Dom (zly)

Dom (zly)

niedziela, 1 grudnia 2024

MINGHUN reż. Jan P. Matuszyński

 

Paradygmat romantyczny w wymiarze multi-kulti

Gdy Maria Janion rozprawiała się w swoim słynnym eseju „Zmierzch paradygmatu” z polskim romantyzmem jako perspektywą narodowego cierpienia, walki i ofiary, nie mówiła o uniwersalnym wymiarze tej epoki, który płynie do nas choćby z fascynacji muzyką Chopina.

Romantyzm odżywa u Jana P. Matuszewskiego w filmie „Minghun” na wszelkie możliwe sposoby oprócz właśnie tego patriotycznego. Mamy tu człowieka w obliczu tajemnicy śmierci, mamy tu życie dusz kochanków – wszak tytułowy minghun to obrzęd zaślubin po śmierci, mamy fascynację orientem i obrzędami ludowymi. Nie mamy tylko tego wymiaru patriotycznego, który w obliczu uniwersalnej wymowy filmu na wiele się tutaj nie przyda.

Ten romantyczny wymiar podkreślany jest malarskimi kadrami, które dla mnie przywoływały obrazy Caspara Davida Friedricha z „Wędrowcem nad morzem mgły” na czele. To jak Marcin Dorociński w kilku scenach spogląda na bezkres wody jest kontemplowaniem bezmiaru czasu i wszechświata. Gdy śledziłem na ekranie losy Jerzego, to jak przeżywa stratę najbliższej osoby, to jak mierzy się z absurdalnym wymiarem świata i próbuje nadać mu sens, przypominało mi wczesne dzieła Mickiewicza – jego ballady i „Dziady” wileńsko-kowieńskie, czyli te utwory, gdzie jeszcze nie narodził się Konrad cierpiący za naród i ojczyznę.

Celowo nie piszę wiele na temat treści filmu, bo „Minghun” powinien pozostać dla widza tajemnicą, tak jak tajemnicą dla Jerzego pozostaje los ukochanych przez niego osób. Dziś romantyzm ze swoją magią i tajemniczością może wydawać się trywialny, bo przecież izolujemy się skutecznie od tych ostatecznych kwestii, uważając prawdopodobnie, że one nas nie dotyczą.

Ilekroć słyszę o tragicznych wypadkach, myślę o tej pustej przestrzeni, która tak pięknie jest pokazana w filmie Matuszyńskiego – przestrzeni „kota w pustym mieszkaniu” z wiersza Szymborskiej. Myślę, że reżyser zderzył nas z tym, co ostateczne, w najlepszy możliwy sposób – poprzez wyjście poza kulturowy, narzucony nam schemat. Myślę też, że na ten film trzeba się otworzyć, tak jak Jerzy musi otworzyć się na to, czego nie rozumie. Bez tego „Minghun” pozostanie dla widza milczeniem.


Mam nadzieję, że moje romantyczne konteksty wniosą coś do lepszego zrozumienia filmu. Moja ocena 8/10

wtorek, 29 października 2024

O "Megalopolis" Francisa Forda Coppoli


Megalomani i starcy


Film to „Megalopolis” w reżyserii FF Copolli, Megalon to substancja odkryta przez Cesara Cattalinę, głównego bohatera „Megalopolis”, aby odbudować Nowy Rzym-Hollywood jako nowy, wspaniały świat. To nie chodzi o sztukę, jak chcą niektórzy, ale o megalomanię. Ten film jest szczytem megalomanii - samego Copolli i wielkich gwiazd, grających w tym filmie, a Nowy Rzym to targowisko próżności medialnych bóstw. Musiałem przespać się z tym irytującym do bólu filmem, żeby zrozumieć, dlaczego mnie po nim nosi, że płynę amplitudą szczytów i dolin nie wiadomo dokąd.


Kupuję wielki kicz wizualny w bizantyjskim stylu, czerpiący garściami z tradycji Hollywood, ale nie wytrzymuję przy statycznych, napuszonych dialogach, a może lepiej rzec monologach? Każdy z bohaterów Nowego Rzymu peroruje do siebie, o sobie, o swojej wielkości. Gwiazdy Hollywood w tym filmie niczym bogowie rzymscy są zakochane w sobie i nie widzą, że świat, na którym balują w przepychu, zmierza ku upadkowi. Bohaterowie tego filmu mówią patetycznymi frazami do samych siebie, nie słuchając nawzajem.


Megalopolis” to film o blichtrze i pustce, nieznośny w rozbuchanej, barokowej formie wyraz depresji dzisiejszej kultury. To vanitas odchodzącej cywilizacji z bezradnymi nadludźmi, którzy niczego już nie rozumieją, oddzieleni od świata ścianami niewidzialnej, złotej klatki. Bogowie ci gotowi są zniszczyć ten świat i pociągnąć go za sobą ku upadkowi.


Copolla zdaje się nienawidzić swojej starości i pokazuje w „Megalopolis” – celowo czy nie? - jak bardzo jest ona odrealniona. Oto stary, rozkochany w sobie świat odchodzi. Co po nim pozostanie, czy istnieje jakaś szansa na przetrwanie?


Megalopolis” przecież jest baśnią, a z baśni ma płynąć nauka. Brzmi ona – jesteśmy bezradni, ślepi, pogrążeni w samozachwycie. Nie możecie już na nas liczyć. Jeśli nie znajdziecie nowych przestrzeni dla ludzkości i jej rozwoju, nie pomoże wam żaden Cesar Cattalina, nie pomoże wam fikcja megalonu, która zaleje wszystko rzymskimi fontannami narcystycznych wizji, zakrywając prawdę - smutną prawdę o samotności i alienacji współczesnego człowieka.


Film nieznośny i wspaniały – z zero i dziesięć wychodzi średnia 5/10.


wtorek, 22 października 2024

O filmie „Kulej. Dwie strony medalu”

 

Laurki są wkurzając. O filmie „Kulej. Dwie strony medalu”


Polskie kino zalewają laurki biograficzne. Przypominam sobie tylko jeden rodzimy biopic, który laurką nie był. To „Ostatnia rodzina” Jana P. Matuszyńskiego – byłem wkurzony po seansie, ale obejrzałem ten film dziesięć razy. To było trudne i ryzykowne zadanie, żeby naruszyć intymność rodziny Beksińskich i wywlec na światło dzienne te wszystkie „trudne sprawy”. Wspaniały film, tylko szkoda, że o Tomku Beksińskim – pomyślałem.


Tej odwagi brakło Xaweremu Żuławskiemu. Reżyser był odpowiedzialny i ledwie zaznaczył w swoim filmie „Kulej. Dwie strony medalu” mroczną stronę osobowości wybitnego boksera. Żyją wszak bliscy Kuleja, jego syn aktywnie uczestniczył w tworzeniu tego filmu. Wyszła taka dość poprawna laurka z sympatycznym wizerunkiem naszego dwukrotnego mistrza olimpijskiego, którego postać poprawnie i z wdziękiem tworzy na ekranie Tomasz Włosok. Podobnie jest z wizerunkiem żony Jurka, którą z całą mocą swego sexappealu kreuje Michalina Olszańska, ale nie przekracza granicy, mogącej zrujnować sympatyczny wydźwięk filmu.


A gdyby Żuławski poszedł na całość? Był potencjał, żeby naruszyć ten poprawny wizerunek i powstałby film, który wiele osób by wkurzył, ale który, jak w przypadku „Ostatniej rodziny”, sprowokowałby widza.


Jednak dostaliśmy film zrobiony dobrze i bez kontrowersji. Takimi filmami są w większości polskie obrazy biograficzne. Bo Żuławski bardzo się postarał, żeby wszystko tutaj zagrało, żeby to był PRL pokazany jak w Hollywood, bardziej „Rocky” niż „Wściekły byk”, z doskonale wplecionymi zdjęciami stylizowanymi na archiwalia i bardzo zadbał, żeby widz czuł się podczas seansu komfortowo i nie kręcił nosem.


Laurki są wkurzające, ale widocznie idąc do kina większość ludzi chce oglądać swoich bohaterów ukazanych nijako i w ciepłym świetle. Znalazłem u Hrabala takie zdanie – człowiek składa się nie tylko ze swej chwały, ale także ze swej hańby. Ten dialektyczny obraz walczących w człowieku sił byłby dla mnie bardziej bolesny, ale zarazem ciekawszy. Niektórzy czekają na takie wkurzające filmy a nie na wkurzające laurki ku czci.


Za ten przyjemny, bokserski relaks rodem z PRL-u daję 6/10, bo to bardzo przyzwoicie skrojony film.

piątek, 27 września 2024

Piotr Marecki "Ameryczka" - wyd. Ha!art


 

I nie będzie Niczego


Piotr Marecki znowu wyruszył w podróż. Po kawalerskiej podróży przez Polskę B w „Polsce przydrożnej” i poślubnej eskapadzie w „Romantice”, której akcja dzieje się w Ukrainie, nasz ulubiony bohater i autor znów wyrusza w samotną podróż - tym razem po Stanach i opisuje wszystko, a w zasadzie Nic nie opisuje. I taka jest „Ameryczka” – reportaż z podróży po Ameryce, w którym czytelnik nie znajdzie Niczego.


