani na chwilę nie zapomina, że ta terapia jest humorystyczną grą, w którą nie powinniśmy do końca wierzyć. Uwielbiam szalone komedie i "Zaproszenie" jest dla mnie na pierwszym miejscu doskonałą komedią a nie kinem terapeutycznym, kinem doskonałym na lato...jesień, zimę i wiosnę, bo lubię takie przekraczanie granic, które nie są przekroczone, lubię balansowanie na skraju szaleństwa, bo tym często bywa prawdziwe życie, ale z tą świadomością, że jesteśmy przypięci linką bezpieczeństwa i spokojnie wylądujemy w kinowym fotelu. Może odrobinę mądrzejsi, może bardziej otwarci, ale cały czas w swoim normalnym życiu.
Dlatego uważam, że w "Zaproszeniu" chodzi przede wszystkim o dobrą zabawę, o śmiech z obrazu, który przez chwile ujrzeliśmy w krzywym, groteskowym zwierciadle.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz