Zacznę
od świeżych wrażeń po seansie - „Leonardzie
DiCaprio - takiego chciałbym cię oglądać zawsze! Ale nie zawsze
mi po drodze z PTA i jego wizją kina, często jestem umęczony, ale
gdy bierze się za bary z Pynchonem (w tym wypadku Vineland,
wcześniej Wada ukryta) to budzi się we mnie czysta, kinomaniacka
radość. Kto nie był lewackim bojówkarzem za młodu, ten nie
będzie dobrym ojcem - tak ująłbym rzecz w ekstremalnym skrócie,
bo to jakby pynchonowski remake filmu "Tato" . Szalona
jazda! Co za kadry, co za muzyka, co za aktorstwo! Po prostu SZTOS!
9i pół/10!
Ten film wymyka się krytykom,
tzn. ciężko powiedzieć, na czym polega jego wyjątkowość, skoro
dużo tutaj „ukradzionych” rzeczy?
Do całego zestawu skojarzeń,
proponowanych przez krytyków, dodałbym wszak „Big Lebowskiego”
w szlafroku, wiecznego buntownika, który chce tylko, żeby wszyscy
dali mu święty spokój i bardziej od Tarantino dostrzegłbym
inspirację groteskowym kinem braci Coen, a najbardziej „Jedna
bitwa po drugiej” kojarzy mi się z „Arizona Junior”. Ale
zupełnie mi te gry groteskową konwencją nie przeszkadzają, bo,
parafrazując poetę, Victora Ficnerskiego, „wszyscy kradniemy od
wszystkich”.
Co zatem wywołuje mój podziw?
Oto widzę na ekranie swoje wewnętrzne przeczucie, że nie ma
dobrego fanatyzmu i ten perfidny pomysł Perfidii, żeby połączyć
DNA dwóch fanatyzmów – pomysł diabelski i genialny (trzeba
obejrzeć JBPD, żeby pojąć to diabelstwo – kolejne skojarzenie z
„Dzieckiem Rosemary” zatem). Nie ma dobrych fanatyzmów, mówi
PTA, każdy fanatyzm jest okrutny i groteskowo śmieszny, gdy
spojrzeć nań z dystansu.
Ale jest coś, co wynosi „Jedną
bitwę po drugiej” ponad poziom ponurej groteski o
ludziach-monstrach. Tym czynnikiem jest relacja Dude-Bob-DiCaprio –
córka. W istocie swej jest to film o bezwarunkowej miłości
rodzicielskiej (o przewrotności tego, co tu nazwałem
rodzicielstwem, też dowiecie się dopiero z seansu). Dla PTA, który
często w swych filmach jest ponury i ciężki, ta relacja jest
wyzwoleniem, ucieczką z chaosu świata – bo przecież jest to w
dużej mierze film drogi, w czasie której stawiamy sobie pytanie,
która z toczonych bitew jest dla nas najważniejszą.
I jest jeszcze jeden element
groteskowej konwencji w tym filmie – to proza Thomasa Pynchona
(inny film PTA „Wada ukryta”, też powstał w oparciu o prozę
tego autora) . Proza szalona i nie poddająca się łatwym
klasyfikacjom, ale mająca swoich gorliwych zwolenników – obraz
Ameryki, skupiający skrajności i przeciwieństwa w krzywym
zwierciadle.
„Jedna bitwa po drugiej” to
szalone kino, pomieszanie wszystkiego ze wszystkim, które jednak
mimo wszystko porządkuje nasz świat pogrążony w chaosie. W tym
właśnie upatruję wyjątkowości filmu PTA – w uporządkowaniu
kosmicznego bałaganu, który nas otacza, bez stawania po jednej ze
stron. Bo prawda jest gdzie indziej niż po którejś ze stron
barykady. W przypadku „Jednej bitwy po drugiej” są to ramiona
osoby, która jest dla nas właśnie tym kosmicznym porządkiem. A my? W związku z tym? Musimy po prostu o tym pamiętać, nawet jeśli ktoś miał pomysł, by stworzyć ją jako diabelski twór zniszczenia.