Marecki realizuje w swojej najnowszej książce program wyborczy byłego kandydata na urząd prezydenta Białegostoku, Krzysztofa Kononowicza, który, jak doskonale pamiętamy, miał plan, żeby „nie było niczego” i tym samym otworzył sobie drogę do wielkiej kariery celebryty i influensera. Zbieżność wizji Mareckiego i Kononowicza nie jest przypadkowa: obaj dla odbiorców są samotnymi jeźdźcami, obu fascynuje świat retro i obaj są zafascynowani możliwościami nowych mediów, skwapliwie je wykorzystując do swojego celu – celu ukazania Nicości.


Jedzie sam. Uwolniony. W końcu. Easy Rider przemierza tysiące kilometrów amerykańskich dróg. Zatrzymuje się w barach. Zatrzymuje się w motelach. Nie ma co opisywać tej podróży. Niczego tutaj nie ma. Niczego interesującego. Żadnych interesujących ludzi. Żadnych interesujących rozmów. Robi zdjęcia lomo. Są dowodem, że naprawdę Niczego tutaj nie ma. Dojeżdża. Byle napić się piwa. Byle w końcu położyć się spać.


Nicość jest dla Mareckiego boginią, Ameryka Mareckiego jest królestwem Nicości. Marecki wraca. Do swojej rodziny. Do swoich obowiązków. Do swojego świata. Do Polski. Ale będzie tęsknił. Za Niczym.



sobota, 24 sierpnia 2024

Tęczowa książeczka pro-life. Wrażenia po książce „ Książeczka macierzyńska” Katji Gorečan

 

     
okłądka Wydawnictwo Ha!art

Tęczowa książeczka pro-life


Kiedy nad naszymi głowami przetaczają się jak gradowe chmury dyskuje nad ochroną życia poczętego i tabletek wczesnoporonnych, przychodzi do nas ta skromna książeczka – „ Książeczka macierzyńska” Katji Gorečan, urodzonej w Słowenii poetki i pisarki. Opisuje ona w formie specyficznego pamiętnika intymną sytuację kobiety, która poroniła w pierwszym trymestrze ciąży. Specyfika tej książki polega na tym, że autorem tego pamiętnika, jego narratorem i podmiotem lirycznym, jest utracony syn bohaterki, któremu nadała ona imię Tobiasz.


Personifikacja zygoty – powinni powiedzieć w tym momencie oburzeni zwolennicy aborcji. Profanacja świętości życia – powinni powiedzieć teraz aktywiści pro-life, wystawiający swe „aborcyjne” banery w centrach miast, które powiewają jak sztandary krucjaty w dniu rzezi niewiniątek. Dwa obozy, dwie parady, dwie demonstracje, skazujące siebie nawzajem na stos i potępienie.


To wszystko jest poza „Książeczką macierzyńską”. Tutaj nie ma argumentów za i przeciw. Wojna, która tutaj się toczy, toczy się w głowie osamotnionej i opuszczonej, przez świat, ale przede wszystkim przez swoje dziecko, kobiety. Człowiek, który się nie narodził, powstał w głowie mamy. To z perspektywy jego nieobecności przyglądamy się nieobecności w świecie bohaterki – tylko on potrafi zejść pod powłokę sformułowań „weź się w garść”, „jutro też jest dzień”. „Książeczka macierzyńska” jest pamiętnikiem podwójnej utraty – utraty dziecka i utraty siebie; pamiętnikiem bardzo intymnym, pamiętnikiem okradzionej duszy. Macierzyństwo jest tutaj stanem poszukiwania zerwanej więzi, tworzeniem przestrzeni metafizyki ponad brutalnym, "nienaturalnym" prawem natury. Tyle że to prywatna metafizyka, w której nie ma dogmatów, hierarchii i tłumu wyznawców. Jakże blado wypadają wobec tej prywatnej „książeczki żałobnego nabożeństwa” wszelkie deklaracje „adopcji życia poczętego”, które są wyrazem wojny światopoglądowej, nie zaś jak u Katji Gorečan, jej osobistej, intymnej apokalipsy.


Ale jak ten wewnętrzny świat opisać? Wydawnictwo Ha!art bardzo często staje na skrzyżowaniu liryki i epiki. W tym wypadku możemy dodać także „dramatu”, gdyż Książeczka macierzyńska” jest praktycznie gotowym monodramem. Ten monodram jest pisany prozą, który staje się wierszem. Zdania zmienione na wersy nabierają mocy, ekspresji podmiotu, odchodzą od obiektywności na rzecz subiektywizmu. Przełamanie konwencji literackich staje się tutaj przełamaniem granic między tym, co realne, a tym co duchowe. „Książeczka macierzyńska” staje się także traktatem na rzecz odrzucenia poetyk normatywnych, gdy jest to konieczne lub gdy tego pragnie autor\autorka/osoba autorska. Za trud tłumaczenia tej wielopoziomowej komplikacji należą się podziękowania Miłoszowi Biedrzyckiemu.


Książeczka macierzyńska” jest dla mnie tęczowym traktatem pro-life, bo jej siła, zarówno pod względem literackim jak i pod względem wymowy, jest siłą paradoksu - paradoksu istnienia.

niedziela, 18 sierpnia 2024

O filmie Love Lies Bleeding

 Tarantino Kobiet


Love Lies Bleeding reż. Rose Glass


Tarantino kobiet – powiedziałbym o tym filmie. Mrocznym filmie, brutalnym filmie, filmie pełnym zabijania i śmierci. Filmie zatopionym w klimacie lat 80-tych, erze VHS. Z muzyką z lat 80-tych, gdzie na pierwsze miejsce wysuwa się słynny „Smalltown Boy” zespołu Bronsky Beat – piosenka o uciekaniu, gdy nie ma dokąd uciec. Oczywiście wybrzmiewa tu silnie temat osób LGBT. To „one” stają się w LLB tarantinowskimi wojowniczkami, które gotowe są zabić, by nie żyć w pułapce na myszy.


Myszy to Lou i Jackie, pałające do siebie namiętnością dziewczyny, które spotkały się na pustynnym zadupiu – świetne role Kirsten Stewart i Katy O’Brain. Pan myszy to tata Lou, właściciel kompleksu ze strzelnicą i siłownią, które są przykrywką dla handlu bronią – w tej roli demoniczny Ed Harris. Nad tym piekielnym trójkątem unoszą się piekielne tajemnice, które mają dla siebie i dla nas bohaterowie.


Scenarzystki, Rose Glass, reżyserka znanego szerokiej publiczności horroru „Maud” i Weronika Tofilska, twórczyni „Mrocznych materii” i „Reniferka”, pełnymi garściami czerpią z bogactwa popkulturowych klisz – „Prawdziwy romans”, „Natural Born Killers” czy „Atak kobiety olbrzyma” to nie jedyne inspiracje, przychodzące do głowy po seansie „Love Lies Bleeding”. Ale takim istotnym punktem odniesienia był dla mnie słynny dokument „Iron Pumping” z 1977, w który debiutował i dał się poznać szerokiej publiczności także jako uzdolniony aktor Mister Universum, Arnold Schwarzenegger. Była też kobieca kontynuacja tego filmu w 1985 roku - „Pumping Iron II. The Women”.


„Love Lies Bleeding” w tym kontekście to film o przekraczaniu ograniczeń własnego ciała i własnego świata, o marzeniu, aby wyjść poza to, kim się jest, gdy się swój świat tak mocno nienawidzi, jak robią to bohaterki filmu. To marzenie jest filmem, to marzenie jest kinem. Właśnie dlatego uważam, że „Love Lies Bleeding”, ten śmiertelnie mroczny i brutalny film, mruga do nas cały czas okiem, tak samo jak w przepojonych brutalnością filmach czyni to Quentin Tarantino. Właśnie dlatego – „Tarantino Kobiet”.

czwartek, 28 marca 2024

Jestem z klanu Czułych Barbarzyńców. 110 urodziny Bohumila Hrabala - 28.03.2024.

 

Wydawnictwo „Czuły barbarzyńca”, specjalista o czułego barbarzyńcy Hrabala uraczyło nas tym razem wznowieniem jednego z najważniejszych utworów mistrza bawidulskiej opowieści – chodzi o krótką powieść „Czuły barbarzyńca”. Powieść ta nie jest o Hrabalu, a raczej nie tylko o Hrabalu. Hrabal jest tutaj narratorem, wspominającym swego przyjaciela, czeskiego plastyka – Vladimira Boudnika. To on jest tytułowym „Czułym barbarzyńcą”.Był absolwentem Państwowej Szkoły Grafiki w Pradze. Z Hrabalem spotkali się w kladeńskiej hucie, gdzie, tak jak wielu intelektualistów i artystów na początku lat pięćdziesiątych, mieli poznać jak smakuje robotniczy chleb. W hrabalowskim panoptikum dziwnych ludzi zajmował miejsce szczególne – nawiedzony artysta; człowiek, któremu życie myli się z twórczością; „boży szaleniec”, dokonujący samospalenia na ołtarzu sztuki. Przez półtora roku Hrabal i Boudnik mieszkali razem w zamienionej na mieszkanie kuźni, która mieściła się na praskiej Libni. Ten legendarny lokal (dziś już nieistniejący) czasem odwiedzał ich kolejny przedziwny towarzysz – Zbyniek Fiszer alias Egon Bondy, czeski kontestator, antypaństwowy komunista, hipis i w końcu buddysta (zmarł kilka lat temu; Mariusz Szczygieł pierwszy reportaż z książki „Zrób sobie raj” poświęcił właśnie tej postaci – udało mu się odnaleźć na krótko przed śmiercią Egona Bondy’ego i porozmawiać z nim). W czasie najtęższej, stalinowskiej zimy ludzie ci potrafili radośnie żyć, czerpać pełnymi garściami z rzeczywistości i udowadniać światu, że, jak to pięknie ujął Hrabal w jednym ze swoich opowiadań z tamtego okresu, „człowieka nie da się odwszyć z wolności”.Jaka była sztuka Vladimira Boudnika? Sam nazywał ją „eksplozjonalizmem”, pisał na ten temat traktaty, a w praktyce sprowadzało się to do wykonywania na metalowych płytach przedziwnych odcisków z wiórów, śrub, kawałków drutu, przy pomocy potężnej prasy. Hrabal wspomina, że Boudnik sam eksperymentował z prasą, którą ustawiał w ten sposób, żeby zatrzymała się tuż nad podłożoną przez niego głową i takie performance wykonywał w obecności swoich kolegów z fabryki. Boudnik fascynował się złomem, ruinami, odpadami. Zawsze zatrzymywał się tam, gdzie prowadzono jakieś roboty, gdzie z rozkopanej ziemi wynurzały się industrialne tkanki kabli i rur. Fascynował go rozkład i destrukcja miejskiej przestrzeni. Z jednej strony kochał rzeczy stare i zniszczone, z drugiej uważał za piękną tymczasowość świata i jego przemijalność. Chwytał chwile, wręcz mgnienia. W całym życiu i twórczości Boudnika łatwo możemy odnaleźć inspiracje abstrakcyjnym malarstwem, które po drugiej wojnie światowej szukało sposobów na opisanie chaosu świata. Twórcą, do którego można odnieść dzieła Boudnika, jest niewątpliwie ekspresjonista Jackson Pollock ze swym agresywnym traktowaniem przestrzeni działań artystycznych. Sytuacje, które opisuje Hrabal w „Czułym barbarzyńcy” świadczą o niespotykanej wrażliwości i entuzjazmie życia, o olbrzymim temperamencie, który okazał się największym wrogiem artysty.„Te przygody mogą przydarzyć i wam” – pisał Hrabal w tekście wygłoszonym podczas wernisażu Boudnika, który miał miejsce już po jego śmierci. W szarym świecie, w którym przyszło żyć bohaterom i przyjaciołom Hrabala, potrafili oni odnaleźć radosny, prometejski płomień i nieść go ludziom. Dziś, w przebogatym hipermarkecie, jakim stała się rzeczywistość, możemy mieć problem ze zrozumieniem, o co chodziło ludziom doświadczonym traumą wojny; możemy nie zrozumieć potrzeby tego intensywnego poszukiwania sensu, która graniczyła z szaleństwem. Wszyscy bohaterowie Hrabala, także Boudnik, przypominają trochę pakowacza Hantię ze „Zbyt głośnej samotności”, człowieka odstawionego na boczny tor, podczas gdy pociąg historii pędzi na złamanie karku. Vladimir posądzany o szaleństwo nie umiał uwolnić się z obsesji bycia obserwowanym, nie umiał pogodzić się z niezrozumieniem świata, gdy on tańczył swoje życie. Lecz jeśli ktoś miałby ochotę na chwilę zapomnieć się oraz opić powietrzem i opowieścią o dziwnych ludziach, to „Czuły barbarzyńca” czeka. Bo, jak powiedział jeden z hrabalowskich bohaterów, „jak się człowiek uchleje, to nawet w Kersku może być Kilimandżaro”. Takiego literackiego upojenia życzę podczas lektury „Czułego barbarzyńcy”.

niedziela, 24 marca 2024

O filmie "Biała Odwaga" w reżyserii Marcina Koszałki


 


Inny patriotyzm



„Biała Odwaga” reż. Marcin Koszałka


Jeśli szukałbym we współczesnym polskim kinie twórców „odważnych”, to takim reżyserem byłby Marcin Koszałka – twórca bezkompromisowy, szukający trudnych tematów. Widzimy to już w jego ekshibicjonistycznym debiucie „Jakiego pięknego syna urodziłam”, gdzie sportretował swoich rodziców w sposób daleki od laurki – mówiąc bardzo delikatnie. Pójść do przodu po tak ekstremistycznym debiucie było bardzo trudno, Koszałka jednak się nie poddał i powoli tworzył swe artystyczne port folio jako operator i reżyser. W każdym przypadku twórca pozostał wierny swojej bezkompromisowej postawie.


W swojej krótkiej recenzji, poświęcam tak wiele miejsca reżyserowi, żeby chociaż pobieżnie uzasadnić, że nie było lepszego wyboru dla tematu tabu, jakim pozostaje dla naszej historii inicjatywa „Goralenvolk”, która zrzeszała kolaborujących z hitlerowcami Górali. Mamy z tym problem jako Polacy. Tak często musimy mierzyć się z oskarżeniami o kolaborację w czasie II wojny światowej, a przecież oficjalnie takiej współpracy nigdy nie było. Było tylko bohaterstwo, heroizm i tyrtejskie poświęcenie.


Na film Koszałki można zatem spojrzeć w szerszym kontekście. Cofnijmy się kilka kroków i przyjrzyjmy się polskiej historii z szerszej perspektywy – co mogło powodować, że wśród bohaterskich ludzi pojawiały się przesłanki do zdrady? I nie chodzi tu tylko o zdradę narodową, ale o zdradę drugiego człowieka. Wola przetrwania, silny instynkt samozachowawczy bierze w „Białej Odwadze” górę nad wartościami, wybory, które każe się tutaj dokonywać bohaterom przekraczają czarno-białe granice między dobrem a złem. Istotnym kontekstem mógłaby być tutaj książka i film „Wybór Zofii”. Dylematy te zostały doskonale ukazane w duecie braci Andrzeja - antybohatera (znany choćby z wcześniejszego filmu Koszałki „Czerwony pająk” rewelacyjny Filip Pławiak) i Maćka - bohatera (nieustępujący Pławiakowi ani na moment Julian Świeżewski). Do niejednoznacznych kreacji przyzwyczaił nas już Andrzej Konopka, tutaj jako filmowy Skorus gra górala otwarcie będącego zwolennikiem kolaboracji dla prywaty i własnej ambicji – niby postać jednoznacznie ciemna, ale czy aby do końca? Kolejnym przykładem niejednoznaczności jest rola Jakuba Gierszała jako nazisty ze swymi ideami i marzeniami, dla których jest gotów poświęcić człowieczeństwo.


Koszałka oparł swój film na niejednoznacznych postawach i osiągnął efekt, jakiego dawno nie osiągnęło polskie kino z gatunku widowiska historycznego. Mówię tutaj o widowisku, bo jest jeszcze jeden bohater, według mnie główny – bohaterem tym są Tatry, które zostały tutaj pokazane pięknie jak nigdy dotąd w polskim kinie. Bo Koszałka to nie tylko reżyser „trudnych tematów”, to także doskonały operator, który rozumie jak nikt inny język filmowej kamery.


„Biała Odwaga” reprezentuje inny typ patriotyzmu, niż ten do którego zdążyliśmy przywyknąć – to patriotyzm krytycznego spojrzenia na historię. I może są tutaj słabsze wątki, sprowadzające ten film na mieliznę gatunkowego romansu, to mimo wszystko wysoka nota 8/10. Jeden z najlepszych polskich filmów, jaki ostatnio widziałem, a to zawsze jest dla mnie powodem do wielkiej radości.



niedziela, 17 marca 2024

"Mroczny urok szczęki" - kilka wrażeń po premierze spektaklu "Urok likwidacji" reż. Agata Biziuk


 

Mroczny urok szczęki


To nie będzie recenzja, to tylko kilka wrażeń po spektaklu „Urok likwidacji” w reżyserii Agaty Biziuk, która miała miejsce 16. marca w częstochowskim teatrze.


Agata Biziuk przeniosła na deski teatru reportaże Piotra Lipińskiego i Michała Matysa o Polsce lat 90-tych z książki „Niepowtarzalny urok likwidacji”. Także dlatego nie podejmę się zrecenzowania przedstawienia, bo musiałbym znać pierwowzór, wniknąć w te relacje, które zachodzą między oryginalnym tekstem a adaptacją. Jednego jestem pewien – po tym, co zobaczyłem na teatralnych deskach, na pewno sięgnę po tę książkę.


Wchodzimy do typowej „szczęki” z lat 90-tych – scenę otacza blaszana ściana, jakbyśmy weszli do starego, postawionego na prędce magazynu. Początki polskiego kapitalizmu – takie prowizoryczne budowle wypełniały kiedyś bazary i targowiska. Już sama ta „szczęka” spełnia w przedstawieniu rangę symbolu – bylejakość, pozorność, tandeta fundamentu, na którym budowano nowy system. Tak NOWY SYSTEM, bo właśnie o systemie jest to przedstawienie, nie o likwidacji, ale o budowaniu NOWEGO SYSTEMU.


W pierwszej części aktorzy noszą uniformy rodem z komunistycznych Chin Mao – szare, jednakowe stroje. W takich strojach świętują nadejście nowego, 1990 roku, roku, który ma być dla nich nowym otwarciem, nową nadzieją, nowym, lepszym, kapitalistycznym światem. Ten przełomowy moment ma być także sytuacją graniczną, wyjściem z krainy socjalistycznej fikcji do prawdy konkurencji i gospodarki rynkowej.


Twórcy tego przedstawienia nie mają złudzeń – ten przełom nie był momentem równego startu dla wszystkich i dlatego zamiast wolności zaczęła się budowa nowego systemu. Zagubieni bohaterowie w swoich reportażowych historiach cały czas poszukują jakiegoś oparcia, jakiegoś przywódcy czy szamana. Obwiniają sami siebie, że nie są wystarczająco zaradni, samodzielni i pracowici. Ci bardziej świadomi nie mają złudzeń – budują własne fikcyjne piramidy finansowe, wciskają kit o rozwoju, wierze w siebie, automotywacji, ezoterycznych mocach czy kontaktach z UFO. Hochsztaplerzy zamiast elit i liderów, wciskający towar, którego nikt nigdy nie widział, składający się z marzeń, obietnic i ułudy sukcesu. Drapieżcy i ich ofiary – wszyscy zamknięci przestrzeni blaszanej „szczęki”. Czy to mogło się udać? Odpowiedź wydaje się oczywista, a hasło SUKCES jest ukazane w „Uroku likwidacji” jak kajdany nowej ideologii z nowymi wodzami.


W drugiej części aktorzy zmieniają uniformy na kolorowe, kiczowate stroje z lat 90-tych – ortalionowe dresy, wzorzyste koszule, błyszczące różem stylizacje pań to kolejna warstwa kłamstwa, za którą próbują się ukryć bohaterowie tych reportaży. Spektakl oszukiwania innych i siebie trwa w najlepsze i w przedstawieniu Agaty Biziuk nie ma końca. Objawia się ona w oczekiwaniu bohaterów na Godota, na mesjasza kapitalizmu, który wszystkich poprowadzi, nakarmi i napoi słowami prawdy, która stanie się „słowem konsumpcji”. Ten romantyczny i mesjanistyczny rys jest dla mnie w „Uroku likwidacji” wyraźny. Oto wyrwaliśmy się ze szponów socjalistycznego Babilonu i idziemy ku lepszej przyszłości. Tyle że ona się nie staje. Obietnica kapitalistycznego zbawienia wciąż pozostaje niespełniona.


„Urok likwidacji” jest przedstawieniem muzycznym, ale muzyka pełni tu dość specyficzną rolę. Porównałbym rolę tych utworów, utrzymanych w większości w stylu „electro”, do chóru, który komentuje i podsumowuje kolejne historie. Nie są to jednak radosne piosenki, które będziemy śpiewali wesoło po zakończeniu przedstawienia. Bo nastrój „Uroku likwidacji” to nie nostalgia ale melancholia – melancholia, wynikająca z poczucia, że Polska nie jest tą krainą, o której uczyli nas w szkole albo na lekcjach religii, że Polskę konstytuuje „przeciw” a nie „za”, że nauczyliśmy się walczyć, ale gdy w końcu wygramy, pozostajemy bezradni.


Nie będę w swojej refleksji, nie-recenzji, wnikał w analizę postaci granych na scenie częstochowskiego teatru (podobały mi się bez wyjątku), ani nie mam zamiaru drobiazgowo przyglądać się poszczególnym elementom przedstawienia. Niech pozostanie ta garść wrażeń i poczucie, że jest to ważne przedstawienie i że „mroczny urok szczęki” trwa, a my nadal tkwimy jej mocnym uścisku.


niedziela, 10 marca 2024

Moje Oscary 2024

  Wytypuję tutaj filmy, którym kibicuję w oscarowym konkursie. W głównych kategoriach obejrzałem wszystkie, ale jeśli chodzi o film międzynarodowy i film animowany to będą moje wielkie oczarowania, tzw. "moje kino". Opinie o tych filmach znajdziecie w poście "Kino 2024" jakby co.


Najlepszy film - "Przesilenie zimowe" reż. Alexander Payne 

Najlepszy film międzynarodowy - "Perfect Days" reż. Wim Wenders

Długometrażowy film animowany - "Chłopiec i czapla"

Najlepszy aktor - Paul Giamatti "Przesilenie zimowe"

Najlepsza aktorka - mimo, że film nie do końca "mój" Sandra Huller "Anatomia upadku"

Najlepszy aktor drugoplanowy - Robert DeNiro "Czas krwawego księżyca"

Najlepsza aktorka drugoplanowa - Da Vine Joy Randolph "Przesilenie zimowe"

Najlepszy reżyser - Jonathan Glazer "Strefa interesów" 

Najlepszy scenariusz oryginalny - "Obsesja" Samy Burch

Najlepszy scenariusz adaptowany - "Strefa interesów" - nie znam książkowego pierwowzoru żadnego z tych filmów, ale nazwisko Martina Amisa przemówiło do mnie dość mocno, scenariusz stworzył Johnathan Glazer

Muzyka - "Biedne istoty" Jerskin Fendrix

Piosenka - Wahzhazhe (A Song for My People) "Czas krwawego księżyca"

Scenografia - "Biedne istoty"

Kostiumy - "Biedne istoty"

Zdjęcia - Rodrigo Prieto "Czas krwawego księzyca" 

Montaż - "Oppenheimer"



Porównanie wrażeń po Diuna 1 i 2.


         autor "polskiego" plakatu Andrzej Pągowski 


Epos SF XXI wieku


Nie potrafię rozdzielić do końca obydwu części, więc napiszę o wrażeniach z cz.1 i 2 jako dopełniających się elementów.



Diuna cz.I\cz.II reż. Denis Villeneuve 

Diuna 1 Obejrzany kiedyś w jakimś niewydarzonym formacie monitora laptopa, nie zrobił wrażenia. Wykonałem drugie podejście już w kinie i zrozumiałem, że to epos SF na miarę XXI wieku – ta zamierzona powolność oraz dostojeństwo muzyki i obrazu pozwala odczuć z pełną mocą intencje Villeneuve’a. To monumentalne, epickie dzieło można docenjedynie na wielkim ekranie - wtedy znika powolność, a zaczyna się kontemplacja wyobraźni twórców zarówno literackiego pierwowzoru jak i jego adaptacji.

Diuna 2 nie ma tej epickiej mocy co część 1, ale ma swoje mocne momenty - na przykład kraina Harkonnenów wygląda tak, że Fritz Lang ze swoim Metropolis i cały niemiecki ekspresjonizm by jej nie wyśnił w najsmutniejszym, czarno-białym koszmarze. Diuna 2 jest bardziej przygodowa i mniej epicka od jedynki. Wszystko tu zostaje dopowiedziane, narracyjnie płynne, nie trzeba koniecznie znać literackiego pierwowzoru, żeby wypełnić wszystkie luki opowieści. Znika przez to tajemniczość pierwszej części, ale film nie drażni widza, który chce podziwiać ten spójny świat, zamiast mierzyć się z pytaniami: dlaczego? po co? 

Zarzut to, czy zaleta?


To zależy, czego oczekujemy od filmu. Jeśli chcemy podziwiać widowiskowe sceny batalistyczne i „ujeżdżanie” czerwi, to część 2 daje więcej radości. Jeśli chcemy podziwiać wielkie, monumentalne i niespieszne kino, jeśli chcemy kontemplować ten świat, oddać się filmowej medytacji, to część 1 jest po prostu filmem wyjątkowym, jedynym w swoim rodzaju autorskim eposem SF na miarę XXI wieku.




środa, 28 lutego 2024

Recenzja "Zbyt głośnej samotności" Bohumila Hrabala


 Sprawa pakowacza Hanti 


W składzie makulatury na ulicy Spalonej w Pradze Bohumil Hrabal spotkał w latach 50-tych Jindricha Paukerta - pierwowzór bohatera "Zbyt głośnej samotności. Mimo swoich prawie 40-stu lat początkujący pisarz, doktor praw trafia po resocjalizującej pracy w kladeńskiej hucie do praskiego skupu makulatury. Kiedy czyta się literackie wspomnienia pisarza z tamtego okresu, wydaje się, że to najpiękniejszy okres jego życia: dom na Grobli Wieczności, czyli stara kuźnia przerobiona na mieszkanie, wędrówki po praskich mordowniach (tak zwany slalom gigant, opisany także w "Głośnej samotności"),  magiczne postaci przyjaciół takich jak Vladimir Boudnik czy właśnie Jindrzich Paukert.


"Zbyt głośna samotność" zostaje wydana w 1976 roku, kiedy Hrabal był już popularnym twórcą o ustalonej pozycji przede wszystkim dzięki oskarowej adaptacji "Pociągów pod specjalny nadzorem", których był współscenarzystą. Od tamtego czasu sporo się w życiu pisarza pozmieniało. Hrabal powoli oswajał się ze swoją starością, ale na kształt książki miały wpływ wydarzenia polityczne, mające miejsce w połowie lat siedemdziesiątych. W tym czasie Hrabal był nękany przez Służbę Bezpieczeństwa jako autor funkcjonujący w dwóch obiegach literackich - tym oficjalnym i legalnym oraz samizdatowym, związanym z działaniem opozycji politycznej na czele z Vaclavem Havlem. Efektem zabiegów bezpieki było nakłonienie pisarza do wykonania gestów lojalności wobec komunistycznej władzy. Nabrało to szczególnie mocnego znaczenia po opublikowaniu przez Havla i opozycję "Karty 77",której Hrabal nie podpisał i wielu miało mu za złe jego konformistyczną postawę.


Ten ból związany z odczuwaniem swych moralnych dylematów stanął u źródła powieści "Zbyt głośna samotność". Hrabal, będący zawsze poza polityką, czuł się w tym momencie swojego życie wyjątkowo silnie uwikłany w procesy historyczne, w których uczestniczyć po prostu nie chciał. Mógł czuć się podobnie jak bohater "Zbyt głośnej samotności" - odstawiony na boczny tor i niezrozumiany. 


Tak właśnie funkcjonuje Hantia - wykształcony mimo woli pakowacz makulatury ze składu na ulicy Spalonej. Jest to człowiek wewnętrznie rozerwany pomiędzy miłość do książek a ich niszczenie. Swoją pracę traktuje jak dzieło sztuki, bowiem każda paczka sprasowanego w sześciany papieru stanowi osobistą realizację twórczą, każda ma swój indywidualny charakter, każda niesie w sobie otwartą księgę i myśl, choć nie wie o tym nikt oprócz Hanti. Jego sztuka ma zatem charakter całkowicie bezinteresowny, nikt nie wie, że sprasowany papier jest artystyczną kreacją. Tam, gdzie wielkie myśli i dzieła niszczy się w potężnych kadziach jako nikomu już niepotrzebne, tam na dnie piwnicy praskiego skupu makulatury siedzi samotny człowiek, który, kochając swoje książki, zarazem posyła je na śmierć. "Zbyt głośna samotność" to głównie opowieść o przemijającej epoce słowa pisanego.


Czas Hanti dobiega końca. W skupie makulatury na Bubnach działa już automatyczna prasa, o wiele bardziej wydajna niż zmęczony, stary człowiek, który porównuje swe dzieło do pracy Syzyfa. Prasa na Bubnach nie ma tych dylematów i refleksji, jest skuteczna i nie istnieje dla niej ilość, która mogłaby ją przerosnąć. Hantia wie, że to koniec jego głośnej samotności, którą chciał uczynić piękną. Nadchodzi czas młodych ludzi, dla których ten świat nie będzie wiecznym borykaniem się z bólem istnienia, próbą odgadnięcia sensu i pragnienia piękna. Zautomatyzowana, radosna ludzkość, która idzie dziarsko do przodu, mija obojętnie przechodzących obok, szarych i nieciekawych Syzyfów, Lao Cy i Chrystusa, Hantię. 


"Zbyt głośna samotność" to powieść tak wielowarstwowa i pełna znaczeń, że czytając ją po raz trzeci, miałem wrażenie, że czytam zupełnie inną książkę. Nie sposób w kilku zdaniach zawrzeć, o czym jest ta krótka, napisana poetyckim, barwnym językiem proza - dla każdego na pewno będzie czymś innym, bo w tym tkwi siła twórczości Bohumila Hrabala, który tworząc swój subiektywny świat, potrafił skłonić odbiorcę do stworzenia własnej wersji dzieła. Jest w tym utworze gorycz, żal i melancholia, ale jest w nim także głębokie przekonanie, że życie jest dziełem sztuki i że nie wolno nam o tym zapomnieć.

poniedziałek, 12 lutego 2024

Ksiązki 2024

42. Fred Fordham wg Aldousa Huxleya "Nowy wspaniały świat"


Dokąd zmierzamy? Skąd idziemy? Komiksowe przypomnienie jednej z najważniejszych książek ludzkości było ostatnią książką w 2024 roku.


41. Philip K. Dick "Cudowna broń" 





Ciężko i nie po drodze mi z tą książką. Czuć, że to miała być jakaś psychodelia na temat zimnej wojny, ale dobrze byłoby w tym wszystkim móc się zorientować, o co tutaj w ogóle chodzi. Mnie się nie udało i jałowa dość lektura okazała się. Zabawki zamiast broni masowej zagłady? Naprawdę?



40. Han Kang "Nie mówię żegnaj" 


Znam ten powolny rytm z koreańskich filmów. Znam ten septyczny klimat. Znam tę umiejętność przywiązywania wagi do drobiazgu. Ale nigdy nie było to tak dojmująco zderzone z cierpieniem i tematyką ludobójstwa. Wydawało mi się, że przemoc na masową skalę w tym temperamencie jest niemożliwa. Na nowo powróciło pytanie - w jaki sposób przekracza się granice bestialstwa? Nobel 2024.


39. Harr Josephinne Giles "Port hwiezdny Topjo" 



Podróż po piętrach Wieży Babel w drodze ku kosmicznej nieskończoności.


38. Annie Ernaux "Bliscy" 

O autobiograficznej prozie mawiają, że to literacka łatwizna. Z drugiej strony czytelnicy to lubią, a że proza Annie Ernaux jest wybitna, więc w czym problem? Przede wszystkim to proza szczera ale nie bezczelna. Bardzo się to komponuje z socjologicznym pisaniem Eribona, który jest surowy wobec bliskich, ocenia ich, ale Ernaux to czysta literatura, która stara się dostrzec przede wszystkim to co ważne, to co nas kształtuje - w sensie pozytywnym i negatywnym. Spogląda zatem autorka na swoje życie na pierwszym miejscu, ale poprzez pryzmat trudnego życia swoich rodziców. Jej historie zaczynają się od pogrzebów, od utraty. To czas, który jest bezlitosny i nie daje szans. I to on jest głównym bohaterem "Bliskich". Nobel 2022


37. Justyna Kopińska "Z nienawiści do kobiet" 


Naprawdę, waham się, czy nie powiedzieć wprost - Justyna Kopińska jest dla mnie najważniejszą autorką reportaży! Także w przypadku "Z nienawiści do kobiet" mogę potwierdzić swój kategoryczny sąd. Reportaż dopiero w drugim rzędzie jest gatunkiem literackim. Na pierwszym miejscu jest polem bitwy i miejscem ścierania się sił dobra i zła. Nie ma dla mnie specjalnie znaczenia ułożenie tekstów - każdy z nich traktuję osobno, każdy jest dla mnie prawdziwym ludzkim dramatem i cała reszta edytorsko-redakcyjna jest wobec ludzkiego bólu mało znacząca. A język tych tekstów prosty, wręcz przezroczysty, bardziej podkreślający to, co się wydarzyło, niż osobę autorki. Ten język może zrozumieć małe dziecko, więc Kopińska ma szansę dotrzeć z empatią do szerokiej grupy odbiorców. Jednocześnie w tym nieskomplikowaniu odbija się cała ludzka obojętność ludzi i instytucji na zło.


36. Dorota Masłowska "Mam tak samo jak ty"


Proza Doroty Masłowskiej jest wręcz stworzony dla felietonów. Teksty o Warszawie nie zawodzą, ale też niczym nie zaskakują. Masłowska nie sili się na oryginalność, jej Warszawa przypomina starą szafę, w której autorka poszukuje ciekawych okazów. Raz udaje się lepiej, raz trochę gorzej. Według mnie brakuje tym tekstom "masłowskiego" pazura, ale poza tym jest tutaj wszystko za co pokochaliśmy "Masło".


35. Karolina Krasny "Love Song" 


Książka o miłości. Więcej nie wiadomo. A jednak jest to podobne do wielu tego rodzaju książek o miłości, gdzie nie wiadomo nic więcej, niż że wiadomo, że się taką książeczkę przeczytało. Czyli istnieje recepta na takie pisanie. Istnieje recepta na taką magię, na takie poetyzowanie świata. Dlatego nie wierzę tej prozie. Że nie potrafi trafić na własną drogę. Że coś udaje.



34. Didier Eribon "Powrót do Reims" 


Między literaturą naukową a autobiografią. Eribonowi mieszają się role pisarza i badacza i taka jest ta książka. Autor w sposób naukowy satara się przyjrzeć swojemu życiu i swojej rodzinie. Pomijając formę, która czasem zgrzyta i budzi irytację, to przede wszystkim opowieść o stwarzaniu siebie od początku i wyzwalaniu z uwarunkowań. I ten aspekt jest u Eribona najcenniejszy - wyjechać, wręcz uciec, by po latach przyjrzeć się sobie z dystansu i próbować zrozumieć kim się jest naprawdę.


33. Piotr Marecki "Ameryczka" 

I nie będzie Niczego

Piotr Marecki znowu wyruszył w podróż. Po kawalerskiej podróży po Polsce B w „Polsce przydrożnej” i poślubnej eskapadzie w „Romantice”, której akcja dzieje się w Ukrainie, nasz ulubiony bohater i autor znów wyrusza w samotną podróż po Stanach i opisuje wszystko, a w zasadzie Nic nie opisuje. I taka jest „Ameryczka” – reportaż z podróży po Ameryce, w którym czytelnik nie znajdzie Niczego.

Marecki realizuje w swojej najnowszej książce program wyborczy kandydata na urząd prezydenta Białegostoku, Krzysztofa Kononowicza, który, jak doskonale pamiętamy, miał plan, żeby „nie było niczego” i tym samym otworzył sobie drogę do wielkiej kariery celebryty i influensera. Zbieżność wizji Mareckiego i Kononowicza nie jest przypadkowa – obaj dla odbiorców są samotnymi jeźdźcami, obu fascynuje świat retro i obaj są zafascynowani możliwościami nowych mediów, skwapliwie je wykorzystując do swojego celu – celu ukazania Nicości.

Jedzie sam. Uwolniony. W końcu. Easy Rider przemierza tysiące kilometrów amerykańskich dróg. Zatrzymuje się w barach. Zatrzymuje się w motelach. Nie ma co opisywać tej podróży. Niczego tutaj nie ma. Niczego interesującego. Żadnych interesujących ludzi. Żadnych interesujących rozmów. Robi zdjęcia lomo. Są dowodem, że naprawdę Niczego tutaj nie ma. Dojeżdża. Byle napić się piwa. Byle w końcu położyć się spać.

Nicość jest dla Mareckiego boginią, Ameryka Mareckiego jest królestwem Nicości. Marecki wróci. Do swojej rodziny. Do swoich obowiązków. Do swojego świata. Do Polski. Ale będzie tęsknił. Za Niczym.



32. Wioletta Grzegorzewska "Tajni dyrygenci chmur" 



Grzegorzewska wraca do swoich rodzinnych stron, do położonej na Jurze wioski Hektary, by opisać mityczną krainę swojego dzieciństwa. Jest to jednak wejście po raz drugi do tej samej rzeki, bo podobne wątki znajdziemy w jej debiutanckim tomie prozatorskim "Guguły". "Tajni dyrygenci chmur" nie mieli dla mnie tej mocy co "Guguły", autorka nie zaskakuje ani w sferze opisywanych wydarzeń, ani w sposobie kreacji świata. Język tych krótkich form jest prosty, co uwiarygadnia dziecięcą narrację jako realistyczny, by nie powiedzieć pozytywistyczny opis rzeczywistości, ale nie jest w stanie unieść dziecięcej magii świata, co zapowiada okładka książki. Widać jednak, że Grzegorzewska w rodzinnych Hektarach czuje się dobrze i ta przyjemność udzieliła się także mi jako czytelnikowi. Ta przyjemność jest spowodowana uwolnieniem się prozy autorki "Stancji" od lęków oswojenie tego stracha na wróble, który widnieje na okładce. Jeśli coś istotnie różni ten tom od "Guguł", to właśnie dojrzałość spojrzenia autorki na swoje dzieciństwo. 


31. Dennis Wojda "566 kadrów" 


Książka graficzna o narodzinach, pokoleniach, czasach i Polsce. Prosta i trudna.


30. Martin Amis "Strefa interesów" 


Martin Amis próbuje zrozumieć Holokaust od środka. Pyta jak możliwe było normalne życie w tym otoczeniu, jak można było pracować w obozie przy ludobójstwie i prowadzić normalne zwykłe czynności, mieć miłości, romanse i zdrady, a potem iść do pracy przy mordowanu ludzi. I odpowiada: nie można było. Ta powieść, ta trudna, wielowątkowa powieść jest zapisem zbiorowego szaleństwa. A może lepiej powiedzieć: diabelstwa.


29. Tadeusz Korzeniewski "W Polsce" 


Nie znana mi wcześniej proza z PRLu. Blisko Marka Nowakowskiego i nurtu środowiskowego. Ciekawie się spogląda z dzisiejszej perspektywy na tamte realia sprzed czasów Solidarności. Bardzo ciekawy język, bardzo dobra energia tej prozy.



28. Philip K. Dick "Loteria słoneczna"


Teoria gier jako spoób na rządzenie światem. Nie ma dobrych, nie ma złych, bo wszystko jest losowe. Dick bardziej action niż filozoficzny, ale jakże to jest splecione! Tylko Philipa Dicka potrafię tak czytać - zapartym tchem, a jednocześnie ze zrozumieniem głębszej koncepcji stworzonego świata i jego wpływu na naszą rzeczywistość.


27. Katja Gorecan "Książeczka macierzyńska" 


Tęczowa książeczka pro-life

Kiedy nad naszymi głowami przetaczają się jak gradowe chmury dyskuje nad ochroną życia poczętego i tabletek wczesnoporonnych, przychodzi do nas ta skromna książeczka – „ Książeczka macierzyńska” Katji Gorečan, urodzonej w Słowenii poetki i pisarki. Opisuje ona w formie specyficznego pamiętnika intymną sytuację kobiety, która poroniła w pierwszym trymestrze ciąży. Specyfika tej książki polega na tym, że autorem „Książeczki macierzyńskiej”, jej narratorem i podmiotem lirycznym jest utracony syn bohaterki, któremu nadała ona imię Tobiasz.

Personifikacja zygoty – powinni powiedzieć w tym momencie oburzeni zwolennicy aborcji. Profanacja świętości życia – powinni powiedzieć teraz aktywiści pro-life, wystawiający swe „aborcyjne” banery w centrach miast, które powiewają jak sztandary krucjaty w dniu rzezi niewiniątek. Dwa obozy, dwie parady, dwie demonstracje, skazujące siebie nawzajem na stos i potępienie.

To wszystko jest poza „Książeczką macierzyńską”. Tutaj nie ma argumentów za i przeciw. Wojna, która tutaj się toczy, toczy się w głowie osamotnionej i opuszczonej, przez świat, ale przede wszystkim przez swoje dziecko kobiety. Człowiek, który się nie narodził, powstał w głowie mamy. To z perspektywy jego nieobecności przyglądamy się nieobecności w świecie bohaterki – tylko on potrafi zejść pod powłokę sformułowań „weź się w garść”, „jutro też jest dzień”. „Książeczka macierzyńska” jest pamiętnikiem podwójnej utraty – utraty dziecka i utraty siebie; pamiętnikiem bardzo intymnym, pamiętnikiem okradzionej duszy. Macierzyństwo jest tutaj stanem poszukiwania zerwanej więzi, tworzeniem przestrzeni metafizyki ponad brutalnym prawem natury. Tyle że to prywatna metafizyka, w której nie ma dogmatów, hierarchii i tłumu wyznawców. Jakże blado wypadają wobec tej prywatnej „książeczki żałobnego nabożeństwa” wszelkie deklaracje „adopcji życia poczętego”, które są wyrazem wojny światopoglądowej, nie zaś jak u Katji Gorečan, jej osobistej, intymnej apokalipsy.

Ale jak ten wewnętrzny świat opisać? Wydawnictwo Ha!art bardzo często staje na skrzyżowaniu liryki i epiki. W tym wypadku możemy dodać także „dramatu”, gdyż „ Książeczka macierzyńska” jest praktycznie gotowym monodramem. Ten monodram jest pisany prozą, który staje się wierszem. Zdania zmienione na wersy nabierają mocy, ekspresji podmiotu, odchodzą od obiektywności na rzecz subiektywizmu. Przełamanie konwencji literackich staje się tutaj przełamaniem granic między tym, co realne, a tym co duchowe. „Książeczka macierzyńska” staje się także traktatem na rzecz odrzucenia poetyk normatywnych, gdy jest to konieczne lub gdy tego pragnie autor\autorka/osoba autorska. Za trud tłumaczenia tej wielopoziomowej komplikacji należą się podziękowania Miłoszowi Biedrzyckiemu.

„Książeczka macierzyńska” jest dla mnie tęczowym traktatem pro-life, bo jej siła, zarówno pod względem literackim jak i pod względem wymowy, jest siłą paradoksu - paradoksu istnienia.

26. Andrzej Stasiuk "Taksim" 


Na Wschód. W kurz. W trasz. W brud. W męski zarost i pot. W dym fajek bez akcyzy i woń alkoholu bez akcyzy. W bezczas. Jedna z najlepszych książek Andrzeja Stasiuka.




25. Olga Tokarczuk "Bieguni" 


Życie w ruchu, w biegu, bez zatrzymywania. Śmierć jako utrwalenie. Preparowane, nieruchome eksponaty z ludzkiego ciała, w których ruch ustał.



24. Georges Perec "Życie instrukcja obsługi" 


Wkroczyć w pustkę. Dotknąć pustki.



23. Sajgon "Brud khaki" 


Na brudnej wojnie znajdziemy swoje przeznaczenie. Męski świat, którego się boimy, ale który wypełnia nasze pragnienia o prawdziwym życiu.


22. Marcin Kącki "Lepperiada"


Czasem warto spojrzeć na Polskę z dystansu. By zobaczyć ten horror, który był dla nas kabaretem.Na kuriozum zakrawa fakt, że człowiek, który ujawnił i opisał seksaferę sam został oskarżony o molestowanie przez dziewczynę, której pomagał rozwijać karierę dziennikarską.



21. Franciszek Bielaszewski "Ta, Panowie, idę umrzeć" 


O Hrabalu z czułością w aromacie pilsnera. Przyjemnie i w duchu hrabalowskiej prozy.


20. Paweł Orzeł "Teksty funeralne" 


 "Piszę tylko dla siebie. Czasami odczytuję to po latach". To zdanie z książki Pawła Orła mówi wszystko o niepotrzebności "Tekstów funeralnych". A ja kocham niepotrzebne ksiązki. Kocham je tym bardziej, im bardziej są osobiste.


19. Maciej Sieńczyk "Spotkanie po latach" 


Piękna powieść graficzna - blokowa przaśność z opowieści w powieść. Wszystko w zwyczajności magicznej i sentymencie do PRL-u. Taki "Pamiętnik znaleziony w Oławie". I do tego tak pięknie wydana. 



 18. Tadeusz Słobodzianek "Śmierć proroka"


Mistyka prawosławia versus ruska polityka. Trzy dramaty mistrzowskiego pióra Tadeusza Słobodzianka właśnie o tym traktują.

17. Wojciech Tochman - "Schodów się nie pali"



Schodów się nie pali - teksty z końcówki XX wieku - to są reportaże jak trzeba, bo przez ludzkie historie spoglądają na wyjątkowy moment w historii. Pierwszy rachunek sumienia po dekadzie wolności. Najważniejsze w tych tekstach, coś jak wspólny mianownik, jest poszukiwanie tożsamości w świecie, z kórego zostaliśmy wyrwani przez nowe reguły gry po 89 roku. Schodów się nie pali, czyli istnieją rzeczy ważniejsze niż historyczne trendy i ideologie, niż pieniądze i sukces, istnieją więzi, bez których nic nie zaspokoi poczucia wewnętrznej pustki i samotności.

14-15-16

Jak co roku w maju.

Marek Nowakowski "Górą Edek"

Olga Tokarczuk "Profesor Andrews w Warszawie"

Andrzej Stasiuk " Miejsce" 

Z cyklu maturalne powtórki.


13. Anna Cieplak "Ciało huty" 

Kobiety i huta "Katowice". Na przestrzeni pokoleń. Zmiany. 
Książka o zmianach w świecie kobiet. W Polsce. Są książki bardziej i mniej potrzebne - ta jest po środku. 


12. Zyta Rudzka "Ten się śmieje, kto ma zęby" 


Powieść jak myśliwiec 

Jeśli powieść jest jak myśliwiec, to powinna: mieć pułap i dużo powietrza, przestrzeni, by nieść czytelnika; powinna być drapieżna, atakować pomysłem narracyjnym i językiem; powinna być prawdziwa, zatem mieć bohaterów z krwi i kości - choćby byli martwi; powinna zaskakiwać, pojawiać się z nienacka tam, gdzie nikt się tego nie spodziewa; powinna w końcu umieć iść pod prąd, nie ulegać oczekiwaniom, nawet jeśli temat, który porusza, wydaje się narzucać pewną oczywistość i poprawność. Jeśli powieść jest myśliwcem wśród prozy, to "Ten się śmieje, kto ma zęby" właśnie nim jest.

11. Jaga Słowińska "Siostro"


Ballada o smutnej wiśni. 

10. Philip K. Dick "Blade Runner" 


Kostium SF, ale problemy związane z AI coraz bardziej aktualne. Osobiście wolę Dicka bardziej metafizycznego, bez chandlerowskich inklinacji.
 
9. Natalka Suszyńska "Chipsy dla gości" Ha!art


"Chipsy dla gości" Zjadłem "Chipsy dla gości" bardzo szybko. Były żywe. To znaczy ożywiały się podczas jedzenia. Jedzenia, czyli czytania. O mało się nie udławiłem. Były tam demony wspólczesne, konsumpcyjne, demony nadchodzącej zagłady. Przerażające tym bardziej, że takie bliskie, takie prawdziwe. Autentyczny horror z uśmiechniętą, bezradną buzią.

8. Bohumil Hrabal "Czuły barbarzyńca"


Wydawnictwo „Czuły barbarzyńca”, specjalista o czułego barbarzyńcy Hrabala uraczyło nas tym razem wznowieniem jednego z najważniejszych utworów mistrza bawidulskiej opowieści – chodzi o krótką powieść „Czuły barbarzyńca”. Powieść ta nie jest o Hrabalu, a raczej nie tylko o Hrabalu. Hrabal jest tutaj narratorem, wspominającym swego przyjaciela, czeskiego plastyka – Vladimira Boudnika. To on jest tytułowym „Czułym barbarzyńcą”.Był absolwentem Państwowej Szkoły Grafiki w Pradze. Z Hrabalem spotkali się w kladeńskiej hucie, gdzie, tak jak wielu intelektualistów i artystów na początku lat pięćdziesiątych, mieli poznać jak smakuje robotniczy chleb. W hrabalowskim panoptikum dziwnych ludzi zajmował miejsce szczególne – nawiedzony artysta; człowiek, któremu życie myli się z twórczością; „boży szaleniec”, dokonujący samospalenia na ołtarzu sztuki. Przez półtora roku Hrabal i Boudnik mieszkali razem w zamienionej na mieszkanie kuźni, która mieściła się na praskiej Libni. Ten legendarny lokal (dziś już nieistniejący) czasem odwiedzał ich kolejny przedziwny towarzysz – Zbyniek Fiszer alias Egon Bondy, czeski kontestator, antypaństwowy komunista, hipis i w końcu buddysta (zmarł kilka lat temu; Mariusz Szczygieł pierwszy reportaż z książki „Zrób sobie raj” poświęcił właśnie tej postaci – udało mu się odnaleźć na krótko przed śmiercią Egona Bondy’ego i porozmawiać z nim). W czasie najtęższej, stalinowskiej zimy ludzie ci potrafili radośnie żyć, czerpać pełnymi garściami z rzeczywistości i udowadniać światu, że, jak to pięknie ujął Hrabal w jednym ze swoich opowiadań z tamtego okresu, „człowieka nie da się odwszyć z wolności”.Jaka była sztuka Vladimira Boudnika? Sam nazywał ją „eksplozjonalizmem”, pisał na ten temat traktaty, a w praktyce sprowadzało się to do wykonywania na metalowych płytach przedziwnych odcisków z wiórów, śrub, kawałków drutu, przy pomocy potężnej prasy. Hrabal wspomina, że Boudnik sam eksperymentował z prasą, którą ustawiał w ten sposób, żeby zatrzymała się tuż nad podłożoną przez niego głową i takie performance wykonywał w obecności swoich kolegów z fabryki. Boudnik fascynował się złomem, ruinami, odpadami. Zawsze zatrzymywał się tam, gdzie prowadzono jakieś roboty, gdzie z rozkopanej ziemi wynurzały się industrialne tkanki kabli i rur. Fascynował go rozkład i destrukcja miejskiej przestrzeni. Z jednej strony kochał rzeczy stare i zniszczone, z drugiej uważał za piękną tymczasowość świata i jego przemijalność. Chwytał chwile, wręcz mgnienia. W całym życiu i twórczości Boudnika łatwo możemy odnaleźć inspiracje abstrakcyjnym malarstwem, które po drugiej wojnie światowej szukało sposobów na opisanie chaosu świata. Twórcą, do którego można odnieść dzieła Boudnika, jest niewątpliwie ekspresjonista Jackson Pollock ze swym agresywnym traktowaniem przestrzeni działań artystycznych. Sytuacje, które opisuje Hrabal w „Czułym barbarzyńcy” świadczą o niespotykanej wrażliwości i entuzjazmie życia, o olbrzymim temperamencie, który okazał się największym wrogiem artysty.„Te przygody mogą przydarzyć i wam” – pisał Hrabal w tekście wygłoszonym podczas wernisażu Boudnika, który miał miejsce już po jego śmierci. W szarym świecie, w którym przyszło żyć bohaterom i przyjaciołom Hrabala, potrafili oni odnaleźć radosny, prometejski płomień i nieść go ludziom. Dziś, w przebogatym hipermarkecie, jakim stała się rzeczywistość, możemy mieć problem ze zrozumieniem, o co chodziło ludziom doświadczonym traumą wojny; możemy nie zrozumieć potrzeby tego intensywnego poszukiwania sensu, która graniczyła z szaleństwem. Wszyscy bohaterowie Hrabala, także Boudnik, przypominają trochę pakowacza Hantię ze „Zbyt głośnej samotności”, człowieka odstawionego na boczny tor, podczas gdy pociąg historii pędzi na złamanie karku. Vladimir posądzany o szaleństwo nie umiał uwolnić się z obsesji bycia obserwowanym, nie umiał pogodzić się z niezrozumieniem świata, gdy on tańczył swoje życie. Lecz jeśli ktoś miałby ochotę na chwilę zapomnieć się oraz opić powietrzem i opowieścią o dziwnych ludziach, to „Czuły barbarzyńca” czeka. Bo, jak powiedział jeden z hrabalowskich bohaterów, „jak się człowiek uchleje, to nawet w Kersku może być Kilimandżaro”. Takiego literackiego upojenia życzę podczas lektury „Czułego barbarzyńcy”.

7 Bohumil Hrabal "Zbyt głośna samotność" 


Sprawa pakowacza Hanti 


W składzie makulatury na ulicy Spalonej w Pradze Bohumil Hrabal spotkał w latach 50-tych Jindricha Paukerta - pierwowzór bohatera "Zbyt głośnej samotności. Mimo swoich prawie 40-stu lat początkujący pisarz, doktor praw trafia po resocjalizującej pracy w kladeńskiej hucie do praskiego skupu makulatury. Kiedy czyta się literackie wspomnienia pisarza z tamtego okresu, wydaje się, że to najpiękniejszy okres jego życia: dom na Grobli Wieczności, czyli stara kuźnia przerobiona na mieszkanie, wędrówki po praskich mordowniach (tak zwany slalom gigant, opisany także w "Głośnej samotności"),  magiczne postaci przyjaciół takich jak Vladimir Boudnik czy właśnie Jindrzich Paukert.


"Zbyt głośna samotność" zostaje wydana w 1976 roku, kiedy Hrabal był już popularnym twórcą o ustalonej pozycji przede wszystkim dzięki oskarowej adaptacji "Pociągów pod specjalny nadzorem", których był współscenarzystą. Od tamtego czasu sporo się w życiu pisarza pozmieniało. Hrabal powoli oswajał się ze swoją starością, ale na kształt książki miały wpływ wydarzenia polityczne, mające miejsce w połowie lat siedemdziesiątych. W tym czasie Hrabal był nękany przez Służbę Bezpieczeństwa jako autor funkcjonujący w dwóch obiegach literackich - tym oficjalnym i legalnym oraz samizdatowym, związanym z działaniem opozycji politycznej na czele z Vaclavem Havlem. Efektem zabiegów bezpieki było nakłonienie pisarza do wykonania gestów lojalności wobec komunistycznej władzy. Nabrało to szczególnie mocnego znaczenia po opublikowaniu przez Havla i opozycję "Karty 77",której Hrabal nie podpisał i wielu miało mu za złe jego konformistyczną postawę.


Ten ból związany z odczuwaniem swych moralnych dylematów stanął u źródła powieści "Zbyt głośna samotność". Hrabal, będący zawsze poza polityką, czuł się w tym momencie swojego życie wyjątkowo silnie uwikłany w procesy historyczne, w których uczestniczyć po prostu nie chciał. Mógł czuć się podobnie jak bohater "Zbyt głośnej samotności" - odstawiony na boczny tor i niezrozumiany. 


Tak właśnie funkcjonuje Hantia - wykształcony mimo woli pakowacz makulatury ze składu na ulicy Spalonej. Jest to człowiek wewnętrznie rozerwany pomiędzy miłość do książek a ich niszczenie. Swoją pracę traktuje jak dzieło sztuki, bowiem każda paczka sprasowanego w sześciany papieru stanowi osobistą realizację twórczą, każda ma swój indywidualny charakter, każda niesie w sobie otwartą księgę i myśl, choć nie wie o tym nikt oprócz Hanti. Jego sztuka ma zatem charakter całkowicie bezinteresowny, nikt nie wie, że sprasowany papier jest artystyczną kreacją. Tam, gdzie wielkie myśli i dzieła niszczy się w potężnych kadziach jako nikomu już niepotrzebne, tam na dnie piwnicy praskiego skupu makulatury siedzi samotny człowiek, który, kochając swoje książki, zarazem posyła je na śmierć. "Zbyt głośna samotność" to głównie opowieść o przemijającej epoce słowa pisanego.


Czas Hanti dobiega końca. W skupie makulatury na Bubnach działa już automatyczna prasa, o wiele bardziej wydajna niż zmęczony, stary człowiek, który porównuje swe dzieło do pracy Syzyfa. Prasa na Bubnach nie ma tych dylematów i refleksji, jest skuteczna i nie istnieje dla niej ilość, która mogłaby ją przerosnąć. Hantia wie, że to koniec jego głośnej samotności, którą chciał uczynić piękną. Nadchodzi czas młodych ludzi, dla których ten świat nie będzie wiecznym borykaniem się z bólem istnienia, próbą odgadnięcia sensu i pragnienia piękna. Zautomatyzowana, radosna ludzkość, która idzie dziarsko do przodu, mija obojętnie przechodzących obok, szarych i nieciekawych Syzyfów, Lao Cy i Chrystusa, Hantię. 


"Zbyt głośna samotność" to powieść tak wielowarstwowa i pełna znaczeń, że czytając ją po raz trzeci, miałem wrażenie, że czytam zupełnie inną książkę. Nie sposób w kilku zdaniach zawrzeć, o czym jest ta krótka, napisana poetyckim, barwnym językiem proza - dla każdego na pewno będzie czymś innym, bo w tym tkwi siła twórczości Bohumila Hrabala, który tworząc swój subiektywny świat, potrafił skłonić odbiorcę do stworzenia własnej wersji dzieła. Jest w tym utworze gorycz, żal i melancholia, ale jest w nim także głębokie przekonanie, że życie jest dziełem sztuki i że nie wolno nam o tym zapomnieć.

6. Robert Ziębiński "King. Instrukcja obsługi" 


King to samograj i żyła złota nie do wyeksploatowania.



5. Art spiegelman "Maus" Tom 1i2 


Całość.


1/24 Art Spiegelman "Maus. mój ojciec krwawi historią"

Maus: Mój ojciec krwawi histor

Maus: Mój ojciec krwawi historią



Zdumienie, że akcja tego legendarnego komiksu zaczyna się w Częstochowie. Żydzi jak myszy, Polacy jak świnie. Hitlerowcy jak koty - serio? Holocaust w popkulturowym wydaniu przerażający jest tym bardziej.

2. Art spiegelman "Maus. I tu zaczęły się moje kłopoty"  


Popkultura powinna być wrogiem tematu Holocaustu - tak miałem, tak miałem nawet z "Listą Schindlera". Ale w "Mausie" jest inaczej. Komiksowy charakter opowieści jeszcze bardziej potęgował we mnie grozę Zagłady. Ta zwyczajność, "dziecinna forma", czyniły historię Władka Spiegelmana jeszcze bardziej porażającą i paraliżującą, że musiałem co jakiś czas odkładać ten pięknie wydany tom. Miałem dość. Niby myszki, kotki, świnki, pieski, ale te alegorie mówiły, że nawet zwierzęta nie zasłużyły sobie na taki świat. I oczywiście postać Władka z jego pięknie wystylizowanym w tłumaczeniu językiem - to ona sprowadza nas z bajki na Ziemię, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. 

3.  Przemek Wojcieszek "Świnie wojny" - wyd. Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu

                                                                     zdjęcie  okis.pl


 Kain i Abel – powrót do Raju


Biblijna przypowieść o Kainie i Ablu to odwieczny pierwowzór konfliktu między braćmi, który tak często odnawiany jest na kartach powieści kryminalnych. Ale czy tak często biblijni bracia powracają do Raju? Tak się może zdarzyć jedynie w kryminale „Świnie wojny” autorstwa enfant terrible polskiej sztuki, Przemka Wojcieszka !

Przemysław Wojcieszek – reżyser teatralny i filmowy, reżyser legendarnego filmu i spektaklu „Made in Poland”! Niepokorny twórca, bezkompromisowy buntownik, ostatnio autor niszowych kryminałów – debiutował kryminalnym musicalem „Berlin Heroin”, dziejącym się w Neukoln, mrocznej dzielnicy Berlina. Właśnie do Berlina wyemigrował za chlebem, gdy poszukiwał swego miejsca w świecie, po tym jak wykluczony został z grona nadziei arthousowego kina. Całe szczęście, że Wojcieszek, mimo przeciwności losu i ludzi, nie ustaje w swoich twórczych dążeniach.

W swoich podróżach i poszukiwaniach miejsca na Ziemi Wojcieszek zawędrował do Frydlandu – czeskiego miasta, leżącego w obszarze Trójstyku, miejsca, gdzie łączą się granice Czech, Niemiec i Polski. To właśnie tam umiejscowiona jest akcja „Świń wojny”. Wojcieszek opisuje Frydland jako raj na Ziemi, arkadię pływającą w morzu najlepszego na świecie piwa. Czy tę idyllę i błogie życie komisarza Borovki i jego partnerki Anički jest w stanie coś zakłócić?

Zabójstwo młodego Ukraińca – na to we Frydlandzie nikt nie był gotowy. Wsiowe kradzieże, bardziej wykroczenia niż przestępstwa do tej pory delikatnie wzburzały słodką i nudną idyllę w tej uśpionej nektarem piwa krainie. Tymczasem ukraińscy Kain i Abel właśnie tutaj rozstrzygają swoje porachunki. Borovka musi stawić czoła prawdziwemu przestępstwu, przestępstwu, które przekracza granice i nie obędzie się bez pomocy stróżów prawa z Polski i Niemiec. "Świnie wojny" to napisana żywym i barwnym językiem historia, gdzie kryminał ustępuje klimatowi knajpy i sączącego się powoli browaru.

Kryminał Wojcieszka niesie jednak głębszy sens – do rajskiej krainy docierają tytułowe „świnie wojny”, bracia, którzy stali się z powodu konfliktu śmiertelnymi wrogami, współczesnymi Kainem i Ablem, i ta brutalna rzeczywistość nie jest tak bardzo odległa. Wojna na Ukrainie, ten groźny wiatr od Wschodu, niszczy w Czechach, Niemcach i Polakach iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa i braterstwa. Borovka musi przeciwstawić się zagrożeniu dla jego prywatnego raju, dla jego błogiego haju. Jak długo przyjdzie nam się bronić? - to ciężkie jak betonowy gruz ze zniszczonego rakietami wieżowca pytanie wyziera do czytelnika z niewinnej formy kryminału.

Ale od czego jest najlepsze piwo na świecie i heavy metal? Od czego są bajkowe gospody i czerstwe zdrowie ich bywalców? To są dla Wojcieszka i Borovki te wielkie idee, te wielkie wartości, za które warto walczyć i może nie tyle ginąć, co ruszyć swój tyłek znad kufla i oderwać się od hipnotycznych dźwięków Black Sabbath, byśmy nie stali się jutro „świniami wojny”.


4. Georges Perec "Rzeczy"

                                                     okładka wyd. Lokator 
To moje pierwsze spotkanie z twórczością Pereca. Przeczytałem z okazji spektaklu "Życie, instrukcja obsługi" Katarzyny Kalwat w Starym, żeby choć "liznąć" tej prozy. Rzeczywiście jest to zdumiewająco aktualne mimo upływu pół wieku. Sylvia i Jerome są emblamatami swego pokolenia, ale z perspektywy czasowej kumuluje się w nich całe konsumpcyjne marzenie człowieka Zachodu - mieć zamiast być. Tę krótką powieść w dużej mierze stanowią wyliczenia pragnień, a relacje dwojga bohaterów ze sobą i ze światem są schowane za przedmiotami oraz standardem życia, o którym marzą.